ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (281) / 2015

Sebastian Smoliński,

SZPIEDZY NIE TACY JAK MY (MISSION: IMPOSSIBLE - ROGUE NATION)

A A A
Prawdziwa misja niemożliwa serii z Tomem Cruise’em to znalezienie przekonującej filmowej tożsamości. Wszystkie części „Mission: Impossible” balansują na cienkiej linii: łączą kino akcji z zawikłaną intrygą szpiegowską; próbują odróżnić się i od Jamesa Bonda, i od „Szklanych pułapek” z Bruce’em Willisem; dbają o błyskawiczne tempo narracji, ale jednocześnie pełne są rozbudowanych, długich sekwencji. Piąta odsłona działa uspokajająco: agent Ethan Hunt, choć wciąż podszywa się pod innych, zakładając na głowę lateksowe maski (znak firmowy cyklu), pozostaje hazardzistą o niezniszczalnym ciele i superszybkim intelekcie.

„Mission: Impossible” ominął los wielu franczyz, które po wystrzałowym początku stopniowo dryfowały w stronę nużącej mierności. W 1996 roku zimnowojenny serial przeniósł na duży ekran Brian De Palma, wysoko stawiając poprzeczkę potencjalnym następcom. Reżyser stworzył podstawowy model widowiska opartego na akrobatyce, szpiegowskich gadżetach i trikach tak wymyślnych, że już w punkcie wyjścia przekraczających granicę prawdopodobieństwa. W zamian za rezygnację z podstawowego realizmu dostawaliśmy serię reżyserskich i scenariuszowych popisów, zabierających nas do rzeczywistości, gdzie przy odpowiedniej dawce sprytu, adrenaliny i hakerskich sztuczek można otworzyć każdy sejf i pilnie strzeżony komputer. Ikoniczna scena z pierwszego filmu – zawieszony na linach Tom Cruise, który w ostatniej sekundzie łapie kroplę potu spadającą na najeżoną czujnikami podłogę – stanowi obietnicę zabawy ekstremalnej, takiej, w której o powodzeniu misji decyduje nie liczba wystrzelonych kul, ale ułamki sekundy, czyli timing – wyczucie chwili, które musi mieć każdy showman, nawet tajny agent pracujący w IMF, czyli Impossible Missions Force (siłach ds. misji niemożliwych).

Cykl nie doczekał się swoich reżyserów-baronów, którzy prowadziliby Cruise’a przez kilka kolejnych odsłon (celują w tym zwłaszcza filmy z Jamesem Bondem). Dzięki temu każdy odcinek ma odrębną stylistykę i dynamikę. Weteran John Woo wprowadził do amerykańskiego uniwersum choreografię godną baletu i zamaszysty montaż (w odróżnieniu od mistrzowskich, ale oszczędniejszych cięć De Palmy). J.J. Abrams, ówczesne cudowne dziecko telewizji, nie poradził sobie z zadaniem tak dobrze jak Brad Bird, utalentowany twórca animacji Pixara („Iniemamocni”, „Ratatoutille”), który w czwartej odsłonie, „Ghost Protocol”, przywrócił przygodom agentów geopolityczny ciężar i realizacyjną lekkość. „Mission: Impossible – Rogue Nation” pojawia się w kinach niemal 20 lat po premierze wybitnej wersji De Palmy, zachęcając do postawienia pytania: czy inscenizowanie porywających misji niemożliwych jest jeszcze w ogóle możliwe? Odpowiedzialny za piątą część Christopher McQuarrie, znany przede wszystkim ze swojego dorobku scenariopisarskiego, udowodnił, że tak – a uczynił to z hukiem, humorem i urzekającą błyskotliwością.

Paradoks opowieści o pracujących w ukryciu szpiegach i wszelkiej maści tajniakach tkwi w tym, że na ekranie działają oni często tak, jakby o ich istnieniu miało dowiedzieć się całe miasto (niszczone i demolowane). Nie inaczej jest w „Rogue Nation”, w którym Ethan Hunt poza kontrolą zwierzchników próbuje zmierzyć się z Syndykatem (zbrodniczą organizacją złożoną z agentów uznanych za martwych bądź zaginionych). Po interwencji szefa CIA jednostkę IMF rozwiązano ze względu na niesubordynację. Hunt z pomocą startych przyjaciół stanie do gry o bezpieczeństwo USA i Wielkiej Brytanii (a więc, w kolonizującej optyce serii, niemal całego cywilizowanego świata). Przeskakując z Mińska do Londynu, Wiednia i Casablanki, bohaterowie będą tropić łotra, który przynajmniej w tak dużym stopniu jak oni lubi ryzyko i oddech śmierci.

