Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (279-280) / 2015

Tomasz Misiewicz,

TRZY RAZY TAK, CZYLI POCHWAŁA PROSTOTY

A A A
Recital piosenek Edith Piaf daje niemal stuprocentową gwarancję estradowego sukcesu. Wystarczy, żeby wykonawczynie, które próbują zmierzyć się z dorobkiem francuskiej artystki, wykazały zbliżone do niej umiejętności głosowe. To oczywiście założenie trudne, lecz przecież możliwe w realizacji. Wszak piosenki Piaf mają wartość uniwersalną i nie muszą być formalnie przypisane do jednej tylko osoby. Taki repertuar sam w sobie stanowi zaś rękojmię powodzenia recitalu. Wzięcie na afisz piosenek Piaf niesie jednak ryzyko wyrażające się w następującym rachunku: zyskać aplauz potencjalnej widowni można łatwo, lecz zepsuć niemal gotowy produkt – to powód do wielkiej sromoty. W dobie teatru mającego aspiracje awangardowe, poszukującego dla samej tylko sztuki eksperymentu, druga ewentualność nie jest całkowicie wykluczona. Współcześni reżyserzy i scenarzyści wychowani na sztukach Hanuszkiewicza czy Szajny, którzy przecież w materii eksperymentu doprowadzili interpretację oryginału literackiego do granic absurdu, usiłują wykazać, że poza tą granicą też jest życie. I nie ma takiej materii scenicznej, której nie dałoby się udziwnić i wykoślawić, a już na pewno zinterpretować wbrew intencji dramaturgów. Co innego recital pieśni. Bodaj nikomu dotychczas nie przyszło do głowy przebrać Edith Piaf w, na przykład, punkowy ekwipunek, przypisać jej transseksualność lub zdemaskować ją jako protoplastkę gender. Wszelako głębia tekstów śpiewanych „pod dachami Paryża” zdaje się nieprzebrana, można zatem interpretować je rozmaicie.

Tymczasem Artur Barciś, reżyser spektaklu „Trzy razy Piaf” w lubelskim Teatrze Muzycznym, stworzył widowisko nostalgiczne, zwyczajne w swej prostocie, a przy tym głęboko wzruszające. Sam materiał pieśniarski stanowi zresztą nie lada zaczyn pod spektakl rzetelny i kompletny formalnie. Gwarancję misternych tłumaczeń dają nazwiska autorów tej miary co Andrzej Ozga, Jerzy Menel, Wojciech Młynarski. Jednak bez pełnej pietyzmu reżyserii recital mógłby przejść bez echa, jak wiele już minionych. Co składa się na dobry poziom przedstawienia?

Słuszne wydaje się założenie, iż losy francuskiej pieśniarki należy podzielić na trzy etapy i każdy z nich poddać innej interpretacji. Barciś rozłożył zatem artystyczne i osobiste doświadczenia Piaf na barki trzech różnych artystek. Dobry zamysł graniczył w tym wypadku z pewnym ryzykiem twórczym, ponieważ w tytułową postać wcieliły się aktorki zupełnie różne od siebie i od historycznego pierwowzoru. Okoliczność ta wymownie dowodzi, z jak bardzo pojemnym artystycznie zjawiskiem mamy do czynienia. Same zaś aktorki, którym Barciś zaproponował role w swojej produkcji, to niemal debiutantki. Kolejne wcielenia Edith Piaf grają artystki wyłonione w ogólnopolskim castingu, choć jedna z nich ma spory dorobek sceniczny.

Cała masa detali, jakimi reżyser obudował subiektywnie postrzeganą historię życia Piaf, sprawia, że linearnie prowadzone dzieje piosenkarki nie nużą schematyzmem i przewidywalnością wątków: ani wtedy, gdy z przedsionka teatru na salę zwabi nas tętent paryskiego fiakra, a w foyer przywita żywcem wzięty z epoki akordeonista, przygrywający na swoim instrumencie melodie znad Sekwany, ani wtedy, gdy w umownym kabarecie na stolikach, jakie stanowią proscenium Teatru Muzycznego, rozbłysną lampki i pulsować będą mocniej w miarę rosnącej dramaturgii tekstów i melodii piosenek. Nie zdziwi nikogo klimat dekadencji, gdy między stolikami przechadzać się będzie młodociana Edith (w tej roli obiecująca Anita Kostyńska), siadając na kolanach zasłuchanych mężczyzn. Nie będzie zdumiewać echo salw bitewnych obrazujących okupacyjny etap kariery Piaf. Nie zaskoczy francuskobrzmiący głos z offu, komentujący plotkarskie wątki z życia Edith. Bodaj najbardziej klasyczny obraz Piaf w interpretacji Patrycji Zywert-Szypki zderzy się z brawurowym, wręcz obrazoburczym popisem Anny Świetlickiej. Ta ostatnia wykaże, iż piosenki naturalnie zrośnięte z dorobkiem paryskiego „Wróbelka” jeszcze zyskują, gdy wykona je ktoś o temperamencie Arethy Franklin. I choć to eksperyment dość karkołomny, jakże zaskakująco miły dla ucha, a co więcej: tym razem uzasadniony.
„Trzy razy Piaf”. Scenariusz i reżyseria: Artur Barciś. Kierownictwo muzyczne: Piotr Wijatkowski. Aranżacje: Mikołaj Gąsiorek. Asystent kostiumograf: Magdalena Kolary. Asystent scenograf: Dariusz Jabłoński, Cezary Kowalski. Realizacja świateł: Marcin Nogas. Realizacja dźwięku: Krzysztof Głebocki. Charakteryzacja: Natalia Kida. Obsada: Anita Kostyńska, Patrycja Zywert-Szypka, Anna Świetlicka, Piotr Wijatkowski. Premiera: 14 marca 2015 r. Teatr Muzyczny w Lublinie.