Wydanie bieżące

1 lutego 3 (75) / 2007

Piotr Bogalecki,

NIEPOZBIERANA

A A A
O poezji Krystyny Miłobędzkiej
Poezja Miłobędzkiej jest nieekonomiczna: słowa leżą odłogiem, marnują się, niszczeją. Razi to nawet w wierszach-aforyzmach, przy których lekturze często ma się wrażenie, że nie wszystkie możliwości semantyczne użytych leksemów zostały wykorzystane. A wydawałoby się przecież, że tak być powinno, skoro poezję Miłobędzkiej klasyfikuje się jako lingwistyczną (raz, że jeśli już trzeba, to nie można inaczej, gdyż wyrażenie „poezja lingwistyczna” jest tautologią; dwa, że Miłobędzka wyrosła – i do tych korzeni się przyznaje – z Karpowicza i Białoszewskiego). Autorka „Po krzyku” wie jednak najlepiej, że nie w tak rozumianej poezji lingwistycznej droga, a eksploatowanie semantycznej głębi słów aż do granic możliwości sytuuje język na po-graniczu nie-zrozumiałości. Swego czasu widzieli ją tam krytycy tej miary, co Barańczak czy Nyczek. Ten pierwszy, przychylnie nastawiony do, jak powiadał, „trudnej i niejasnej” poezji Miłobędzkiej, nie wróżył jej łatwej przyszłości, w czym raczej się nie mylił (mimo że nie jest już dziś Miłobędzka poetką anonimową – głównie dzięki wieloletnim staraniom Biura Literackiego, wydawcy książki prezentującej całość jej poetyckiego dorobku, zatytułowanej „Zbierane 1960-2005”, która stała się pretekstem dla niniejszego szkicu). Nie sprawdziły się natomiast prognozy Nyczka, który jako pierwszy pokusił się o syntetyczne spojrzenie na dzieło Miłobędzkiej i na podstawie tomu „Pamiętam” (1992), przez wielu uznawanego za najlepszy poetycki zapis przeżyć stanu wojennego, sugerował zwrot ku rzeczywistości polityczno-społecznej. Kiedy czyta się lapidarne „Wszystkowiersze” (2000) czy ostatni, nominowany do NIKE, tom „Po krzyku” (2004), wydaje się, że rzeczywiście małymi kroczkami poezja Miłobędzkiej opuszcza gęstwiny „trudnego lasu”, w którym hula widmo „hermetycznego” Tymoteusza Karpowicza. Nie widać w nich jednak ani oznak przyjęcia postawy „zaangażowania”, ani radykalnego rozjaśnienia, wyklarowania się poetyckiej dykcji. Dzięki szerokiemu oglądowi, jaki daje „Zbierane”, można natomiast dojść do wniosku, że w próbie opisu dorobku Miłobędzkiej najlepiej przydać się może cecha, jaką pozwalam sobie nazwać tu niepozbieraniem.

Stale pojawiający się motyw, od „Anaglifów” z 1960 do „Po krzyku” z 2004: „komu potrzebne nazywanie” („Zbierane”, s. 36), „przejęzyczenie, potknięcie” (s. 94), „Pomówmy sobie o byleczym” (s. 99), „Nie wstydź się, mów jak leci, jak chce wyjść” (s. 107), „Nie tyle nie to nie tak, niedbale, mniej więcej zaledwie” (s. 123), „odejmij literkę od literki te się znowu składa w co zechcesz” (s. 151), „Słowa nas unoszą” (s. 186), „zapisać bieg myśli bieg słów w biegnącym świecie” (s. 210), „urwana w ćwierć słowa” (s. 225), „Gdyby ktoś przeczytał to zapisane i to niezapisane. Gdyby te rozrzucone kawałki po swojemu połączył” (s. 226), „śpiesz się!/ mów się!” (269), „notuje to na niepotrzebnych kopiach maszynopisów i po drugiej stronie kwitów za gaz, nie wierzy żeby przetrwało dłużej” (s. 306). Przepraszam za ten katalog, morderczy dla poezji, bo rozrywający tkankę tekstu – chociaż z drugiej strony, jaka to tkanka, jeśli słowa wydają się dryfować gdzie popadnie, nie respektując reguł składni, gramatyki, fleksji? Niepozbierane, nie chcące zebrać się do kupy, w jeden sens lub chociaż w wyraźnie ukierunkowaną intuicję. Tak więc – by spróbować, wbrew wszystkiemu, zebrać powyższe uwagi na temat twórczości Miłobędzkiej – mimo ewolucji, jaką niewątpliwie jej poezja przechodzi (od opisowej prozy poetyckiej poprzez gęstwiny lingwistyczne w stronę mikrologii aforyzmu), wciąż zwraca w niej uwagę (być może pozorny) brak troski o… poezję – jeśli rozumieć przez nią coś, co rozgrywa się pomiędzy autorem a czytelnikiem. Słowa sytuują się poza procesem lekturowej wymiany, poza zasadą komunikacji, wsobne i nie ani przez chwilę nie starające się pomóc w zbieraniu sensów, jakiego dokonujemy czytając. Miłobędzka zaś na to: „(Mówię to głośna reszta tego, co po cichu myślę. Piszę to resztka tej reszty).// Co mówi twój uśmiech, kiedy oczami przebiegasz ten tekst?” (s. 210).

