Wydanie bieżące

15 września 18 (282) / 2015

Patrycja Mucha,

Z MIŁOŚCI DO PROSTOTY (LOVE)

A A A
Trzeba mieć dużo odwagi, by zatytułować swój film po prostu „Miłość”. Kino ma wszak do tej wartości wyjątkowego pecha, czego dowodzi m.in. społeczny stosunek do melodramatu, telenoweli i komedii romantycznych, stanowiących synonim tanich emocji i braku artystycznej jakości. Miłość zwykle ubrana jest w kostium przesady, płacze i stęka, gdy na moment oddali się od człowieka, a w chwilach radości śmieje się ze wszystkiego i bez względu na wszystko. Co ciekawe, tak samo jest u Gaspara Noé. Mimo to jego „Love” stanowi podmuch autentyzmu w przedstawieniu ars amandi na ekranie.

Już dawno zanegowano pogląd, jakoby realizm zbliżał widzów do poznania prawdy. Jest on wszak najgorszą ze wszystkich ideologii, kameleonem X muzy udającym coś, czym nigdy nie będzie. We współczesnej kinematografii chęć idealnego odwzorowania rzeczywistości zastąpiła skrajna stylizacja, dzięki której próbuje się, jakby na zasadzie objazdu, osiągnąć cel w postaci rzeczonego autentyzmu. Strategię tę wykorzystał twórca „Wkraczając w pustkę” w swoim najnowszym filmie. I nie chodzi tylko o to, że „Love” to dzieło zrealizowane w technologii 3D, choć bez wątpienia jest to ważny czynnik podczas jego odbioru.

Z pietyzmem budowana przez Gaspara Noé fasada sztuczności, opierająca się nie tylko na wizualnej reprezentacji jego spojrzenia, ale i na intertekstualności poruszającej się zaledwie po powierzchni znaczeń, choć bardzo atrakcyjna i pociągająca, jest łatwa do odrzucenia. „Love” to historia ludzi młodych, noszących pozornie ważne imiona: Murphy i Elektra, artystów o wielkich oczekiwaniach, skłonności do przesady i narkotycznych uniesień oraz rozbudzonej gospodarce hormonalnej. Każda z postaci zbudowana jest na jednej wielkiej kliszy, złożonej z kulturowych i kinematograficznych schematów, tak dobrze już przyswojonych przez widzów, że wydających się naturalnymi. Murphy to klasyczny przykład zakochanego głupka, myślącego właściwie wyłącznie o seksie (opcjonalnie o filmach, które ma zamiar nakręcić), z kolei Elektra to wyzwolona malarka, która pozwoliła sobie na romans z wykładowcą, ale późnej na zabój zakochuje się w swoim partnerze. Rodzi się między nimi uczucie gwałtowne i wielkie, ale niestety, jak się okazuje, niewystarczające.

Wysłuchiwanie miłosnych wyznań pary zakochanych i oglądanie ich w trakcie seksualnych uniesień to tylko początek – coś na kształt Żółtej Drogi prowadzącej Dorotkę do Szmaragdowego Grodu. Reżyserowi bowiem pozór potrzebny jest do przedstawienia prostej prawdy w sposób bardzo efektowny, raczej wizualny aniżeli słowny. Wszystkie intertekstualia w postaci plakatów filmowych „Narodzin narodu”, „Frankensteina” i innych, wiszących na ścianie bohatera będącego reżyserem filmowym, który po kilku latach doczekał się wspaniałego dziecka, Gaspara, czy też pociągającej kobiety noszącej imię antycznej postaci to zatem tylko część „chwytów” mających zatrzymać u progu widzów spragnionych różnorodnych wrażeń estetycznych. Powinni oni zacząć analizować te relacje znaczeniowe i doszukać się ich sensu, spróbować dojść do tego, „co autor miał na myśli”. Podczas gdy semiotyczni tropiciele odnajdą własne drogi interpretacji, widzowie wrażliwi na dostrzeganie pewnej dość uniwersalnej trajektorii codzienności doświadczą jedynie emocjonalnych fajerwerków. Na tym etapie „Love” staje się filmem nagim, prezentującym żywioł życia w pełnej krasie, postrzeganym całym ciałem i poruszającym do głębi. I proste jest to, co Noé chce nam pokazać.

