ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (281) / 2015

Wioletta Grzegorzewska, Sabina Misiarz-Filipek,

STROJE KSIĘŻNICZEK Z RÓŻNYCH EPOK

A A A
Sabina Misiarz-Filipek: Chciałabym porozmawiać o pisaniu kobiecym.

Wioletta Grzegorzewska: Musimy o tym rozmawiać, żeby zmienić sytuację piszących Polek i żeby pewne pojęcia przedefiniować.

S.M.-F.: Ty masz inną perspektywę, patrzysz z innego środowiska literackiego.

W.G.: Od dekady mieszkam na angielskiej wsi, na Wyspie Wight, i na szczęście rzadko uczestniczę w tak zwanym życiu literackim, ale kiedy czasem wyjeżdżam na spotkania albo czytam pisma, na przykład ostatnio udało mi się przestudiować dwa numery „Granty”, to zdecydowanie widzę, że w Wielkiej Brytanii nie ma negatywnego ujęcia literatury kobiecej czy literatury kobiet. Dostrzegalne są dysproporcje w prezentowaniu, nominowaniu literatury kobiet: czterdzieści procent do sześćdziesięciu na niekorzyść kobiet, ale nie słyszałam jeszcze, żeby by ktoś mówił tak jak w Polsce, że literatura kobieca to menstruacyjne, sztambuchowe zapiski, kociokwikowe wyznania, pisanie macicą itp.

S.M.-F.: Chciałam Ci przypomnieć „Solistki”...

W.G.: O tak, „Solistki” były pod pewnymi względami przełomową książką: pierwszą po transformacji antologią polskich poetek, powrotem do pewnych tematów. Ktoś mnie kiedyś zapytał, dlaczego uważam, że antologie są ważne. Na początku XXI wieku polskie poetki piszą tak samo dobrą poezję jak poeci, otrzymują nagrody, wydają książki, a z jakiś tajemniczych powodów zajmują tylko ok. czternaście czy piętnaście procent miejsca w wydanych w Polsce i na świecie antologiach, a większość tych zbiorów ukształtuje w przyszłości kanon poetycki, bo według wielu badań, czytelnicy poezji najchętniej sięgają po antologie wierszy, a procesy kondensacji literatury są zawsze podobne.

Na przykład z antologii „Międzywojennej poezji polsko-żydowskiej” pod redakcją Eugenii Prokop-Janiec dowiedziałam się, że przed wojną pisało i publikowało wiersze wiele młodych żydowskich kobiet. Dzięki tej książce wiem mniej więcej, czym żyły, jak pisały, jak się ubierały, jakimi uliczkami chodziły na spacery we Lwowie, Warszawie, Krakowie i Wilnie oraz za czym tęskniły przedwojenne młode poetki. Prawie wszystkie te dziewczyny, wykształcone dwudziestolatki, zginęły podczas drugiej wojny światowej i zostały po nich tylko wiersze opublikowane w tym wyborze. Kiedy wcześniej pojawiały się antologie stricte męskie, na przykład dużo sugerujący i dosyć zabawny tytuł „Mięsożerny chłopiec, mięsożerny ptak” (jedna poetka i dwudziestu trzech poetów,) „Długie pożegnanie. Tribute to Chandler” czy „Sześciu poetów: dwadzieścia siedem wierszy”, to nikt nie reagował, że takie monopłciowe wybory, dyskryminujące kobiety, ale kiedy warszawski SDK wydał „Solistki”, zaraz pojawiła się fala oburzonych, którzy pisali, że nie rozumieją, po co wydawać taki babiniec.

S.M.-F.: „Solistki” były powrotem do pewnych tematów, ale nie przełamywały negatywnego postrzegania literatury kobiecej.

W.G.: Dokładnie. Na początku ucieszyłam się z tej antologii, choć brakowało mi w niej wierszy wielu poetek, na przykład Ewy Brzozy-Birk, Elżbiety Lipińskiej, Joanny Wajs, Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej czy Joanny Fligiel. Może nie było odpowiedniego gruntu pod taką publikację w kraju, gdzie literaturę kobiecą latami spychało się na margines. Kiedy w Polsce po transformacji wybił się feminizm, kilka lat później nastąpiła ostra reakcja środowisk konserwatywnych. A w ostatnich latach zauważyłam jeszcze eskalację tej nagonki. Kiedy w 2006 roku wyjeżdżałam z Polski, to tego nie było.