„Mission: Impossible” od lat pomaga Cruise’owi zachować gwiazdorski status. Aktor zdaje się odporny na działanie czasu i w każdym filmie wygląda coraz młodziej. O ile taka skrajna dbałość o ciało może wydawać się niepokojąca, o tyle przypięta aktorowi scjentologiczna łatka postawiła wręcz jego karierę pod znakiem zapytania. „Rogue Nation” w formie ledwie dostrzegalnej autoparodii przemyca komentarz na temat sekciarskiej dewocji Crusie’a. Siłą napędową filmu jest szaleństwo: chorobliwa ambicja agenta, realizowana rzekomo w imię wyższych celów, która przeradza się niemal w obsesję. Pełen fabularnych wolt scenariusz jest celowo bałamutny i nadmiernie skomplikowany (akcji i rozmów jest tak dużo, że nie starcza czasu na choćby jedną scenę erotyczną). Syndykat urasta do rangi prywatnego MacGuffina agenta Ethana Hunta. Nawet jego przyjaciele nie są przekonani, czy spisek eks-szpiegów nie jest wymysłem człowieka, który już dawno przekroczył zasadę rzeczywistości. Błysk w oku Cruise’a, sposób, w jaki opowiada on o Syndykacie i potrzebie jego obnażenia, nadają temu wątkowi charakter kryptoreligijny. Jedną z bardziej przewrotnych sugestii „Rogue Nation” jest to, że starcia mocarstw i zorganizowany terroryzm to być może fałszywe teorie, forsowane przez szare eminencje dzierżące potężną władzę.

Film nie pozwala widzowi zaczerpnąć tchu. Mimo że za wzorzec barokowego kina może służyć część druga wyreżyserowana przez Johna Woo, „Rogue Nation” również we wspaniały sposób posługuje się przesadą i mnoży gatunkowe atrakcje. Brak tu wizualnej wyobraźni De Palmy, ale rozmach całości zbliża film do szpiegowskiej opery. Misterna sekwencja wiedeńska rozgrywa się zresztą właśnie w teatrze podczas wykonania „Turandot” Pucciniego (włoski kompozytor ma w Hollywood powodzenie; w przedostatnim odcinku o Bondzie, „Quantum of Solace”, 007 bije się podczas inscenizacji „Toski”).

McQuarrie dokonał niemożliwego. Z jednej strony, naładował swój scenariusz inteligentnymi szczegółami: w Casablance Cruise prowadzi samochód świeżo po utracie przytomności z powodu kilkuminutowego nurkowania, jest niedotleniony, otumaniony i jakby pijany, przez co pościg po mieście i przesiadka na motory stają się podwójnie ekscytujące. „Rogue Nation” wpisuje się też w tradycję serii (jeden z pewników: są to zawsze opowieści o współpracy osobliwych indywidualistów; działając w pojedynkę, daleko się w tym fachu nie zajedzie), gdzieniegdzie modyfikując formułę, jak w przypadku wątku męsko-damskiego, który w najnowszej odsłonie ma wymiar niemal wyłącznie profesjonalny – flirt między bohaterami odbywa się podprogowo. Z drugiej strony, stając w szranki z zalewem wakacyjnych blockbusterów, McQuarrie oparł się na rzetelnym, przejrzystym filmowym języku, dalekim od dominującego dziś kina chaosu (czyli nerwowej kamery z ręki i trwających mikrosekundy ujęć). Po seansie czujemy, że niczym amerykańscy agenci otrzymaliśmy w prezencie wiadomość do natychmiastowego odsłuchania: konkretną, naładowaną informacjami i przynoszącą gwarancję niepowtarzalnej przygody. Jak na ironię, „Rogue Nation” też pewnie ulegnie w kolejnych sezonach medialnemu samospaleniu – przygotowując nas na szóstą część „Mission: Impossible”, która znajduje się już oficjalnie na etapie produkcji.
„Mission: Impossible – Rogue Nation”. Scenariusz i reżyseria: Christopher McQuarrie. Obsada: Tom Cruise, Jeremy Renner, Simon Pegg, Rebecca Ferguson i in. Gatunek: film sensacyjny / szpiegowski. Produkcja: USA 2015, 131 min.