Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (279-280) / 2015

Pola Sobaś-Mikołajczyk, Yana Ross,

MILCZENIE WIDZÓW WŁĄCZONE DO SZTUKI

A A A
Pola Sobaś-Mikołajczyk: Czy „Koncert życzeń” jest jak dotąd twoim najbardziej intymnym spektaklem?

Yana Ross: Oczywiście. Zacznijmy od tego, że nie przepadam za monodramami, chociaż reżyserowałam teksty Elfriede Jelinek, które czasem się tak nazywa, bo wypowiada się w nich jedna postać albo w ogóle nie konstytuuje się w nich żaden bohater. Ale nawet wtedy rozpisywałam te teksty na wielu aktorów, kiedy więc zdecydowałam się na pracę z Danutą Stenką, też wiedziałam, że to nie będzie monodram sensu stricte. Nie jest to po prostu dramat, w którym wypowiada się jeden aktor lub aktorka. Toczy się tu dialog z głosem z radia i pewnego rodzaju dialog z publicznością, której milczenie także jest włączone do sztuki.

P.S.-M.: Zdecydowałaś, że to będzie sztuka, w której wystąpi wyłącznie Danuta Stenka, bo…?

Y.R.: Bo czasem zdarzają się magiczne zbiegi okoliczności. Urok pracy dla festiwalu teatralnego polega na tym, że z założenia jest się angażowanym do projektu zakładającego wyższy poziom ryzyka, więc można sięgnąć po coś, czego najprawdopodobniej nie proponowałoby się teatrowi repertuarowemu. Zależało mi wtedy na projekcie, w którym aktor i reżyser prowokowaliby się nawzajem do czegoś nieoczekiwanego; akurat zobaczyłam świetną rolę Danuty w „Drugiej kobiecie”. Przedstawiono nas sobie po spektaklu i wystarczyła krótka rozmowa, abyśmy poczuły, że obie jesteśmy w punkcie, w którym dobrze byłoby się pokusić o taki eksperyment.

P.S.-M.: Podobno zaczęłyście od prób w prawdziwym mieszkaniu?

Y.R.: Tak. Wynikało to z charakteru sztuki, bo jest w nią wpisany wgląd w bardzo intymną przestrzeń. Nie chciałam jednak, żeby na scenie pojawiła się imitacja jakiegokolwiek domu, lecz chodziło mi o socjologiczny konstrukt – takie statystyczne gospodarstwo domowe, któremu można się przyjrzeć z boku.

P.S.-M.: Od razu pracowałyście na konkretnych rekwizytach?

Y.R.: Oczywiście. Wynajęłyśmy na Hożej mieszkanie o takich samych proporcjach, jakie ma nasza scena, i czasem odruchowo korzystałyśmy z tamtejszych sprzętów; potem na tyle się do nich przyzwyczaiłyśmy, że musiałyśmy je kupować w Ikei i uzupełniać nimi scenografię. Spędziłyśmy tam też mnóstwo czasu na rozmowach. Było dla nas ważne, żeby donikąd nie brnąć, dopóki nie będziemy pewne, że wiemy, co chcemy powiedzieć poprzez ciszę tego spektaklu. To był bardzo interesujący proces. Po raz pierwszy pracowałam tylko z jedną aktorką i to z aktorką fenomenalną.

P.S.-M.: Na ile istotna była dla was sugestia autora zawarta w jednym z pierwszych zdań dramatu, że we frustracji panny Rasch tkwi zmarnowany potencjał rewolucyjny?

