Wydanie bieżące

15 września 18 (282) / 2015

Marek Bochniarz,

RZECZY GORSZE OD FILMÓW (REALITY)

A A A
Uważam, że każdy widzi inny film. A że moje obrazy są otwarte, jest w nich miejsce na wolną przestrzeń. Można w niej umieścić wszystko, co się chce – nawet cząstkę siebie.

Quentin Dupieux

Wiara naiwnego

Przeżywamy nowy początek. Świat zapełniają młodzi, którzy covery uznają za utwory oryginalne, a cytację w kulturze nie zawsze są w stanie uchwycić – zwłaszcza, jeśli osnuta jest na czymś niegdyś uniwersalnym, tradycyjnym, a dziś pokracznym i nieznośnym. Teraz w ich ręce wpada „Reality” – kino o tym, jak trudno połapać się w kinie. Albo rzecz o sile bezwładu, z którą reżyser pogrąża się w bełkocie. Tyle że trudno już nawet wskazać, kto tym reżyserem jest…

Quentin Dupieux, który przy okazji „Morderczej opony” nakreślił idealistyczną wizję swojej młodej publiczności (nie wiedzą, to ogarną, i staną się bogatsi), tęskni za nieskrępowanymi zabawami Wielkiej Awangardy, odgrywanymi w słusznej sprawie: dla Sztuki. Charakterystyczny przykład tych westchnień to okładka jego albumu „Lambs Anger”, na którym przetworzony został najsłynniejszy obraz z „Psa andaluzyjskiego” – chwila tuż przed rozcięciem żyletką kobiecego oka (u Dupieux / Mr. Oizo w zastępstwie przedstawicielki płci pięknej zabiegowi ulegnie puchaty, przelękniony piesek). Pokolenie kulturalnie finiszujące, które odnośniki wypatrzy bez problemów, będzie poirytowane wtórnością pomysłów. Młodzi, badający nieznane rewiry po omacku, powinni czuć się zaszczyceni. Tylko gdzie takich znaleźć?

Być może jednak właściwie postawione pytanie dotyczyłoby tego, czy naprawdę jeszcze da się obdarzyć kino niegdysiejszym solidnym ciężarem wartości i powagi, skoro obecnie jest ogólnodostępne dla nadawców i odbiorców, a przy tym często bezpłatne i wszyscy mogą o nim publicznie gryzmolić. Czy aby nadmierna demokratyzacja i szalona nadprodukcja nie spowodowały skarlenia X muzy?

Każdy chce / może być autorem

Przejdźmy jednak do fabuły „Reality”… Nie, jednak nie da się jej omówić w zadowalający sposób. Film ten, zamiast opowieści, zawiera słodki ulepek metatekstowych, efemerycznych refleksji o niewyraźnych granicach iluzji i tzw. piekle zwierciadeł. Dupieux stworzył wielopoziomową (ktoś powie: sztucznie skomplikowaną) strukturę, w której toną bohaterowie. Część z nich nieźle radzi sobie w tej sytuacji. Prym wiedzie tu bogaty i inteligentny producent, bezustannie balansujący między wrodzonym spokojem charakteru i rozkojarzeniem zawodu. Niektórzy mają się z tym fatalnie: w ruchome piaski „Reality” zapada się operator telewizyjny z wygórowanymi ambicjami bycia reżyserem, a więc i niezależnym autorem, co sobie panem jest.

Ta osobliwa walka o nadświadomość prowadzona jest na polu kina. Każda z postaci ma w życiorysie punkty zaczepienia, na których pozawieszano młyńskie kamienie uwikłania w produkcję fikcji. Inaczej mówiąc: wszyscy są tu winni – najmniej kłamczuszki, co oszukują, aby wejść w posiadanie cudzej narracji (choćby tytułowa dziewczynka o imieniu Reality w walce o zdobycie kasety VHS niewiadomego pochodzenia). Sytuacja wszechobecnej przepychanki najbardziej obciąża kartotekę reżysera. W średnim metrażu „Nonfilm” Dupieux bawił się typowo francuską skłonnością do snucia przeintelektualizowanych filmideł (patrz: Nowa Fala). Obecnie jakby sam popadał w typowe dla humanisty tarapaty, tracąc dystans i zdrowy rozsądek filmowego pana boga. Tworzy nawet na potrzeby „Reality” pomniejszego boga – gryzipiórka od filmu-w-filmie.