S.M.-F.: Tzn. nie było aż tak radykalnych postaw społecznych?

W.G.: Nie było aż takich radykalnych reakcji na przykład na pojęcie gender, które pisma konserwatywne nazywały ideologią, hydrą i smokiem gender. A dziwię się, bo przecież fachowe badania nad płciami, nad tym, jak wyglądają różnice między nimi i jak one są prezentowane także w literaturze, powinny bardzo interesować kościół.

S.M.-F.: No te badania są przecież prowadzone z różnych perspektyw. Wewnątrz środowiska feministycznego nie ma zgodności co do tego, jak interpretować „kobiece” i „męskie”, i czy można te kategorie uznawać za uniwersalne.

W.G.: Nie da się przeprowadzić wyraźnych podziałów, bo moim zdaniem mężczyźni też mogą pisać literaturę kobiecą i na odwrót, kobiety mogą pisać po męsku na przykład wspomnienia batalistyczne. Kiedyś kupiłam mojej córce piękną, kolorową książkę z naklejkami „Stroje księżniczek z różnych epok”. Córka obejrzała to cudo, a potem zapytała: – Mamo, a dlaczego w tej „konżeczce” nie ma panów w strojach księżnych?

S.M.-F.: Pozostaje pytanie, czy dzieląc literaturę na „kobiecą” i „męską” posługujemy się pojęciem płci kulturowej, czy automatycznie myślimy o kategoriach biologicznych.

W.G.: Raczej automatycznie myślimy o kategoriach biologicznych. Ja sobie wypracowałam dwa pojęcia: literatura kobiet, czyli ta pisana przez kobiety, i literatura kobieca, ta, która staje w opozycji do patriarchalnej kultury – w języku na przykład, w treści, w tym, że chce pokazać, czym jest świat kobiet i jak wygląda.

S.M.-F.: Czy to znaczy, że literatura kobieca musi być zaangażowana?

W.G.: Wolę myśleć, że literatura kobieca jest zaangażowana. Widać to choćby w pismach i na portalach, które taką literaturę publikują: „Zadra”, „Śląska Strefa Gender,” „artPapier”, „Woman Online Writing” (http://www.womenonlinewriting.org), „Wakat – Wspólny Pokój”. Poza tym przyjrzyjmy się literaturze pisanej przez mężczyzn. Ona może być też kobieca. Mamy wielu poetów, którzy piszą po kobiecemu! Już nawet Wojaczek posługiwał się liryką roli i zmieniał płeć – „Zrób coś, abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej”. A o podpaskach pierwszy pisał Tadeusz Różewicz: „zobaczyłem go w parku/ między nagim drzewkiem/ przywiązanym do palika/ blaszaną puszką po piwie/ i podpaską zawieszoną/ na krzaku dzikiej róży”.

S.M.-F.: Do głowy przychodzi mi teraz Krzysztof Siwczyk i „Dokąd bądź” jako poemat rodzicielski.

W.G.: Nie czytałam tego poematu, ale liryka na przykład Andrzeja Sosnowskiego i grona jego naśladowców wydaje mi się bardzo kobieca. Gdybyśmy zmieniły rodzaj podmiotu, to przecież niektóre z tych wierszy wyglądałyby, jakby napisała je kobieta. Zwróćmy uwagę na sensualną metaforykę i wszelkie zdrobnienia w jego wierszach: kuleczki, rząd światełek, kluczyk.

S.M.-F.: A co myślisz o prozie? Weźmy Gombrowicza czy Schulza na przykład.

W.G.: Dla mnie najważniejszym utworem Gombrowicza jest jego pierwszy dramat „Iwona Księżniczka Burgunda”. Iwona bardzo mnie wzrusza, taka niemrawa i bezwolna, a jednak nie da się ująć w ramy, uspołecznić, złapać w formę. A Schulz, ten liryczny Schulz, który pisał o piesku Nemrodzie, kojarzy mi się przede wszystkim z rysunkami, na których kobiety są władczymi, świadomymi swej potęgi istotami.

S.M.-F.: Czy literatura kobieca Twoim zdaniem musi być afirmatywna w stosunku do pojęcia kobiecości?

