Wydanie bieżące

1 lutego 3 (75) / 2007

Ewa Siuda-Szymanowska,

DRAMAT, DEWIACJA, DEPRESJA

A A A
Dogmaville i okolice
W dniach 6 – 17 stycznia 2007 w katowickim kinoteatrze „Rialto” odbył się przegląd filmów domowych i okołodogmowych. Rozpoczęty refleksjami dr Rafała Syski z Uniwersytetu Jagiellońskiego na temat podobieństw i różnic Nowej Fali i Dogmy, pokazał widzom panoramę twórczości twórców Dogmy – od wczesnych filmów Larsa von Triera sprzed manifestu, poprzez sztandarowe, duńskie dzieła nurtu (Festen, Idioci) i realizacje europejskie oraz amerykańskie (Włoski dla początkujących, Julien Donkey-Boy) do późnych, odbiegających już od „ślubów czystości” obrazów Thomasa Vinterberga i von Triera. Co łączy te filmy? Co jest w nich tak szczególnego, że nadal warto je oglądać? Co ze sobą niosą, pokazują i uświadamiają współczesnemu widzowi?

Szaleństwo
„Czy jestem nadwrażliwy?” – pyta ojciec, jeden z bohaterów filmu „Julien Donkey-Boy”. Nadwrażliwość i szaleństwo są słowami-kluczami, kategoriami, które towarzyszą filmom dogmowym. Często obie są cechami postaci. To właśnie osoby odbierane jako szalone czy w jakiś sposób ograniczone są tutaj tymi, które w szczególny sposób patrzą na świat, są wyczulone na potrzeby innych ludzi. Taka jest Bess, bohaterka „Przełamując fale”. Taka jest Trierowska Selma, ograniczona poprzez słabnący zmysł wzroku. Ludźmi najszczerszymi i najautentyczniejszymi w świecie „Idiotów” są osoby z zespołem Downa.

Nie znaczy to, że takie postaci nie budzą kontrowersji swoimi postawami i wyborami życiowymi. Ich specyficzne widzenie świata i jego reguł, relacji z ludźmi są diametralnie różne od tego, co postrzegamy jako „normalne”. Hormony Korine doprowadza schizofreniczny obraz świata Juliena do ekstremum. W odwróconym świecie Dogmy inaczej znaczą słowa: miłość, miłosierdzie, zbawienie, poświęcenie. Prawda często boli...

Cierpienie
Ukryte, psychiczne, lecz stężone do granic, powiększane stopniowo przez kolejne „uderzenia”. Wybuchające nagle, gwałtownie, z pełną siłą. Ludzie postawieni w obliczu wyborów niemożliwych, przygnieceni nieszczęściem, skazani na ostateczność. „Festen” Vinterberga to obraz cierpienia ukrytego, zakorzenionego w dzieciństwie, nie mogącego się ujawnić. Jego niespodziewane odsłonięcie budzi niedowierzanie i nerwowy śmiech.

„Tańcząc w ciemnościach” von Triera ukazuje kobietę pełną poświęcenia w obliczu choroby własnego dziecka. Jej działania dla jego leczenia zostają przerwane przez egoizm i bezwzględność sąsiada, rzekomego „przyjaciela”. Selma musi wybrać – jego życie lub zdrowie syna. W efekcie to jej życie zostaje złożone w ofierze.

Bess („Przełamując fale”) jest dręczona psychicznie przez ciężko chorego męża, którego kocha. Jego cielesne żądze, których z racji paraliżu nie może zaspokoić, stają się powodem śmierci Bess. Kobieta jest zdolna do największych poświęceń dla miłości, ryzykuje życie w niemal absurdalny sposób.

Dewiacje
Twórcy Dogmy przedstawiają chory świat, często ów obraz skupia się na społecznym marginesie („Julien Donkey-Boy”), mikrospołeczności – środowisku małego miasteczka („Dogville”) czy rodziny („Festen”, „Julien Donkey-Boy”). Wydawałoby się, że hermetyczność rodzinnego kręgu czy miejscowości, gdzie wszyscy się znają, daje poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem twórcy tacy, jak Lars von Trier, Thomas Vinterberg czy Hormony Korine właśnie w takich środowiskach ukazują rodzenie się wszelkich patologii, niedostosowań, dewiacji. Bezpieczeństwo jest jedynie pozorne. Te światy mają odwrócone prawa. Schizofrenik Julien jest otoczony wszelką ludzką „monstrualnością” – fizyczną i psychiczną (przyjaźni się m.in. z mężczyzną pozbawionym rąk); jego miłość do siostry objawia się jej ciążą. Postać i relacje rodzinne Juliena przypominają obraz dysfunkcyjnej rodziny Jonathana z „Tarnation”.