Y.R.: Ten wpisany w sztukę paradoks rewolucyjności jej postawy był dla nas bardzo ważny. Czułyśmy, że to jest jedno z tych pytań, na które mamy obowiązek znaleźć odpowiedź. Może nie jest to w spektaklu podane wprost, ale on zmusza do zastanowienia się, w jaki sposób społeczeństwo wabi nas w pułapkę komfortu życia. Im bezpieczniej czuje się bohaterka wśród otaczających ją przedmiotów, tym mocniej daje się im usidlić. Dlatego w pewien sposób jej samobójstwo jest realizacją potencjału rewolucyjnego, ponieważ stanowi formę oporu wobec pułapki konsumeryzmu. Z drugiej strony bohaterka sama usuwa się w ten sposób z pola walki i przestaje być zagrożeniem dla systemu. Fascynujące w sztuce Kroetza jest, że przedstawia ten akt jednocześnie jako ostateczne zwycięstwo i kompletną porażkę. A postawiona przez niego 40 lat temu teza, że stajemy się niewolnikami własnego komfortu, dziś jest nawet bardziej aktualna niż wtedy. Inna sprawa, że często jesteśmy pytani, gdzie wśród tych wszystkich przedmiotów są książki i czemu scenografia jest taka sterylna. Nie chciałam eksponować książek, bo zbyt jednoznacznie dookreśliłoby to postać. Nie chodzi o to, żeby tę kobietę oceniać po jej lekturach. Znacznie ważniejsze jest, by wskazać, do czego w jej świecie służą gazetki reklamowe. To jest literatura naszych czasów. Możemy się z tym nie zgadzać, ale i tak w naszych toaletach leżą katalogi Ikei, bo i niby gdzie mielibyśmy je trzymać? Właściwie zewsząd bombardują nas katalogi.

P.S.-M.: Ale bombarduje nas też przemysł rozrywkowy produkujący romantyczne mity. W twoim spektaklu reprezentuje go reality show rodziny Kardashianów i audycja prowadzona przez Wojciecha Manna. Wspominałaś kiedyś, że Mann specjalnie przygotował ją na potrzeby spektaklu. Ciekawa jestem, jakich mu przy tym udzieliłaś wskazówek. „Proszę stworzyć audycję tak ociekającą słodyczą, żeby słuchacze chcieli się po niej zabić”?

Y.R.: No nie. To jest bardzo mądry człowiek, więc nie musiałam się posuwać do takiej dosłowności (śmiech). Przeczytał dramat, a potem spotkaliśmy się we trójkę i rozmawialiśmy o poczuciu bliskości, jaką daje dziennikarstwo radiowe i więzi łączącej słuchaczy z ich ulubionymi spikerami często tak silnej, że słuchaczom wydaje się, iż spikerzy są ich bliskimi znajomymi. Właśnie tego rodzaju więź starałyśmy się stworzyć w spektaklu – jego bohaterka ma wrażenie, że Mann mówi wprost do niej, a każdy czytany na antenie list jest odbiciem czegoś, czego jej brakuje. Zresztą te listy są wspólnym dziełem Manna i dramaturga Aśki Grochulskiej. Ona nakreśliła szkielet historii, a Mann uzupełnił go własnym stylem i nadał mu charakter flirtu ze słuchaczem. Dodał też zabawną aluzję – nie bez powodu jedną z piosenek wybranych do audycji jest „I’m Your Man” Cohena.

P.S.-M.: Kroetz pisze, że pannie Rasch doskwiera „niedobrowolne dziewictwo lub – co w efekcie na jedno wychodzi – długa, niedobrowolna wstrzemięźliwość seksualna, która nastąpiła po jednym, jedynym, wczesnym, krótkim, przykrym i smutnym incydencie miłosnym”. Tymczasem w jednym z wywiadów Danuta Stenka wspomina, że bohaterka waszej adaptacji była w kilku związkach, które jednak ją rozczarowały. To był wasz wspólny pomysł? Myślisz, że właśnie takim torem biegną dziś życiorysy panien Rasch?

Y.R.: Chciałyśmy w tej kwestii zachować wierność dramatowi i zawartej w nim sugestii, że kiedyś tej bohaterce na kimś zależało i być może do dziś wywołuje to bolesne wspomnienia; ale w takich kwestiach zawsze łatwo jest powiedzieć zbyt wiele. W czasie prób, gdy starałyśmy się odtworzyć, co dziś się robi zaraz po przyjściu do domu, miałyśmy mnóstwo pomysłów na to, co bohaterka mogłaby robić przy komputerze. Powinna sprawdzić skrzynkę? Facebooka? Zajrzeć na portal randkowy? Ale szybko doszłyśmy do wniosku, że, po pierwsze, byłoby to płytkie, a po drugie, jeśli podkreśliłybyśmy, że ona szuka partnera albo że do niego tęskni, to mogłoby wyglądać na powód jej śmierci. Znów nie chciałam jej tak łatwo osądzać. To piękna kobieta, która dobrze się czuje w swoim ciele i nie wygląda na 50-letnią dziewicę, ale z jakiegoś powodu jest sama i być może był to jej wybór.

