Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (279-280) / 2015

Monika Glosowitz,

RUBASZNE IKONY (EDA OSTROWSKA: 'EDESSY')

A A A
Eda Ostrowska jest autorką publikującą od ponad 30 lat zarówno poezję, jak i prozę poetycką. Jej projekt twórczości jako „przesłania poza grób” jest niezwykle konsekwentny, zarówno w warstwie formalnej, jak i na poziomie pola symbolicznego, podejmowanych tematów i wykorzystywanej topiki. Dwa lata temu Stowarzyszenie Inicjatyw Wydawniczych opublikowało widowisko poetycko-muzyczne „Ptak w tak-taku”, w tym roku lubelskie wydawnictwo Episteme wypuściło najnowszy tom Ostrowskiej opatrzony tytułem „Edessy”, który odsyła zarówno do zwielokrotnionej Edessy, czyli krainy Edy, ale i do historycznie przecież ukształtowanego regionu wielu kultur i wyznań.

„Edessy”, jak sama autorka przyznaje, są poematem sowizdrzalskim. Konsekwentnie budowane z jednowyrazowych wersów składających się na tercyny, w minimalistycznej frazie mieszczą wiele. Na tle chrześcijańskiej mitologii rozgrywają się prywatne historie, opowieść o świętej rodzinie spleciona zostaje z dziejami „familii jednej”, do których odsyłają nas rozsiane w poemacie dedykacje i epitafijne wezwania.

Niełatwa to lektura, wymagająca wysiłku rekonstrukcji pojedynczych tropów-przynęt, kierujących naszą uwagę w stronę kanonicznych tekstów kultury judeochrześcijańskiej. Ostrowska nie korzysta z nich wybiórczo. Pokazuje raczej wspólne wszystkim odłamom „tańce rytualne”, w istocie towarzyszące kolejnym etapom codziennych inicjacji: „goje / świńską / tuszę / rozbierają // z kopyt / robią / kolorowe / naszyjniki // dla cadyka / popa / greko / katolika” (s. 14). Obrazy te są przerysowane, nierzadko wulgarne, rubaszne i niemalże pretensjonalne. Całość osadzona w tradycji literatury sowizdrzalskiej staje się jednak zaskakująco konsekwentną realizacją jej najważniejszych założeń. Poemat, będący – jak twierdzi autorka – zapisem doświadczenia „mistycznego przeżywania codzienności”, stanowi wielopoziomową mozaikę, z której najwyraźniej przebłyskują dwie warstwy: chrześcijańskich wartości sygnowanych imionami postaci biblijnych oraz współczesnego rozluźnienia moralności. Elementy te mieszają się, nakładają na siebie, nierzadko ilustrowane są z ducha romantyczną scenerią nadprzyrodzonych mocy: „zjawy / natchnione / idą / żwawo // w nawie / na wybiegu / piją / kawę // karmią / kwiaty / drapieżne / u ramion” (s. 29).

Najwyraźniejszym dla mnie motywem nowego tomu Ostrowskiej jest specyficzny klincz seksualności i religijności. Wydaje się, że to seksualność jest tą siłą, która wypacza obraz świata, która wywraca go na opak, jak chcieli sowizdrzałowie, jednak nie zawsze jest waloryzowana jednoznacznie negatywnie: „do woli / w jeżynach / z dziewczyną / swawoli // uda się / może / głaszcze / po udach” (s. 13); „asceta / z monetą / robi / minetę” (s. 22). Bywa żartobliwym elementem obrazowania, ale bywa i rozgrywana na przemocowych warunkach: „w sutannie / do sadu / wpadł / zawiany // brzyduli / cacanki / obiecuje” (s. 38); „hyclu / ukradkiem / łap / za cycki // na wznak / gzą się / kacapy / łap” (s. 39); „w szale / kopie / chłopiec / lalę” (s. 20). Ostrze satyry nie szczędzi jednak nikogo, dlatego też nie dostajemy gotowego, rozpisanego na dwa głosy moralitetu.

Alegoria ma to do siebie, że elementy świata przedstawionego bywają wyrwane z konkretnej czasoprzestrzeni. W tomiku Ostrowskiej to „rany / ikony / otworzyły / podwaliny” (s. 27), które wypełnione zostały konkretem fizjologii: „wściekłe / bramy / hartowane / w piekle // odwodnione / koryto / z wodą / święconą // łonem / niemytym / capi / błonie” (s. 43). Autorka, prowadząc osobliwy dialog z dogmatami chrześcijańskimi, nie tworzy jednak wizji rozkładającej się nowoczesności, nie poddaje się tanatycznej fiksacji, buduje raczej witalistyczną wizję, bądź co bądź, okrutnego świata, w którym codziennym doświadczeniom towarzyszą mistyczne reminiscencje, gdzie porządki sacrum i profanum idą w parze. Nieludzki świat mitologicznych przypowieści zostaje ucieleśniony, a tym samym ilustruje szereg (nie)prawidłowości, w poemacie sprowadzonych do pojedynczych tragedii. Fizjologia pcha się więc między bogi z impetem („nie pchaj się / fizjologio / między bogi / bez jaj”, s. 42), dekonstruując sakralne wzory, ale ich nie unieważniając. Proszę spojrzeć na pointę i na własną modłę poderwać ją do lotu.
Eda Ostrowska: „Edsessy”. Wydawnictwo Episteme. Lublin 2015.