Wydanie bieżące

15 września 18 (282) / 2015

Magdalena Kempna-Pieniążek,

GROZA NA TANDEMIE (DYLAN DOG: GOLKONDA! / PIĄTA PORA ROKU)

A A A
Kultowa włoska seria komiksów o przygodach Detektywa Mroku wydaje się wiecznie nie dokończonym projektem – czymś w rodzaju modelu galeona, który Dylan Dog próbuje budować w dłuższych lub krótszych momentach zawodowego przestoju. Kolejne elementy wskakują co prawda na swoje miejsca, ale osiągnięcie całości jest czymś programowo niemożliwym. W gąszczu misternych nawiązań i odniesień o wybitnie autotematycznym charakterze potrafią się rozeznać chyba tylko najwięksi miłośnicy serii. Polskiemu czytelnikowi przychodzi w tej mierze z pomocą wydawnictwo BUM Projekt, zestawiając w recenzowanym tomie historie w jakiejś mierze ze sobą korespondujące. Oryginalnie „Golkonda!” stanowiła 41. odcinek przygód Doga, „Piąta pora roku” natomiast 117., w polskim wydaniu otrzymujemy je jednak łącznie. I dobrze: tym większą przyjemność można czerpać ze śledzenia dialogu, w jaki obie historie są uwikłane.

Oprócz Dylana i jego nieodłącznego towarzysza Groucha, „Golkondę!” i „Piątą porę roku” łączy postać urokliwej, choć niezwykle charakternej Amber Cat – jednej z jakże licznych wybranek skłonnego do miłosnych uniesień bohatera. W pierwszej z zawartych w tomie historii to właśnie ona nieświadomie inicjuje istne pandemonium, w którego trakcie zaczynają się dziać rzeczy o apokaliptycznym wymiarze. W drugiej z kolei długowłosa bohaterka powraca z zaświatów, aby ustalić, co jest źródłem grozy nękającej londyńczyków.

Mimo iście pulpowego charakteru opowieści o Dylanie Dogu nie są historiami, które łatwo ogarnąć. Bardzo często – tak jak w „Piątej porze roku” – pojawia się w nich narracja szkatułkowa, epizodyczna, dygresyjna, która dla nieobeznanego z prawidłami serii czytelnika może się wydać dezorientująca. Przerywanie głównego ciągu opowieści niezwykłymi historiami o zabłąkanym na Ziemi smutnym kosmicie czy o istotach dosłownie pożerających się z miłości, wplatanie pobocznych wątków oraz autotematycznych komentarzy może budzić wątpliwości co do tego, czy w tym chaosie istnieje jakaś metoda. „Mam takie wrażenie, jakbym jechał po olbrzymiej mapie” (s. 161) – mówi w pewnym momencie Dog wędrujący wraz z Amber na tandemie (sic!) z Londynu do Indii. Rzeczywiście: kadry w kartograficznym ujęciu ukazują trasę przemierzaną przez bohaterów. I nie jest to bynajmniej najdziwniejsze ze zdarzeń, jakie stają się udziałem Dylana.

Gigantyczna gałka oczna na rowerze, spadający z nieba zabójcy w melonikach i piekielna bestia zarządzająca siłami zła za pomocą swojego komputera to tylko niektóre z wyzwań, z jakimi musi zmierzyć się Dog w tomie „Golkonda! / Piąta pora roku”. Obie historie (a zwłaszcza druga) należą do tych postmodernistycznych opowieści, które niemal rozsadzają własne ramy (w tym wypadku: kadry) – parodia idzie tu ramię w ramię z pastiszem, a postaci niejednokrotnie wydają się oscylować na granicy uświadomienia sobie, że są właśnie tylko (aż?) postaciami w cudzej historii, która najpewniej także jest elementem jakiejś innej narracji.

„Oj tam (…). Nie możesz pamiętać wszystkich swoich przygód!” – mówi Amber zdezorientowanemu Dylanowi. – „Wyobrażam sobie, że na dłuższą metę wszystkie są takie same” (s. 143). Rzeczywiście, mimo iż akcja w „Golkondzie!” i „Piątej porze roku” zdaje się nieustannie przyspieszać, generalny zarys fabuły jest taki sam: interwencja sił nadprzyrodzonych (w większym nawet stopniu niż brak gotówki) odrywa Dylana od jego pięknego galeonu i – popychając go w ramiona jeszcze piękniejszej kobiety – wikła protagonistę w historię, w której wyprawa do przedsionka piekła i z powrotem wydaje się naturalną koleją rzeczy. Co istotne, jak słusznie zauważa Amber, z wielu ze swoich niezwykłych przygód Dog powraca z zatrważająco wielkimi lukami w pamięci – szczególnie chętnie wykorzystywany przez twórców serii zabieg pozbawiania bohatera wspomnień sprzyja postmodernistycznemu nawarstwianiu motywów oraz, oczywiście, ich wręcz niekontrolowanemu powtarzaniu w rozmaitych konfiguracjach. Brak umiaru to jedna z charakterystycznych, a zarazem najbardziej urzekających cech serii o Dylanie Dogu: nie dość, że w jednym odcinku mogą się pojawić zjawy, demony, skrzaty, zombie i inne kreatury, to jeszcze wszystko podane jest w narracyjnie nonszalancki sposób.

W efekcie nie tylko Dylan ma problem z zapamiętaniem wszystkich swoich przygód – również ich czytelnik może mieć trudności z odtworzeniem fabularnych niuansów kolejnych odcinków. W przypadku kultowej serii opartej na bezpruderyjnym czerpaniu z popularnych wzorców taka zbiorowa amnezja nie jest jednak czymś niepożądanym. Może nawet wręcz przeciwnie: im szybciej porzucimy motek nici mających pomóc nam w odnalezieniu wyjścia z tego popkulturowego labiryntu, tym mocniej zauroczy nas szaleństwo uchwyconych w czarno-białych kadrach, a mimo to niezwykle barwnych przygód Detektywa Mroku.
Tiziano Sclavi, Luigi Piccatto: „Dylan Dog: Golkonda! / Piąta pora roku” („Golkonda!” / „La Quinta Stagione”). Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawnictwo BUM Projekt. Warszawa 2015.