P.S.-M.: Skoro wyeliminowałaś portale społecznościowe i książki, czemu zachowałaś wątek Simsów? Tylko dlatego że grafika tej gry koresponduje ze scenografią spektaklu czy – jak sugerowano w kilku recenzjach – aby zasygnalizować, że bohaterka sztuki w relacjach z ludźmi radzi sobie równie nieudolnie jak z obsługą awatarów?

Y.R.: To też wynikało z dramatu. Jednym z zajęć, którym oddaje się bohaterka Kroetza, jest jej hobby – w sztuce to plecenie dywanika. Podczas każdego spektaklu Danuta naprawdę gra w Simsy, więc za każdym razem, zależnie od jej nastroju i od „nastroju” simsów, wychodzi to nieco inaczej. Czasami simsom psuje się toaleta i zalewa całą podłogę, czasami chcą tańczyć, więc ciągle włączają radio. Przede wszystkim jest to dla bohaterki sposób na zabicie czasu, ale te simsy są też dla niej rodziną nie wymagającą pełnego zaangażowania. Dlatego też ostatnio trochę zmieniamy ich funkcję w przedstawieniu. Coraz krócej trwa właściwa gra. Teraz bohaterka przede wszystkim podczas przygotowań do snu przygląda się postaciom w komputerze i pozwala im żyć swoim życiem.

P.S.-M.: Wiem, że uważnie obserwujesz, jak widzowie tego spektaklu odnajdują się w jego bardzo nietypowej przestrzeni.

Y.R.: Danuta musiała się wykazać wielką odwagą, żeby zmierzyć się z konceptem scenografii, w której jest tak blisko publiczności, ale im dłużej ten spektakl gramy, tym mocniej ta bliskość nas fascynuje. Widziałam to przedstawienie już 10 albo 15 razy i naprawdę za każdym razem widzowie reagują inaczej. Wiele zależy od tego, kto przychodzi i w jaki sposób decyduje się w tym spektaklu uczestniczyć. Jest ogromna różnica między zachowaniem publiczności w Krakowie i w Warszawie, zresztą w Krakowie też w ciągu trzech kolejnych dni mieliśmy trzy kompletnie różne przedstawienia. Było wśród nich nawet takie, podczas którego ludzie głośno się śmiali, całkiem swobodnie rozmawiali i komentowali na głos szczegóły kostiumu oraz wydarzenia w życia Kardashianów. A podczas ostatniego spektaklu widzowie byli bardzo zdystansowani i wycofani. Podziwiali Danutę jak obraz w galerii. Dla mnie to już była ciut za daleko posunięta izolacja, ale to już wybór widzów oraz ryzyko, z którym musimy się liczyć.

P.S.-M.: Jak zatem wyobrażasz sobie zachowanie idealnego widza tego spektaklu?

Y.R.: Wcale go sobie nie wyobrażam. Jestem tak ciekawa każdego odbioru, że właściwie każdy mi się podoba. Jestem też tym ludziom wdzięczna, że chcą wejść w przestrzeń, w której są wystawieni na widok publiczny niemal w tym samym stopniu, co Danuta, i w której wymaga się od nich wielu nieoczywistych interakcji. Rezygnują przy tym z wielu elementów decydujących o poczuciu komfortu, zaczynając od tak podstawowych spraw, jak wygodne krzesło, możliwość odniesienia się do tekstu wygłaszanego przez aktora, klasyczne okno sceniczne itd. A jednak zostają do końca i czują się tym spektaklem poruszeni. Oczywiście niektórych widzów to wszystko tylko irytuje, co też jakoś mieści się w założeniach tego wydarzenia. I naturalnie za to też przyjmuję odpowiedzialność.

***

Yana Ross – reżyserka prawie dwudziestu przedstawień, współpracująca między innymi z teatrem Oskara Koršunovasa, litewskim Teatrem Narodowym, festiwalem w Korei Południowej i Volksbühne. W grudniu 2014 roku zrealizowała „Koncert życzeń” dla festiwalu „Boska komedia" w koprodukcji z TR Warszawa. Obecnie w Upsali pracuje nad „Psim sercem”.