Wydanie bieżące

1 września 17 (281) / 2015

Przemysław Pieniążek,

LEGENDA OSTATNIEGO CZARNIANINA (LOBO: PORTRET BĘKARTA)

A A A
Intergalaktyczny łowca nagród, który osobiście wykonuje każde zlecenie. Doskonale znający swoją wartość najemnik, w mig rozpracowujący zamiary przeciwnika oraz jego najsłabsze punkty. „Kat królów” odpowiedzialny za globalną eksterminację mieszkańców rodzimej planety Czarni. Kontraktowy morderca słynący z genialnego umysłu i przekraczającej najśmielsze oczekiwania zdolności autoregeneracji. Człowiek honoru, który zawsze dotrzymuje obietnic – nawet wtedy, gdy zostanie zwolniony z danego słowa. Walczący pod przeróżnymi sztandarami (anty)bohater mający za nic takie kategorie, jak Dobro czy Zło – przynajmniej jeśli dotyczą kogoś innego niż on sam. Obdarzony specyficznym poczuciem humoru jeździec ulepszonej wersji Kosmożylety 666, którego imię wymawia się z należytą trwogą nawet w najodleglejszych zakątkach kosmosu. A imię jego: Lobo.

Postać czerwonookiego watażki (bez większych problemów dającego wycisk samemu Supermanowi) stworzyli w latach osiemdziesiątych nieżyjący już Roger Slifer oraz pochodzący z nowojorskiej dzielnicy Queens Keith Giffen. Zgodnie z założeniem, Lobo – debiutujący na łamach komiksu „Omega Men” – miał być mocno zbrutalizowaną, choć mimo wszystko parodystyczną wersją marvelowskiego Rosomaka. Do 1990 roku gustujący w skórzanej konfekcji twardziel pozostawał marginalną postacią w uniwersum DC. Wszystko zmieniło się za sprawą komiksu „Lobo: Ostatni Czarnianin”, będącego owocem artystycznej współpracy Giffena ze szkockim scenarzystą Alanem Grantem oraz Brytyjczykiem Simonem Bisleyem.

Alternatywna, krwista i w perwersyjny sposób dowcipna biografia kosmicznego zabijaki okazała się strzałem w dziesiątkę (album chętnie czytano także w naszym kraju, gdzie ukazał się dwie dekady temu nakładem wydawnictwa TM-Semic), zapewniając protagoniście awans do komiksowej pierwszej ligi. Ukazujący się w tym roku pod szyldem oficyny Egmont Polska tom „Portret bękarta” zabiera nas w sentymentalną, przesyconą aurą szaleństwa i deprawacji podróż w czasie, który dla krewkiego socjopaty okazał się zaskakująco łaskawy.

W otwierającym kolekcję „Ostatnim Czarnianinie” Lobo otrzymuje od Vrila Doxa (szefa międzyplanetarnej jednostki policyjnej L.E.G.IO.N.) zlecenie eskortowania swojej byłej nauczycielki, panny Tribb. Zrzędliwa, choć wyjątkowo zażywna kobiecina skutecznie utrudnia bohaterowi wykonanie misji, której głównym priorytetem jest dostarczenie emerytowanego belfra żywego na wyznaczone miejsce – co przy temperamencie Lobo wydaje się z góry skazane na porażkę. Co gorsza, uszczypliwa dama popełniła nieautoryzowaną biografię swojego „krnąbrnego” ucznia, która doprowadza do furii zmilitaryzowane babcie z Ligi Przyzwoitości, jak również członków gangu Los Lobos gotowych pomścić „mistrza” i srogo rozprawić się z autorką oszczerczej publikacji. A to nie jedyne „grupy interesu” podążające tropem (póki co jednak przedostatniego) Czarnianina – ku makiawelicznej uciesze jego zielonoskórego szefa.

Trzask łamanych kości, odgłos rozrywanych tkanek oraz rozlew czarno-czerwonej posoki: zgadza się, ów komiks ekscesem stoi, w czym dzielnie partycypują Pangalaktyczny Zespół Tańca „Demolka” (wystawiający spektakl „Rapsodia z piłą łańcuchową”) oraz Komandosi Ortografii uwalniający wszechświat od językowych ignorantów i analfabetów. Ale przecież równie istotne w dziele tria Giffen-Grant-Bisley są chwytliwe dialogi, osobliwe rozważania protagonisty, satyryczne akcenty oraz garść autotematycznych wtrętów. Mówiąc krótko: wyczuwalny dystans autorów, pozwalający czerpać z lektury tej prześmiewczej jatki sporą satysfakcję. Kiedy „Lobo powraca”, by załatwić (sprawę) najniebezpieczniejszego kilera o imieniu Loo, ku własnemu zdumieniu zostaje zgładzony i trafia w zaświaty. Ale mocno zbiurokratyzowani niebianie nie są gotowi na przybycie TAKIEGO gościa, udowadniającego, iż nawet po Drugiej Stronie można urządzić widowiskową masakrę. Nic dziwnego, że urzędnicy próbują rozwiązać zaistniały problem za pomocą reinkarnacji, w ramach której Lobo wraca na Ziemię pod postacią… kobiety. I na tym nie kończą się perypetie bohatera mocno humorystycznego, choć wciąż bezkompromisowego epizodu (tak w warstwie narracyjnej, jak i wizualnej, w czym główna zasługa drapieżnej kreski Bisleya), zgrabnie mnożącego odwołania do innych klasycznych tytułów DC Comics.

Natomiast w zamykających album „Paramilitarnych świętach specjalnych” szkatułkowa narracja odsłania przed czytelnikiem okoliczności niecodziennej perypetii, której siłą sprawczą jest wielkanocny długouch. Wszak zdesperowany gryzoń zleca Lobo likwidację Krisa „Miazgi” Miazgowskiego – osiadłego w twierdzy na Biegunie Północnym mistrza maczety, lepiej znanego jako Święty Mikołaj. Bezbłędnie pokolorowany (ukłon w stronę Loverna Kindzierskiego oraz Danny’ego Vozzo), opatrzony graficznymi dodatkami „Portret bękarta” z pewnością dostarczy wiele radości fanom intergalaktycznego kilera. Dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji zgłębić fenomenu zdeprawowanej ikony popkultury, lektura ekskluzywnie wydanego woluminu może okazać się zaiste elektryzującym doświadczeniem.
Keith Giffen, Alan Grant, Simon Bisley: „Lobo – Portret bękarta” („Lobo: Portrait of a Bastich”). Tłumaczenie: Michał Zdrojewski. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2015.