Właśnie: pokazać, a nie powiedzieć – ujawnić prawdę, że status quo nie istnieje, że nie ma nic bardziej złudnego niż myślenie, że oto właśnie jest się szczęśliwym człowiekiem. Użycie w tym celu historii miłosnej i pornograficznych obrazów tylko wzmacnia efekt – ciągła potrzeba zmian w układzie, który przecież funkcjonuje całkiem sprawnie, to najlepszy tego dowód. W imię swojej miłości bohaterowie wciąż przekraczają ustanowione wcześniej granice. Posuwają się w seksualnych ekscesach coraz dalej, przechodząc od „niewinnego” miłosnego trójkąta do orgii w klubie nocnym. Kiedy granicy nie można już przekroczyć ze względu na słabość charakteru albo uczucia, film się kończy. I to kończy się w sposób bardzo ironiczny: wyznaniem pary przysięgającej sobie miłość „aż do końca”, który następuje w przeciągu minuty i uderza z ekranu krwistoczerwonym napisem „The End” – zdecydowaną deklaracją reżysera, odmawiającego wiary w nieporuszającą się strzałę Zenona z Elei.

Na uwagę zasługuje wizualno-muzyczna oprawa filmu. Precyzyjnie skonstruowane kadry uzupełnione sugestywną ścieżką dźwiękową dopełniają wyjątkowo agresywny przekaz „Love”. Pozostaje jednak pytanie, na ile jest to rzeczywisty zamiar artystyczny, mający potęgować założony efekt, a na ile film został obliczony na kasowy sukces i skonstruowany w oparciu o stylistykę kina pornograficznego w celach stricte promocyjnych. Wszak Noé to reżyser kojarzący się z bulwersującymi rozwiązaniami fabularnymi i estetycznymi, które stały się regułą w jego dość skąpej twórczości.

Wątpliwości może również budzić niedbałość, z jaką twórca rzuca interpretatorom na pożarcie odniesienia do kultury filmowej, literackiej oraz do własnej biografii. Nawiązaniom tym brak zakotwiczenia i znaczenia, dzięki czemu łatwo je odrzucić, po prostu zrezygnować z zabawy, która narzuca się w sposób tak oczywisty. Trzeba bowiem pamiętać, że publiczność przez ostatnie 25 lat zdążyła się już z podobnymi zabiegami zaznajomić i nie robią one na niej zbyt wielkiego wrażenia. Szeroko wykorzystana stylizacja potrzebuje dokładności użycia, by autentyzm mógł w konfrontacji z nią wybrzmieć jak najpełniej. Tymczasem w „Love” nie ma dla niego godnego kontrapunktu.

Lekki zgrzyt pojawia się też w konstrukcji postaci. Aktorzy grają przyzwoicie, ale czasem są niemiłosiernie irytujący. Podobne wrażenia wywołuje ich aparycja. Emploi Karla Glusmana i Aomi Muyock nie pozwala w stu procentach uwierzyć w motywacje oraz uczucia Murphy’ego i Elektry. Fakt ten rekompensuje jednak doskonałe przedstawienie tego, co dzieje się między bohaterami. Nie chodzi tu o nienawiść przeplataną pożądaniem, ale o ciągłą walkę z naturalnymi skłonnościami człowieka do zmian w imię uczucia, które protagonistów połączyło i odcisnęło na nich piętno nie do zatarcia.

Prawda jest prosta w swojej treści, toteż Gaspar Noé nie sili się na oryginalność w wyborze tematu. Dobrze ograny filozoficzny banał niesie obfity bagaż emocji wcale nie banalnych, co wyraźnie pokazuje finał filmu. W „Love” nie brakuje błędów, ale niewątpliwie droga obrana przez reżysera „Nieodwracalnego” jest jego własną, bardzo osobistą ścieżką, którą konsekwentnie kroczy od kilku lat. Ma to tę zaletę, że – niezależnie od artystycznych potknięć – znaczenie filmów pozostaje szczere i autentyczne.
„Love”. Scenariusz i reżyseria: Gaspar Noé. Obsada: Karl Glusman, Aomi Muyock i in. Produkcja: Belgia, Francja 2015, 130 min.