U Vinterberga pojawia się postać ojca-gwałciciela, z którego powodu córka odbiera sobie życie. Syn, ujawniający po latach ojcowskie tajemnice, jest początkowo odbierany jako człowiek niespełna rozumu. Gwałt jako sposób podporządkowania i „pacyfikacji” panuje w mikrospołecznościach „Dogville” i „Manderlay”.

Bliskość
Jedną z zasad formalnych, ujętych w manifeście „Dogme’95”, jest kręcenie „z ręki”. Sztandarowe dzieła spod znaku Dogmy respektują tę zasadę, dając widzowi rozedrgany, niespokojny, często nie pozbawiony ziarnistości obraz. Nawet „Tańcząc w ciemnościach”, film przełamujący manifestowe reguły, częściowo tę właśnie realizuje. Kamera jest tam, gdzie dzieje się film – pisali Trier, Vinterberg i Kragh-Jacobsen. Kręcenie z ręki pozwala twórcom (również dosłownie) zbliżyć się do swoich bohaterów, a co za tym idzie – także do ludzkich dramatów, które te postacie reprezentują. Dogmowców interesuje człowiek uwikłany, niespokojny, cierpiący; jego problemy i przeżycia. Obraz filmowy przypomina relacjonowanie zdarzeń „na gorąco”, wydobywa dramatyzm znacznie bardziej, niż statyczna kamera czy jej płynne jazdy. Nie pozostaje to bez wpływu na reakcje emocjonalne widza, który niejednokrotnie czuje się podobnie jak bohater przytłoczony (nie tylko przez zwiększoną trudność odbioru). Kinowe złudzenie autentyzmu rośnie, kiedy maleje (a raczej: jest kompletnie rugowana) ilość filmowych efektów.

Człowiek
Być może ta konkluzja będzie nadużyciem – ale tutaj powracamy do renesansowej maksymy „jestem człowiekiem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce”. A raczej – wszystko, co ludzkie, jest mi bliskie; zarówno psychiczny dramat, jak i czysta fizjologia. Interesujące – jak na podstawie całkowicie sztucznych, manifestowych reguł można stworzyć dzieła z taką siłą autentyczności. Zbliżenie do indywidualnych dramatów postaci sprawia, że twórcy niejednokrotnie pozwalają nam oglądać świat ich oczami (rozmazany obraz niedowidzącej Selmy czy schizofreniczny collage obrazów Juliena).

Depresja widza po wyjściu z kina zdaje się być znakiem dogmowych dzieł. Natomiast wielu tym obrazom i ich bohaterom – wbrew wszystkiemu – nie brakuje optymizmu (choćby był to czasem optymizm à rebours). Ważne jest to, że te filmy uczą nas innego spojrzenia czy też jego próby, na przykład – jak u von Triera – z perspektywy „idioty”. Ostatnie filmy Leone Scherfig czy Vinterberga pokazują, że mimo wyzbycia się sztucznych zasad formalnych, nadal pozostaje żywa dogmowa tradycja zbliżenia do człowieka i jego problemów. Czasem przybiera to ramy tragikomiczne („Wilbur chce się zabić”) lub opowieści z rodzaju science-fiction („Wszystko dla miłości”). O tym, że Dogma nie ginie, przekonują kolejne nadawane certyfikaty; ich zasięg od 1995 rozszerzył się znacznie poza Kopenhagę i Danię. Zasadnym wydaje mi się pytanie zadane przez Rafała Syskę: dlaczego żaden z polskich obrazów dotąd takowego nie uzyskał? Czy ta forma, ten sposób ujęcia i tematyka są nam tak obce? Jednak ten temat pozostawiam poza obszarem moich rozważań.
„Dogmaville i okolice” Kinoteatr „Rialto” w Katowicach, 6-17 stycznia 2007.