W.G.: Nie musi. Ale myślę, że mogłaby częściej i na różne sposoby prowokować i wbijać szpilę w świat patriarchalny zarówno w formie i treści. Literatura kobieca może szukać możliwości stworzenia innego języka w kulturze patriarchalnej, odwoływać się do tradycyjnych tematów kobiecych, jednocześnie je podważając poprzez nadawanie im nowych znaczeń. Rożni krytycy, czy raczej, powiedzmy, krytykanci, uważają, że literatura kobieca to tylko wszelkiego rodzaju romansidła. W ich ujęciu literatura kobieca, w latach dziewięćdziesiątych nazywana bezmyślnie „menstruacyjną”, ma u nas do tej pory negatywne konotacje i niesłusznie kojarzy się z utworami gorszej kategorii.

S.M.-F.: W „Solistkach” krytycy pojawiają się trochę jak wyimaginowany wróg – jednolita instancja męska, która ocenia literaturę. Jest też przecież sporo krytyczek literatury (choć nie wiem, czy parytetowo). Czy to nie jest jakiś fantazmat z tymi krytykami, którzy zgodnie spychają literaturę kobiecą na boczny tor?

W.G.: Nie wiem, może to absolwenci studiów filologicznych, gdzie na listach lektur dominowały historie literatury i opracowania pisane przez mężczyzn: m.in. Przybylskiego, Święcha, Hutnikiewicza, Ziomka, a wykładowcy powtarzali, że kobieta, aby wejść do literatury, musi „stać się czymś w życiu wielkiego pisarza”. Teraz ci krytycy siedzą w redakcjach, w kapitułach i nominują zwykle swoich kolegów po piórze. Podam przykład. Jerzy Borowczyk i Michał Larek postanowili przewietrzyć kanon polskiej liryki współczesnej, w związku z tym opracowali i wydali obszerną antologię wierszy „Powiedzieć to inaczej. Polska liryka nowoczesna”. W wywiadzie opublikowanym na łamach „Czasu Kultury” pt. „Nic się nie stało” stwierdzili: „Z takich czy innych powodów te wiersze polskich poetek nie zyskały naszej przychylności. Przepraszam uprzejmie, ale kobieca poezja – z pewnymi wyjątkami – nam nie leży. Jest w niej coś zbyt łagodnego, nadmiernie podatnego na prostolinijną metafizykę”. W związku z tymi dziwnymi i wyraźnie dyskryminującymi pisanie kobiet argumentami do ponad tysiącstronicowej antologii wierszy wybrali tylko jedną poetkę, Krystynę Miłobędzką. Przyjrzyjmy się też opracowaniom krytycznym: Gutorowa, Śliwińskiego, Maliszewskiego, Marcinkiewicza i wielu innych. Ile jest w nich szkiców na temat poezji kobiet? Pięć procent? Historia polskiej literatury ma swoją alternatywną stronę. Jest to zapis strat zdolnych autorek skazywanych w patriarchalnej kulturze na niebyt. Mogłabym tak długo opowiadać. W literaturze węgierskiej do tego stopnia mężczyźni zdominowali rynek wydawniczy, że pisarki właściwie funkcjonują tam tylko jako autorki literatury dla dzieci. Od lat myślę o tym, aby napisać nowy zbiór esejów o literaturze kobiecej pod tytułem „Wyznania uduszonej”.

S.M.-F.: Kazimiera Szczuka zarzuciła „Solistkom”, że to antologia kierowana do patriarchatu (https://www.youtube.com/watch?v=auyrBo5-K44). Pojawiły się zarzuty, że jest to zbiór defensywny. Ja się z tą krytyką zgadzam. Joanna Mueller zaznacza, że nie o zestaw tematów kobiecych chodzi, ale o to, co jest ciekawego formalnie w tych wierszach. Przy czym, ostatecznie, ten zbiór podsuwa jednak zestaw tematów „kobiecych”. I rodzi się pytanie – czy to są jakieś gorsze tematy? Dlaczego nie nazywać tej poezji „kobiecą”? Redaktorki antologii twierdzą, że jest to kategoria ośmieszona i dlatego okazuje się nieprzydatna. A może zadaniem takiej antologii powinno być właśnie odzyskiwanie pewnych pojęć. Może trzeba by przyznać po prostu: tak, to jest poezja kobieca – i tematycznie i formalnie?

