Wydanie bieżące

1 września 17 (281) / 2015

Paweł Wiktor Ryś,

DZISIAJ ZNÓW ŚRODA (GOŁĄB PRZYSIADŁ NA GAŁĘZI I ROZMYŚLA O ISTNIENIU)

A A A
Jeden facet mówi do drugiego: „Ty mi ciągle zaprzeczasz”, na co ten drugi odpowiada: „Wcale nie”. Jeśli podoba się wam takie poczucie humoru, to nowy film Roya Anderssona „Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu” na pewno przypadnie wam do gustu.

I nawet jeśli wyświetlająca się zaraz po tytule – dość konsternująca dla niewtajemniczonych  – informacja, że film jest ostatnią częścią trylogii o „istotach ludzkich” może budzić pewne wahanie, to nie jest to (naprawdę) powód do ucieczki z kina. Andersson to nie Lech Majewski ze swych ostatnich filmów, a rozmaite plansze informacyjne w jego dziełach, choć mogą wydawać się strategią polegającą na podkreślaniu żartów czerwonym flamastrem, są całkowicie ironiczne i autoironiczne.

„Gołąb…” to bowiem komedia o „dramacie człowieczym” i zarazem dramat o ludzkiej śmieszności. Mamy tu przygnębiająco smutnych sprzedawców śmiesznych gadżetów, dość otyłą nauczycielkę flamenco, bardzo zblazowanego Karola XII ruszającego na bitwę z Moskalami, byłego kapitana statku, który próbuje swoich sił jako fryzjer (bo kiedyś w wojsku trochę strzygł), sędziwe rodzeństwo zamierzające zabrać umierającej (i oczywiście jeszcze bardziej sędziwej) matce torebkę z kosztownościami itd. Losy poszczególnych bohaterów dyskretnie (czasem tak dyskretnie, że trudno to uchwycić) przeplatają się ze sobą, ale fabuła ma w tym wypadku charakter jedynie pretekstowy. Głównym bohaterem i tematem filmu jest gatunek ludzki zanurzony w banale i absurdzie rzeczywistości, uwikłany we własne szablony, schematy i klisze. Zbiurokratyzowana i pedantyczna pod każdym względem (jeśli wierzyć drugiej części „Mojej walki” Knausgårda) Szwecja była najlepszym miejscem do ulokowania tego dramatu klisz. Nie chodzi tu jednak – jak już wspomniałem – o jakieś konkretne społeczeństwo, tylko o ludzkość w obłędzie, czyli w schemacie.

Ludzkość wpisaną w rytm dni i tygodni („wczoraj był wtorek, dziś jest środa, a jutro będzie czwartek. Musi pan nadążać, bo inaczej wszystko się posypie”), wplątaną w arbitralne i bezsensowne czasem normy („przepisy są po to, żeby ich przestrzegać”), uwięzioną we własnych szablonach i przyzwyczajeniach (mężczyzna, który od sześćdziesięciu lat pije to samo w tej samej knajpie). Przy czym Andersson krytykuje nie tyle określony porządek, ile skłonność człowieka do rutyny, powtarzalności, popadania w banał i schematyzm.

Przedmiot krytyki ujawnia się w sposobie prowadzenia postaci. Bohaterowie „Gołębia…”,  wykonując wciąż te same gesty, te same czynności, ani na moment nie odbiegają od przyjętego (przez nich samych) modelu. Są całkowicie zżyci z rolami, które odgrywają i bez przerwy powtarzają charakterystyczne dla tych ról zachowania i kwestie. Sprzedawca śmiesznych gadżetów zakładający „długaśne zęby wampira” zawsze z tą samą miną i w takim samym tempie nigdy nie zapomni dodać: „chcemy pomóc ludziom dobrze się bawić”, a wojskowy oficer podkreślający swą zasadniczość w każde zdanie wplata: „rzecz jasna” itd.  Uczynienie bohaterami „Gołębia…” ludzi z różnych klas społecznych (m.in. sprzątaczka, kapitan, pani naukowiec) i porządków czasowych (współczesność, 1943 i 1709 rok) pozwala Anderssonowi pokazać, że ów schematyzm – któremu podlegają nawet okrucieństwo i śmierć – jest niezależny od statusu społecznego, kapitału kulturowego i czasu historycznego. Rutyna to esencja ludzkości. 

