Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (74) / 2007

Anna Katarzyna Dycha,

THE CAR IS ON FIRE

A A A
“Lake&Flames”. EMI Music Poland 2005.
Druga płyta The Car Is On Fire rozjaśniła mroki panujące na krajowej scenie. Już dawno nie było tak dobrej muzyki. TCIOF brzmią jak jakaś ciekawa zachodnia kapela. I nie o język tu chodzi, ale o nowatorską postawę i aranżacyjną doskonałość. Większość rzeczy, którymi się zachwycałam, a które słyszałam od jakiegoś czasu przez przypadek, pochodzi właśnie z tego krążka. Nic więc dziwnego, że obsługa białostockiego EMPiK-u ustawiła go w dziale „zagraniczna muzyka rozrywkowa”. Tak – w naszym pięknym kraju takiej muzyki przecież się nie robi, a raczej do tej pory nie robiło. The Car Is On Fire udowadnia, że można zmniejszyć dystans dzielący nas od świata.

Słuchając „Lake&Flames” trudno uwierzyć, że nagrał to ten sam zespół, który znamy ze składanki Piotra Kaczkowskiego „Minimax.pl II”. Tam przeciętnie gitarowy, z drażniącym wokalem, niczym się specjalnie nie wyróżniał, mieścił się gdzieś w połowie stawki. Debiut fonograficzny warszawskiej kapeli też mocno nie zaskoczył. Dalej kręcili się wokół dobrze znanych, a czasami nawet dawno przebrzmiałych rejonów. Garażowe wykonania, krótkie piosenki, atakowali bałaganem niekoniecznie dla ucha przyjemnym. Ani krytyki, ani publiczności nie ujęli. A może to już nie jest ten sam zespół? Rozkwitli, gdy pod swoje skrzydła wziął ich producent Leszek Biolik. Skaczą po stylistykach i gatunkach z wrodzoną sobie lekkością. Rzadko zdarzają się takie długie płyty – 23 kawałki, ponad 64 minuty.

Mamy tu więc melodyjny, podbijający większość radiowych radiostacji pop w „Can’t cook (who cares?)”. Dorzucić też można łatwo wpadający w ucho utwór nr 9 „When the sun goes down”, który puka do drzwi z napisem „przeboje”. Porywająco jest też w „Oh, Joe” – zaśpiewanym falsetem kawałku w stylu disco lat 80. Płyta uspokaja się w delikatnej balladzie „Such a lovely” z akustyczną gitarą, banjo i puzonem. Dęciaki występują jeszcze w kilku kawałkach, zwłaszcza w końcowej części płyty. W „Red rocker” możemy delektować się całą ich rozjechaną sekcją. Sporo ich też w znanym i lubianym „What life’s all about” oraz w „Got them CDs Babe, thanks a bunch” i „JW Constructions” – w tym ostatnim już bardziej eksperymentalne. A skoro o smaczkach jest mowa, to i smyków nie zabrakło. Prym wiedzie tu „killer” pt. „Newyorker”, w którym podciągnięte instrumenty smyczkowe wydają się „krzyczeć”. Muzycy zabawili się również klawiszami. Największy użytek robią z nich przede wszystkim w „Iran/China”. „It’s finally over” to natomiast przykład wykorzystania bitów okraszonych delikatnymi chórkami. Jeżeli tego by było mało, na płycie można też znaleźć bardziej posępne fragmenty, tak jak np. ten w „Take me there” z gitarami i finałem wyjętymi z Nirvany.

Cokolwiek jednak by nie powiedzieć, na “Lake&Flames” zdecydowanie dominuje zadziorny punk rock w stylu Green Day z popowymi przełamaniami. Tak jest chociażby w „Nexteam”, „North by northwest”, „Ex sex is (not) the best (title)”, “Kiss kiss”. W brzmieniu można też odnaleźć coś z Wysp Brytyjskich czy Nowego Jorku. Żadnych krajowych odniesień. TCIOF są mistrzami zabawy w konwencje, która przeradza się w energiczną, przekonującą muzykę. Ich teksty w większości dotyczą miłości – jej początku, trwania lub końca.

Jedyne do czego mogę się przyczepić, to nieco nieudane wokale. Ratują się kanonami, wykonaniami wielogłosowymi, licznymi chórkami. Jednak mistrzowskie kompozycje z wykorzystaniem muzycznej erudycji przyćmiewają te braki. Szczerze gratuluję i życzę dalszej wytrwałości.