W.G.: Zgadzam się! Można było w układaniu takiej antologii pójść dalej i celowo wybrać wiersze zaangażowane, jak powiedziałaś, na rożne sposoby afirmujące wątki kobiece. Wiem, że w następnym roku pojawią się dwa wybory poezji Polek, ale przypuszczam, że znowu będą one zachowawcze: pierwszy pod tytułem „Scattering the Dark” pod redakcją Karen Kovacik ukaże się w Ameryce i będzie ułożony tematycznie; drugi, poniekąd będący kontynuacją „Solistek” pod tytułem „Kobieta Zbiorowa” przygotuje zespół badaczek związanych z warszawskim Feminarium. Mam nadzieję, że tym razem redaktorki pójdą na całość.

S.M.-F.: Redaktorki „Solistek” w zasadzie dystansują się od samych wierszy.

W.G.: Nie wiem, czy redaktorki dystansują się od wierszy. W posłowiu sugerują, że to same poetki nie chcą być odbierane jako te „piszące macicą”. Niestety mam wrażenie, że redaktorki nie powalczyły z zastanymi, wymyślonym przez krytyków pojęciem „poezja kobieca” jako ta egzaltowana, prostolinijna, uczuciowa i słaba. A prawda jest taka, że mogły to pojęcie przeinterpretować. Mogły powiedzieć tak, w niniejszej antologii prezentujemy poezję kobiecą, czyli tą odważną, dobrze napisaną, walczącą ze stereotypami.

S.M.-F.: W „Gugułach” natomiast kobiecość nie jest wcale taka pierwszoplanowa, uderzająca jest natomiast fascynacja ojcem.

W.G.: „Guguły” na początku miały narrację trzecioosobową, ale zrezygnowałam z niej specjalnie po to, aby pokazać świat i wyobraźnię dziewczynki i nastolatki urodzonej w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych. Poza tym ta książka jest autobiograficzna, dlatego naturalnie wybiła mi się na plan pierwszy postać ojca. Mój tata zmarł młodo i z biegiem lat stworzyłam sobie jego mit. Do ojca miałam po prostu większy dystans, mogłam mu się lepiej przyjrzeć z różnych stron, jak w wierszu „Wszystko o moim ojcu”. Myślę, że dlatego ta postać jest tak rozwinięta. Jeśli chodzi o kobiecość, to uczyniłam ją pierwszoplanową między innymi w opowiadaniu „Czerwone liście derenia”, które ukaże się jesienią na łamach miesięcznika „Znak”. Odtworzyłam losy Katarzyny znad Wisłoku, której historię przeczytałam w starym numerze „Przyjaciółki” sprzed pięćdziesięciu lat. Pokazując życie kobiety urodzonej na początku dwudziestego wieku, która była furmanem, eksponuję kobiety, które były determinowane przez mężczyzn i ich wojny oraz opowiadam o tym, jak musiały radzić sobie bez antykoncepcji. Katarzyna w tajemnicy przed mężem kupowała szeroko reklamowaną w ówczesnej prasie, ale absolutnie nieskuteczną, maść plemnikobójczą doktora Parczewskiego, robiła sobie bolesne płukanki z octu drzewnego. Choć pesaria i lateksowe prezerwatywy wynalazł przed druga wojną Żyd z Konina, kobiety zaczęły z nich korzystać dopiero chyba pod koniec Polski Ludowej.

S.M.-F.: Eksponując wątki kobiece, nie dążysz np. do tego, żeby deprecjonować świat męski?

W.G.: Jestem feministką, ale absolutnie nie chciałabym deprecjonować świata męskiego. Kiedy w tym roku pisarka, Kamila Shamsie, zaproponowała na łamach „Guardiana”, aby 2018. uczynić rokiem publikacji kobiet, zaczęłam mieć spore wątpliwości co do tego pomysłu. Oczywiście po wiekach dyskryminacji trzeba wyróżniać, publikować, zauważać, recenzować, przywracać do podręczników i na listy lektur twórczość kobiet, przygotowywać antologie i pisma z ich utworami, ale nie jestem zwolenniczką wykluczania literatury mężczyzn.

S.M.-F.: Lubisz przyznawać się do autobiografizmu?