Rzecz jasna, niepozbieranie nie wynika z rozkojarzenia czy niegospodarności Miłobędzkiej i nie trzeba być Barańczakiem, żeby zauważyć, że „pod pozorami nieogładzonej bylejakości ukrywa się w utworach Miłobędzkiej subtelna i przemyślana robota poetycka” („Przed i po”. Londyn 1988, s. 66). Jaka więc rola generowanego wciąż efektu niepozbierania – w wierszach, które uznaje się za „macierzyńskie” i „opiekuńcze” (choć brak większych feministycznych ich opracowań)? Trudno powiedzieć; sądzę jednak, że nie chodzi tu o, jak chciałby recenzent „Odry”, „przedsięwzięcie epistemologiczne nawiązujące do hermeneutycznej tradycji modernizmu, podejmującej trud ustanowienia/odnowienia komunii między słowem i rzeczą” (G. Hetman: „Dookoła siebie”. „Odra” 2006, nr 11). Owszem, projekt ten jest obecny w poezji Miłobędzkiej, ale przepracowany, świadomy swej utopijności i ironicznie ją wygrywający. Stąd utyskiwania typu „ciągle ta sama nieopowiadalność!” (s. 288) współistnieją z refleksjami takimi jak: „nie mam słów/nie mogę nawet oniemieć” (s. 321). W przeciwieństwie do Hetmana, według którego projekt ów Miłobędzka „z premedytacją podejmuje”, czytam jej poezję jako próbę mozolnego wydeptywania własnej ścieżki, którą podąża się z pełną świadomością tego, że język i rzeczywistość nigdy nie spotykają, nazwa nie będzie adekwatna, niewyrażalne nie stanie się wyrażonym. Stąd, jak sądzę, decyzja o istnieniu nie-po-zbieranym – po co zbierać, skoro od zawsze po-roz-rzucone słowa zawsze roz-rzucą się na nowo: „Wyciągam z poplątanego – i to jest proste. Kładę proste na prostym – i znów się plącze” (s. 62), „Zanim słowa, już po nich” (s. 145), stąd napomina poetka samą siebie: „i słów, dziewczyno, jest zawsze mniej / a żywego więcej niż potrafisz znaleźć’ (s. 290). Strategia niepozbierania nie jest jednak wyznaniem niewiary w sens słowa i poezji, ale próbą pomyślenia ich inaczej, poza zaklętymi kręgami poetyckich piekieł: idealizującego rozpamiętywania doświadczeń minionych; kolekcjonowania doświadczeń wciąż nowych, głównie spod znaku trans-; w końcu prób wydawania się na pastwę języka i dzięki temu doświadczania rozkoszy i przyjemności pisania. Miłobędzka idzie swoją nie-doświadczoną drogą, której przebieg można tu naprędce spróbować wyznaczyć trzema drogowskazami.