Wrzaski warte Oscara?

Herkulesowa praca bożka, operatora telewizyjnego Jasona Tantry (jak zawsze uroczo bawiący się żenadą swoich wcieleń Alain Chabat) polega na przydaniu waloru jego projektowi filmu fantastycznonaukowego o telewizorach, co emitują fale, od których ludzie giną w męczarniach. Potencjalny producent zleca mu opracowanie krzyków wydawanych przez ofiary w momencie ataku odbiornika TV, aby były odpowiednio sugestywne czy wręcz przerażające. I przyniosły statuetkę Akademii. Sporo czasu spędzimy w sali kinowej na podziwianiu mniej lub bardziej nieprzekonujących skowytów Jasona, rzetelnie przezeń nagrywanych na analogowy dyktafon.

Ten jeden z wielu fabularnych szortów, choć uparcie chwyta się narracji, z upływem minut osuwa się coraz głębiej w magmę koszmarów, mieszających w światach „Reality”. Co gorsza, ani jęki Jasona nie są warte Oscara, ani żaden z bohaterów nie nadaje się do tego, abyśmy mogli się z nim identyfikować. I choć pada tu oczywiste podejrzenie, że Dupieux tak to niezgrabnie zamierzył, jego film nie ma szans na zostanie modernistycznym obrazem, studzącym emocje odbiorcy i skłaniającym do refleksji. Tu zresztą reżyser popada w sprzeczność: jak jego publika ma dywagować nad (nie)przepuszczalnością stykających się ze sobą światów, skoro za idealnych widzów twórca uważa jednostki młode i naiwne?

Ten film jeszcze nie powstał. Nie możecie go oglądać”

Schizofreniczny stan filmu najlepiej oddaje zbyteczny wysiłek Jasona, który – gdy przypadkiem trafia do kina, by ukoić stres powstały z braku weny – odkrywa z przerażeniem, że to, nad czym pracuje, można już oglądać. Mało to komfortowa sytuacja dla autora, a jeszcze gorsza konstatacja Dupieux-artysty na temat sztuki: co by tu jeszcze nakręcić, kiedy wszyscy wokół (i on sam) już nic nowego wykrzesać z siebie nie mogą? Pozostają retro-zabawy technologiami analogowymi.

A skoro nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, to duet Salvador Dalí / Luis Buñuel zapewne miał szansę wkroczyć do szemrzącego strumyka o klarownej, srebrnej toni, lecz Quentinowi Dupieux pozostaje już tylko brnąć w cuchnącym, skażonym zanieczyszczeniami, apatycznie płynącym ścieku, zaledwie udającym przebrzmiały czar rwącego potoku surrealistów.

Jako średniozaawansowany dupieuxolog z bólem korzonków stwierdzam, że w „Reality” więcej jest kulturalnego brudu niż solidnego filmowego „mięcha”. Wcześniej reżyser serwował nam pierwszorzędne produkty wytworzone na wsi ze stuprocentowej świni. Obecny stan jego twórczości reprezentują podroby o niskim stężeniu natury / iluzji / rzeczywistości / kłamstwa (niepotrzebne skreślić). I te ocenić pozostaje jako wysoce niesmaczne, a może i niekonsumowalne… tak jak kiedyś jego album „Moustache (Half a Scissor)” otrzymał metkę nieodsłuchiwalnego.
„Reality” („Réalité”). Scenariusz i reżyseria: Quentin Dupieux. Obsada: Alain Chabat, Jonathan Lambert, Élodie Bouchez i in. Gatunek: fantasy. Produkcja: Belgia, Francja, USA 2014, 95 min.