W.G.: We „Własnym pokoju” Virginia Woolf mówi, że autobiograficzna literatura kobiet jest bardzo ważna. Jej zdaniem, jeżeli będziemy pisały dzienniki, autobiografie, ocalimy wiele wspomnień i przy okazji uświadomimy sobie, jakimi sposobami i dlaczego powinnyśmy zmienić świat. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby nie poginęły lub celowo nie zostały zniszczone, dzienniki różnych kobiet – na przykład podróżniczki Marii Czaplickiej. Autotematyczny wymiar pisania jest dla mnie bardzo ważny. Nawet w moją pracę licencjacką o motywach snu w literaturze dla dzieci i młodzieży w oparciu o prace Bruna Bettelheima wplotłam wątki autobiograficzne. Czasem zdarza mi się modyfikować wspomnienia, zmieniać fakty i kłamać tak, aby zawiesić w czytelniku poczucie niedowierzania. Wszystko, co napisałam, jest oparte na moich doświadczeniach, ale przefiltrowane przez wyobraźnię, język i pamięć.

S.M.-F.: Filtrowanie opowieści widoczne jest też w porządku publikacji. Np. w „Notatniku z wyspy” pojawiają się zalążki historii, które rozwijasz lub dopowiadasz w „Gugułach”. Te opowieści w Tobie dojrzały czy po prostu nie chciałaś, żeby zginęły w „Notatniku”?

W.G.: „Notatnik” jest zbiorem sylw, które pisałam na emigracji. W wynajętym mieszkaniu przy Surbiton Grove nie miałam internetu ani komputera, pisałam na serwetkach, biletach, w zeszytach. To był taki fiszkowy zaczyn do poszukiwań prozatorskich. Byłam wtedy w drugiej ciąży: „Życie nowe na moich rękach i przy piersi. Na autonomicznej wyspie i w zjednoczonej Europie, na krawędzi.”

S.M.-F.: To są takie zaczepki.

W.G.: Tak, są to takie zaczepki, zaczątki, proza paradokumentalna.

S.M.-F.: Chciałaś, żeby to były zamknięte całostki?

W.G.: Ja nawet posty na portalu społecznościowym próbuję komponować jako zamknięte całostki i wciąż je edytuję, ponieważ, żyjąc pomiędzy dwom krajami, zaczynam tracić „pewność” języka. A w „Notatniku” zebrałam fiszki, które później chciałam rozwinąć w dłuższe opowiadania czy nowele.

S.M.-F.: W „Notatniku” zapisałaś sen swojego syna: „Śniło mi się, że mieszkam na planecie, która była miękka i giętka jak piłka. Nic tam nie robiłem, czas spędzałem na odbijaniu się od ziemi. – I co było dalej? – pytam zaciekawiona. – A potem ty się zjawiłaś i wypuściłaś powietrze”.

W.G.: Ten sen uświadomił mi, kim może być matka, jak silną postacią jest w życiu syna, może rozsadzić jego świat jednym ukłuciem.

S.M.-F.: Bardzo ambiwalentne to jest.

W.G.: Mnie ten sen dziecka bardzo zaniepokoił. Być może, tak jak w mojej opowiastce, ojciec wywiera przemożny wpływ na Wiolkę, ja odciskam się na życiu syna. To jest taki metaforyczny sen Jungowski. Nie wiem, czy mój syn, który śnił o małej planecie, nie czytał wtedy przypadkiem „Małego Księcia”. Muszę go o to zapytać.

S.M.-F.: W „Gugułach” kreujesz kobiety mocno stąpające po ziemi. Ojciec jest tym, który służy do odbijania się od ziemi, a matka do chodzenia po niej, albo do przebijania marzeń.

W.G.: Matka jako postać pierwszoplanowa dopiero się pojawi w mojej prozie, ale najpierw muszę ją w sobie odnaleźć.

S.M.-F.: Jest u Ciebie wielką nieobecną.

W.G.: Tylko pozornie. Gugułowa matka, która w niedzielę po obiedzie wymyka się z domu z Popularnymi, tak naprawdę zarządza całym światem na Hektarach i trzyma go w ryzach. Dziś zdaję sobie sprawę z tego, że za mało ją odsłoniłam i to był chyba mój błąd. Moja mama, Zofia, jest krucha, nadwrażliwa i przypomina trochę matkę z mojego ulubionego filmu „Nagroda” Pauli Markovitch. Dużo jej zawdzięczam, bo zawsze motywowała mnie do pracy, namawiała do studiowania. W pamięci utkwił mi taki obrazek – moja mama, choć chora i zmęczona, biegnie kamienną drogą w stronę przystanku autobusowego, żeby podać mi ściągę, której zapomniałam, na egzamin maturalny z historii. Trudno mi o niej mówić, bo to jednak mama. Niech lepiej pojawi się w moich książkach.
Fot. Monika Olek.