Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (279-280) / 2015

Michał Misztal,

KRWAWY SPORT Z NOSTALGIĄ W TLE (VRECKLESS VRESTLERS)

A A A
Vreckless Vrestlers to nazwa profesjonalnej międzynarodowej ligi wrestlingu, którą rządzi tajemniczy The Manager. Ów wąsacz w okularach przeciwsłonecznych posiada maszynkę umożliwiającą podróże w czasie i przestrzeni, a tym samym sprowadzanie nowych zawodników, którzy stają do walki (w większości przypadków) na śmierć i życie. Komiks Łukasza Kowalczuka jest odcinkową relacją z tych właśnie sparingów. Nie brzmi zbyt zachęcająco? A powinno.

Przed przystąpieniem do lektury warto wiedzieć, że historia – choć niespecjalnie wymagająca – adresowana jest do określonego typu odbiorcy. Słowem: im dalej w kicz, tym większa radość z czytania. Jeśli ktoś oczekuje wysublimowanego humoru, dowcipnych dialogów czy wielowątkowej fabuły, to przekona się, że – nawiązując do czwartej strony okładki „Ostatniego Czarniana” wydanego przez TM-Semic – „tego tu nie ma!”.

Jest za to masa dobrej, bezpretensjonalnej zabawy. Tym większej, im bardziej ktoś lubi złe (czy też „tak złe, że aż dobre”) filmy, kreskówki, gry wideo oraz komiksy, jak również z łezką w oku wspomina czasy VHS-ów oraz wirtualnych „naparzanek” z automatów na żetony. „Vreckless Vrestlers” docenią osoby, które zdają sobie sprawę, że pod płaszczykiem tandety mogą kryć się prawdziwe, łatwe do zignorowania, dzieła. I niczego nie ujmuje im fakt, że zamiast w muzeum lepiej podziwiać je w domu, nawet z puszką piwa w dłoni.

Wegański kot, reptiliański wojskowy, azjatycki wojownik, brodata Barbarica, krymski krab czy kibol z Gdyni – esencją albumu Kowalczuka są widowiskowe konfrontacje między zebranymi z wszelkich zakamarków czasoprzestrzeni, często trudnymi do zaklasyfikowania indywiduami. Mnogość ciosów, zaskakujących sposobów na zadanie bólu oraz ostateczne wykończenie przeciwnika (momentalnie kojarzące się z opcją fatality ze słynnej serii „Mortal Kombat”), a do tego „kwasowa” kolorystyka tomu (jedyną barwą poza czernią i bielą jest tu zieleń): nic dziwnego, że czytelnik czuje się,  jakby dostał swoiste „Greatest Hits” minionej epoki, będące jednocześnie złożonym jej pięknym hołdem. Nie sposób zapomnieć o fantastycznych dodatkach, takich jak okładki fikcyjnych komiksów czy łamigłówki zamieszczone między poszczególnymi walkami. Wszystko tutaj do siebie pasuje, nawet to, że Kowalczuk nie jest wybitnym rysownikiem, ale twórcą operującym kreską znakomicie przystającą do koncepcji utworu.

Uważam, że w panteonie polskich autorów opowieści graficznych – czy też bardziej ogólnie: osób związanych z komiksami – miejsce dla Łukasza Kowalczuka znalazło się już dawno. Album „Vreckless Vrestlers” to kolejna inicjatywa potwierdzająca jego przynależność do grona najbardziej zasłużonych. Znając produktywność oraz chyba niewyczerpane pokłady energii artysty, wierzę, że nie ostatnia.
Łukasz Kowalczuk: „Vreckless Vrestlers”. Wydawnictwo Kultura Gniewu. Warszawa 2015.