Wydanie bieżące

15 września 18 (282) / 2015

Sabina Strózik,

GENDER, ZE SWEJ NATURY... (GENDER W SZTUCE)

A A A
Jak zauważa Olga Tokarczuk we wstępie do klasycznej już książki autorstwa Judith Butler pt. „Uwikłani w płeć”: „wszelka niejednoznaczność jest kłopotliwa dla umysłu” (Butler 2008: 7). Każda niejednoznaczność czy aberracja, jak pisze Wojciech Nowicki w „Odbiciu”, „zdaje się w jakiś sposób zaprzeczać naturalnemu porządkowi świata” (Nowicki 2015: 19), choć „naturalność” wydaje się ściśle uzależniona od kodu moralnego osoby, która wygłasza takie czy inne opinie. Kłopotliwość narasta, jeśli jej powodem jest drugi człowiek, którego na zasadzie myślowego skrótu musimy natychmiast skategoryzować i przyporządkować stworzonym przez wieki systematykom, aby ułatwić sobie „rozpoznanie” (nie mylić z poznaniem).

Wobec problemu tych zbyt łatwych kategoryzacji głos zabrali kuratorzy Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie, zwanego MOCAK-iem. „Gender w sztuce” to wystawa, która już samą obecnością słowa na „g” rozpala wyobraźnię wszystkich zainteresowanych, niekoniecznie zorientowanych w tematyce gender. Jest to kolejne z cyklu wydarzeń; wcześniej MOCAK prezentował inne zbiorcze wystawy o mało enigmatycznych tytułach, m.in. historia, ekonomia, sport czy zbrodnia w sztuce.

Próbując odgadnąć założenia kuratorskie ze zbioru prezentowanych prac, łatwo dojść do wniosku, że nacisk położono na czasy współczesne i na nasz krąg kulturowy. Nie można oczywiście pominąć poruszającej pracy Shirin Neshat pt. „Zbuntowana”, która w swej wyrazistości tym bardziej uzmysławia widzowi, że problematyka gender odmienia się przez kultury, których dotyczy i zmienia swe oblicze zależnie od społecznych oczekiwań, presji, czy wyznawanej religii. Zamiast powielać więc niemal identyczne przekazy kolejnych europejskich twórców, dobrze byłoby pokazać, że gender, będący płcią KULTUROWĄ, w istocie od kultury zależy.

Część zamiast całości

O skupieniu na naszym kręgu kulturowym świadczyć może także ciągłe odwoływanie się w opisach do religii jako sprawczyni wszelkich płciowych uproszczeń. Zapewne jest w takim myśleniu wiele racji, ale nawet przy wielkim staraniu i chęciach nawiązań do religii w prezentowanych pracach nie odnajdziemy. Wyjątek stanowią wspomniana praca Shinin Neshat dotycząca islamu i dzieło Doroty Nieznalskiej wykorzystujące motyw korony cierniowej.

Wątpliwości budzić musi także wpisanie w grono artystów biorących udział w wystawie Judith Chicago oraz Gustava Coubreta. O ile faksymile „Początku świata” w istocie oddają treść obrazu (nie jestem jednak przekonana, że dzieło to powinno znaleźć się na wystawie o gender, podpisane niezgrabnie jako „najazd malarski”, a tym bardziej jako „wizualne hasło feminizmu” – czy fakt, iż kobieta jest tu zredukowana do fragmentu ciała, pozbawiona głowy i bez prawa do tożsamości, nie świadczy o czymś zupełnie innym?), o tyle przedstawienie „Uczty bogiń” Judy Chicago jako cyklu fotografii znacząco zubaża przekaz, a zarazem uniemożliwia ich pełny odbiór. W instalacji amerykańskiej artystki chodzi także o nastrój panujący wokół stołu, o zaproszenie widza do wzięcia udziału w misterium, o onieśmielenie kunsztem i podniosłością atmosfery. Jak pisze Maria Poprzęcka: „Wchodzimy do ciemnej, przestronnej sali. Z mrocznej przestrzeni reflektory wydobywają równoboczny trójkąt stołów nakrytych białym obrusem. Perłowo lśni posadzka z glazurowanych tafli. Nastrój wnętrza jest rytualny. Podniosły” (Poprzęcka 2012: 7).

Organizatorzy wystawy w MOCAK-u ograniczają się do lakonicznego komentarza, że „wzór na każdym talerzu jest inspirowany kształtem waginy” (s. 150), choć słuszniejsza wydaje się interpretacja Poprzęckiej, która stara się sens pracy nadać, a nie go odebrać czy – jeszcze gorzej – strywializować: „Kształty zawsze jednak są zaledwie sugerowane, nie noszą śladu anatomicznej dosłowności. Cóż obscenicznego może być w oku teleskopu na talerzu Caroline Herschel, siostry znanego astronoma, pierwszej kobiety odkrywczyni komety? Czy w kołnierzyku z bladoróżowych koronek, delikatnych jak najcieńsza saska porcelana, rozchylających się na talerzu Emily Dickinson? Ale okazuje się, że dla owładniętej seksualną obsesją wyobraźni nieprzyzwoite mogą być nawet ręce złożone do modlitwy, jak na talerzu Hroswithy – zakonnicy z czasów ottońskich” (Poprzęcka 2012: 208).

