Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (279-280) / 2015

Magdalena Kempna-Pieniążek,

BAŚŃ DLA RODZICÓW (TRZY CIENIE)

A A A
Jedna z rozpowszechnionych teorii mówi o tym, że tradycyjne baśnie nie bez powodu pełne były okrucieństwa, grozy i przemocy. Niektórzy psychoanalitycy dowodzą, że tylko w takiej formie historie te mogły w pełni realizować swoje zadanie: przygotowywać dzieci do spotkania z życiem, które nie zawsze usłane jest różami, a pojawiające się w nim sytuacje graniczne mogą rodzić traumy. Tak było, oczywiście, zanim realizacje z wytwórni Disneya zawładnęły zbiorową wyobraźnią, a rozmaite systemy ratingowe, mające na celu ochronę najmłodszych, wypromowały wzorzec uładzonej historii dla dzieci, w której zło zawsze zostaje pokonane, miłość niezmiennie triumfuje, przemoc jest zaledwie sygnalizowana, a prawdziwa groza nie ma racji bytu. Cyril Pedrosa, mający doświadczenie w pracy nad filmami animowanymi (brał m.in. udział w realizacji disneyowskiego „Dzwonnika z Notre Dame”), nie próbuje w „Trzech Cieniach” z tym popkulturowym wzorcem dyskutować. Robi jednak coś innego: w obowiązującą obecnie konwencję wpisuje dorosłego narratora i… to w zasadzie wystarczy. Ciężar i gorycz doświadczeń protagonisty nadają albumowi wymiar baśni w równej mierze fascynującej, co (egzystencjalnie) przerażającej – przynajmniej dla dorosłych czytelników.

Baśniowo-mityczna konwencja dominuje tu od pierwszych stron: „W owym czasie… (nie wiadomo jakim – przyp. M.K.P.) życie było proste i przyjemne” (s. 6) – mówi Louis, mąż Lise i ojciec kilkuletniego Joachima. Egzystencja trójki bohaterów w odosobnionym gospodarstwie, w nienazwanej krainie gdzieś „za wielką rzeką”, daleko od wszelkich burz nosi znamiona raju na ziemi. Strach pojawia się dopiero wraz z przybyciem Trzech Cieni – tajemniczych istot, które chcą zabrać Joachima. Louis i Lise reagują na zagrożenie w skrajnie odmienne sposoby: ona godzi się z perspektywą utraty dziecka, on odpowiada złością i potrzebą działania. Pewnej mglistej nocy Louis i Joachim wyruszają w podróż. Ich ucieczka przed Trzema Cieniami trwa długo i obfituje w symboliczne sytuacje. Symbolem jest mgła osłaniająca ich eskapadę, tak jak i rzeka, przez którą muszą się przeprawić oraz (nieuchronna?) katastrofa statku… Trzy Cienie, rzecz jasna, też są symbolami. Śmierci? Tak, ale nie tylko.

Pedrosa pozornie sytuuje w centrum historii Joachima – to o niego przecież toczy się walka, to on – piękne, radosne dziecko – napędza Louisa do działania na przekór wszystkiemu, mimo beznadziei, jaka ich otacza. W gruncie rzeczy jednak to nie o chłopcu ratowanym przez ojca jest ta historia, lecz o dorosłym mężczyźnie ocalonym przez miłość syna. Początkowo świat Louisa jest jednorodny i błogi, wypełniony spokojem. Z trójki protagonistów to jemu najtrudniej jest pogodzić się z tym, że życie, które tak wiele daje, może też czasem coś lub kogoś odebrać. Joachim i Lise zdecydowanie łatwiej godzą się z tym, co wkracza w ich świat, nieodwołalnie go zmieniając. Louis tymczasem nie akceptuje tego, przed czym uciec nie można, więc walczy, ucieka, wreszcie: gotów jest poświęcić siebie, byle tylko ochronić Joachima. Rodzice będą czytać „Trzy Cienie” z przejęciem i współczuciem: postawa Louisa jest tak naturalna, tak zrozumiała, tak oczywista. Jednak to właśnie ona wymaga korekty, miłość Louisa jest bowiem na swój sposób zaborcza. Bohater koniecznie chce zatrzymać Joachima przy sobie, nie zważając na to, że czasem kochać to znaczy: pozwolić odejść.

„Trzy Cienie” to opowieść, którą można czytać na kilka sposobów. Niektórzy odnajdą w niej narrację na temat przepracowywania traumy po śmierci dziecka (lub innej bardzo bliskiej osoby). Inni być może dopatrzą się w niej złożonej metafory rodzicielstwa, w które – oprócz obowiązku troski o dziecko – wpisana jest też potrzeba zapewnienia mu wolności, umożliwienia mu pójścia dalej własną ścieżką. Jeszcze inni dostrzegą w niej uniwersalną opowieść o cyklu życia i naturalności śmierci, a także o nieuchronności przemian. Co więcej, na stosunkowo prostą oś fabularną Pedrosa nanizał kilka innych opowieści-metafor: o staruszce godzącej się ze swoim przeznaczeniem, o handlarzu niewolników ponoszącym konsekwencje własnego cynizmu, o pragnieniu wymknięcia się śmierci nawet za cenę utraty własnej duszy. Czymże ostatecznie jest rzeka, przez którą próbują przeprawić się bohaterowie, jeśli nie życiem? I czymże jest przepełniony statek, którym podróżują, jeśli nie światem, w którym znajdzie się miejsce i dla ludzi podłych, i dla tych, których stać na odruch solidarności z drugim człowiekiem?

To niezwykłe, jak wiele Cyrilowi Pedrosie udało się osiągnąć za pomocą czarno-biało-szarych kadrów. Jego kreska jest bardzo dynamiczna: w początkowych partiach, gdy świat Louisa, Lise i Joachima jest jeszcze nieskażoną niczym Arkadią, autor przedstawia go w taki sposób, by w kadrze dominowała biel, symbolizująca światło wypełniające tę rzeczywistość. W sytuacjach zagrożenia kreska zagęszcza się, rozmywa, staje się bardziej ziarnista lub nieciągła; niekiedy przywodzi na myśl prace impresjonistów, w innych momentach wizje ekspresjonistów, raz ujmuje zdolnością odtwarzania detali, innym razem daleko idącą schematycznością. Być może taka właśnie estetyka jest idealna dla koncepcji komiksowej baśni: to dzięki niej „Trzy Cienie” są zarówno pełne światła, jak i mroku, a prostota sąsiaduje w niej z przekonaniem, że nie wszystko, co najistotniejsze, da się łatwo opowiedzieć.
Cyril Pedrosa: „Trzy Cienie” („Trois Ombres”). Tłumaczenie: Katarzyna Koła. Wydawnictwo Kultura Gniewu. Warszawa 2015.