Wydanie bieżące

1 września 17 (281) / 2015

Michał Misztal,

TACY SAMI? (ALL-NEW X-MEN: WCZORAJSI X-MEN)

A A A
Nazwisko Briana Michaela Bendisa wywołuje u mnie przeważnie bardzo pozytywne skojarzenia: czy to za sprawą „Daredevila”, czy choćby serii „Alias” napisanych dla Marvel Comics. Były to niezapomniane, rewelacyjne cykle. Co prawda Amerykanin nie zawsze spełniał wszystkie moje oczekiwania, jednak – biorąc pod uwagę ilość stworzonych przez niego historii – niemożliwe wydaje się stawanie na wysokości zadania za każdym razem. Nie zmienia to faktu, że jest on autorem z najwyższej półki. Wszystko sprowadza się do prostego pytania i prostej odpowiedzi: „X-Men” od Bendisa? Oczywiście, że tak.

Ciągnące się przez dekady komiksowe cykle mają to do siebie, że wystarczy na chwilę odwrócić głowę, by nagle nie być z nimi na bieżąco. Konstrukcja scenariusza „Wczorajszych X-Men” skutecznie usuwa ten problem, od razu wprowadzając czytelnika w sam środek akcji, bez rozwlekłych retrospekcji czy przydługich wstępów. Wszystko jest jasne: profesor Xavier został zabity przez Cyclopsa, który obecnie współpracuje z Magneto. Grupa Summersa stoi w opozycji do pozostałych X-Men, stacjonujących w Wyższej Szkole im. Jean Grey. Oba obozy chce dla mutantów jak najlepiej, choć ich sposoby osiągnięcia celu są skrajnie różne. W obliczu nieuniknionej katastrofy Hank McCoy, czyli wciąż zmieniający się Beast, postanawia sprowadzić z przeszłości młodsze wersje swoich przyjaciół, by na własne oczy zobaczyli, co stało się z nimi po latach, a docelowo zapobiegli krucjacie Cyclopsa.

Ten interesujący punkt wyjścia pozwala z jednej strony na szybkie zapoznanie się z fabułą bez tracenia czasu na śledzenie wątków zawartych w setkach innych zeszytów, a z drugiej na porównanie przeszłych inkarnacji bohaterów z ich współczesnymi odpowiednikami. Wzajemne niedowierzanie oraz to, do jakiego stopnia upływający czas wpłynął (także) na światopogląd obu grup, stanowi emocjonalną sprężynę napędzającą fabułę i dramaturgię albumu. Przyznam jednak, że póki co nie jestem całkowicie przekonany do tego tytułu. Otwarcie jest co prawda całkiem udane, ale po autorze pokroju Bendisa można oczekiwać dużo więcej. Zabrakło mi jego dotychczasowej finezji, świetnych dialogów (znanych z innych dokonań scenarzysty) czy chociażby postaci znacząco wyróżniających się z gromady mutantów. Ilustracje Stuarta Immonena to kolejny element, który w moim odczuciu najprawdopodobniej zniknie w tłumie podobnych komiksów, zawierających przyzwoicie skomponowane kadry, ale nic poza tym. Niemniej kreska kanadyjskiego rysownika spełnia swoje zadanie poprawnego zobrazowania opowieści.

Pierwsza odsłona „All-New X-Men” trochę zawodzi, ale jeśli czytelnik dostrzegł w historii duetu Bendis / Immonen coś, co daje nadzieję na przyszłość, to nie należy rezygnować z możliwości zapoznania się z kontynuacją epizodu. Oczywiście, głównie z powodu scenarzysty, którego można uwielbiać za wiele innych pozycji. Może tym razem potrzebuje czasu, by rozwinąć skrzydła, a jego podopieczni – póki co niepozorni – jeszcze pokażą na co ich stać?
Brian Michael Bendis, Stuart Immonen: „All-New X-Men: Wczorajsi X-Men” (All-New X-Men. Yesterday’s X-Men”). Tłumaczenie: Kamil Śmiałkowski. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2015.