Pierwszy z nich kładłby nacisk na specyficzny „pośpiech” tej poezji wciąż „zadyszanej”, „biegnącej”, „spóźnionej”, stanowiącej „zapis ruchu” (235), czy – według Barańczaka – będącej in statu nascendi („Ironia i harmonia”. Warszawa 1973, s. 146). Ostrzegałby przed szerokim traktem poetyckiego „nazywania rzeczy”, a prowadził ku bezdrożom „poezji stawania się”, którą należałoby pewnie odmieniać przez nazwiska Nietzschego czy Merleau-Ponty’ego, a do której Miłobędzka próbuje się zbliżyć, pochylając się nad językiem dziecka, czy nad hegemonią „ruchliwego”, zawsze „niegotowego” przyimka. Stąd permanentne niewykończenie, urwane wątki, frazy, słowa, niczym u Celana, stąd prymat czasownika, a raczej szczególnie interesującego poetkę imiesłowu, stąd wrażenie niedbałości.

Drugi drogowskaz wskazywałby na fascynację problematyką, którą można by nazwać ontologiczną: nie tylko sposobem istnienia rzeczy, ale także siebie samej (warto prześledzić jak zmienia się u Miłobędzkiej częstotliwość użycia pierwszej osoby czasownika „być”, której mnóstwo, choć jeszcze Nyczek notował: „Miłobędzka rzadko mówi ja” – „Plus nieskończoność”. Kraków 1997, s. 37) oraz, co szczególnie ważne, modalnością istnienia słowa, wiersza, poezji. Droga ta prowadzi w okolice poezji konkretnej, Miłobędzkiej nieobce, by wspomnieć tu przede wszystkim tom „Wszystkowiersze” (2000). Kiedy stwierdza „Słowa chcą żyć, nie mówić” (s. 145), pragnąc puścić je samopas i pozostawić samym sobie, zbliża się do Pierre’a Garniera nawołującego: „Wyzwólcie słowa (…) Słowa nie są bowiem po to, by je pisać, ani po to, by uczyć, ani po to, by mówić: słowa są przede wszystkim po to, by istnieć” (cyt. za: T. Sławek: „Między literami”. Wrocław 1989, s. 11). Wbrew pozorom poezji takiej, pragnącej „mówić drzewami” i fascynującej się „językiem, który spełniałby rolę rekwizytu” (s. 124) daleko do ideału „komunii słowa i rzeczy”; do jej opisu potrzebujemy więc innych kategorii niż „wyrażanie” czy „nazywanie”.

Miłobędzka nie ma złudzeń: „to, co słyszysz nie jest moje, jest mało moje” (s. 174), poezja jest „wspólna, wkrzyknięta w ludzi” (s. 304), a jej twórcy należy powiedzieć jasno: „tracisz się, a mówisz, że utrwalisz” (s. 145). Stąd trzeci, ostatni, drogowskaz kieruje nas w stronę swoistej pokory tej poezji (a może macierzyństwa właśnie?), której autorka wyznaje, tłumacząc się z niepozbierania: „pisać tak, żeby cię nie urazić. Nie porazić. Nie wywrzeć na tobie wielkiego wrażenia, Nie wrazić własnego obrazu” (s. 238). Potem prosi (Miłobędzka czy jej poezja?): „złóż mnie z samych ty” (s. 227). Jeśliby więc raz jeszcze zapytać o idiom wierszy Miłobędzkiej, można by uznać, że niepozbieranie stanowi skuteczną strategię umniejszania się, robienia miejsca czytelnikowi i jego lekturowej aktywności. To dla niego, dla ciebie „każde słowo w razie potrzeby może być zdobyczą” (s. 300). To dlatego nieekonomiczna, sytuująca się poza logiką wymiany i substytucji, poezja Miłobędzkiej jest darem („więc jestem tu po to, żeby być, żeby się podarować – co ze mnie za prezent?”, s. 177). Mówi, że chociaż i my nie zbierzemy, to zbieranie, zawsze niedokonane, być może nauczy nas rozumieć, choćby jedno tylko słowo: „a z tego, co teraz tak śmiertelnie jasno widać między nami / niech ci się złoży / rozpada / złoży / rozpada od nowa złoży / jestem” (s. 183).
Krystyna Miłobędzka: „Zbierane 1960-2005”. Biuro Literackie. Wrocław 2006 [Seria „Dożynki”, tom 2].