Ważną rolę w jej demaskowaniu odgrywa warstwa językowa. W dziele Anderssona ludzie w zasadzie ze sobą nie rozmawiają, posługują się jedynie tzw. wykrzyknikami uniwersalnymi: „aha” „mhm”, „och” albo wymieniają utarte formułki przypisane do określonych sytuacji. Swoistym lejtmotywem filmu jest fraza: „cieszę się, że u ciebie wszystko dobrze”, będąca nieodzownym (i często jedynym obok „aha” i „mhm”) elementem każdej rozmowy telefonicznej. Prześmiewczym kontrapunktem dla owego automatyzmu językowego (a co za tym idzie: myślowego) są pojawiające się sporadycznie w filmie komunikaty generowane przez „automaty” (np. telefony komórkowe informujące bohaterów, że „brak nowych wiadomości”).

W „Gołębiu…” nawet pozornie nieistotne drobiazgi mają bowiem swoje miejsce i zastosowanie. Sygnalizowane znaczenia nie wybrzmiewają wprost, ale są właśnie efektem interakcji rozmaitych (często najdrobniejszych) detali, od doboru takiej, a nie innej scenerii, przez oświetlenie, po sposób poruszania się i mówienia postaci. Aktorzy grają tu każdym ruchem, gestem, prychnięciem, „ciamknięciem” i „ahnięciem”, a od pierwszego planu ważniejszy jest często plan drugi i trzeci. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że dzięki Anderssonowi powiedzenie „diabeł tkwi w szczegółach” nabiera nowego sensu.

To przywiązanie do detalu sprawia, że „Gołąb…” jest – nieprzypadkowo zresztą – dziełem bardzo malarskim. Już tytuł odsyła do motywu (przyglądających się z góry ludzkim poczynaniom) ptaków z obrazu „Myśliwi na śniegu” Bruegla. W samym filmie mamy zaś wiele malarskich cytatów i nawiązań, przy czym „ożywianie obrazów” u Anderssona nigdy nie jest prostym (ani tym bardziej ostentacyjnym) przeniesieniem arcydzieł malarstwa na język kina. Reżyser zawsze umiejętnie i pomysłowo wpisuje klasyczne dzieła w jakiś nowy kontekst – na przykład „Ślepcy” Bruegla zostali bardzo dyskretnie, a zarazem wymownie wkomponowani w scenę odwrotu wojsk szwedzkich spod Połtawy. 

Wycyzelowane kadry Anderssona przywodzą jednak na myśl przede wszystkim późne (obnażające pustkę nowoczesnego społeczeństwa) obrazy Hoppera. Z tym, że Andersson to trochę taki Hopper „z jajem”. Oglądanie „Gołębia…” przypomina więc kontemplowanie obrazów amerykańskiego malarza przy dźwiękach „ironicznej” muzyczki.

Ironia Szweda zdaje się bowiem (mimo poruszania fundamentalnych kwestii) dosyć pogodna. Reżyser unika bezwzględności; patrzy na swoich bohaterów z politowaniem, ale nie bez pewnego ciepła. Filmowa narracja prowadzona jest tu z perspektywy tytułowego gołębia, ze statycznego punktu, bez montażowych trików i bez zbliżeń. Osiągany w ten sposób „efekt obcości” pozwala widzowi na dystans, ale nie na chłód, który skutecznie niwelowany jest przez groteskowo dobraną, nieco przaśną muzykę (m.in. „Shimmy doll” Ashleya Beaumonta czy „Halta Lottas krog”). Oglądając zmagania (przypominających – w wyniku wspomnianych zabiegów – pacynki) bohaterów, w istocie przyglądamy się sobie, a śmiejąc się z nich, „z siebie się śmiejemy”.

Mimo dużej dawki humoru „Gołąb…” nie jest jednak kinem (uprzedzam rzetelnie) zbyt łatwym. To obraz wymagający trochę cierpliwości i dobrej woli. Metaforyczny, a zarazem mocno zanurzony w codzienności. Głęboki i gagowy jednocześnie. Z jednej strony bardzo wysmakowany, a z drugiej „ahany” i ciamkany. Film, w którym z grubsza chodzi o to, że „dzisiaj znów środa”.
„Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu” („En Duva satt på en gren och funderade på tillvaron”). Scenariusz i reżyseria: Roy Andersson. Obsada: Holger Andersson, Nils Westblom, Lotti Törnros i in. Gatunek: komediodramat. Produkcja: Szwecja, Norwegia, Francja , Niemcy 2014, 101 min.