Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (74) / 2007

,

PASIMITO KWINTET

A A A
„Demo”. Pasimito Kwintet 2006.
Nie jest to muzyka dla odbiorców lubiących jazz w jego najdelikatniejszych odmianach typu soft i smooth, obecnych na rozlicznych składankach w prawie każdym sklepie. Muzyka wygładzona, sprowadzona do poziomu muzycznej poprawności tutaj nie ma szansy na przetrwanie.

Ktoś powiedział, że Pasimito Kwintet to jazz. Jazz, ale... Może to dosyć karkołomne porównanie, bo słuchając tej płyty, czyli 4 utworów trwających 35 minut, przypomniała mi się sopocka, stricte rockowa Ścianka ze „Statku kosmicznego” i „Dni Wiatru”. Potem wrocławski Robotobibok, Miles Davis z okolic legendarnego „Dark Magus”, a na sam koniec dokonania wykonawców ze sceny yassowej. Czyli gdzieś już to słyszałem, ale mimo tego wydaje się to być interesujące. Za skojarzenia ze Ścianką odpowiedzialny jest Jakub Łuka, znany z elektronicznej formacji Blare for a, która dla Salut Records nagrała album „Brown Noise Simulacrum". Łuka przy pomocy laptopa i novation station (jeśli mnie pamięć nie myli, taki też miał Jacek Lachowicz, klawiszowiec Ścianki) generuje ambientowe przestrzenie pełne szumów, trzasków i świstów przychodzących i odchodzących w najodleglejsze światy. Dochodzą do tego orientalne transy przypominające mantrowania buddyjskich mnichów. Transowy, bądź free jazzowy bas, gitara grająca szaleńcze solo w „Stopaloop”, bądź tworząca, dzięki efektowi vibrato, dźwiękowe pejzaże na tle przestrzennych instrumentów perkusyjnych, etniczne, choć oczywiście nie tylko takie, pociągnięcia saksofonu, pokazują jak bardzo muzyka Pasimito jest różnorodna i eklektyczna, a jej muzycy tworzą jeden organizm. Na „Demo” słychać, że ta muzyka ich wciąga, poddają się jej, stają się nią, czarują nią. Wystarczy tylko zamknąć oczy, by wpaść w sam środek strumienia energii tej płyty. Oczywiście do tej beczki miodu należy dodać łyżkę dziegciu.

W utworze „Tychy żądają dostępu do morza” w 2 minucie i 14 sekundzie perkusja zaczyna grać hard rockowy rytm, a towarzyszący jej bas zaczyna klangować dźwięki rodem z jakiegoś metalowo-hiphopowego zespołu. To najsłabszy moment tej płyty. Na szczęście trwa tylko tyle, co nic.