„Uczta bogiń” nie jest jednowymiarowym dziełem, które służy wojowniczemu feminizmowi. Jest pomnikiem dokonań zasługujących na poczesne miejsce w historii. Jest uświadomieniem wielkości, a nie buńczucznym upominaniem się o nią w imię nadawania kobietom miejsca w historii: „To nie zbiór tysiąca nazwisk, bardziej czy mniej słusznie wybranych. To ujęty w poważną i przemyślaną plastyczną formę piękny obraz kobiecych dokonań” (Poprzęcka 2012: 215).

Na wystawie znajdują się także prace, bez których zdecydowanie można byłoby się obejść, choćby po to, by uniknąć oskarżeń o jednostronność. Film duetu Filiberti i Hirsch, czyli video złożone z krótkich fragmentów hollywoodzkich produkcji, budzi sprzeciw wobec tak stronniczej narracji. W opisie czytamy, że filmowy kolaż ma udowadniać, iż aktorskie kariery kobiet są krótsze niż mężczyzn. Brak mojej zgody na takie postawienie sprawy wynika z faktu, że nie przedstawiono nawet jednej historii mężczyzny. Czy oni nie ulegali nałogom, nie przeżywali załamań, kryzysów, a ich telefon po wyborze kilku nieodpowiednich ról lub przekroczeniu pewnego wieku nie milknął? Nie taki Hollywood znamy. Zresztą zapoznanie się z pracą duetu artystek polecam tylko tym, którzy znają język angielski. Tłumaczenie puent zlecono chyba tłumaczowi Google. Niektóre teksty są wprost niemożliwe do zrozumienia.

Do sedna

Świetne prace bronią się same. Jak pisze Maria Anna Potocka w tekście zawartym w katalogu wystawy: „Nie szkodzi, że spojrzenie artystyczne nie kreuje jasnych konkluzji ani nie podsuwa instrukcji pozwalających na działanie. Sztuce nie przeznaczono roli narzędzia rozwiązującego problemy. Jej zadaniem jest wyciąganie na wierzch tego, czego nie potrafimy dostrzec sami z siebie” (s. 62).

Wiele prezentowanych na wystawie prac spełnia ten postulat i porusza odbiorcę. Prace Bartka Jarmolińskiego, Olgi Kisselevej („Fabryka czerwonych sztandarów”), nieodzowny Zbigniew Libera (porażające „Jak tresuje się dziewczynki”, „You can shave the baby” czy „Ktoś inny”) to prace mające jasny, choć niełatwy przekaz; zebrane w jednym miejscu nabierają one nowych znaczeń, będąc dla siebie nawzajem kontekstem.

Rewelacyjne zdjęcia Natalii LL należy oglądać bez czytania kuriozalnego opisu: „W epoce konsumpcyjnej publiczne wyrażanie rozkoszy przysługiwało wyłącznie jedzeniu. Pochłaniając coś pysznego, można było dowolnie wzdychać, sapać i mlaskać (sic!)” (s. 200). Kukiełki Małgorzaty Markiewicz bezpretensjonalnie i w sposób niezwykle delikatny traktują o tzw. patchworkowych rodzinach. Bezpośrednie i zawstydzające prace Palomy Navares każą konfrontować się z prawdziwym wyglądem kobiecego ciała, natomiast wspomniana już Dorota Nieznalska upomina się o prawa kobiet daleko wykraczające poza ideologiczne debaty. Marina Núñez swym tryptykiem zwraca uwagę na procesualność i podleganie pochodzącym z zewnątrz ukształtowaniom, trudno jednak stwierdzić, w którą dokładnie stronę, według artystki, przemiany te następują, gdyż tryptyk inaczej zaprezentowany został na wystawie, a inaczej w katalogu wystawy…

Polecam zwrócić szczególną uwagę także na prace Macieja Osiki ukazujące piękno androgyne, piękno pozbawione płci, sprzeciwiające się zjawisku zdefiniowanemu trafnie przez Nowickiego: „(…) współczesne społeczeństwa zachodnie z uporem domagają się wyboru: jednej osobie należy się jedna płeć” (Nowicki 2015: 18). Osika prezentuje siebie jako postaci niepokojąco piękne, które pięknymi pozostają pomimo niemożności ich zaklasyfikowania.

Natomiast świetna praca Abramović i Ulaya nie wydaje się do końca odpowiadać tematyce wystawy. Tworzyli oni wspólnie, żyjąc ze sobą kilkanaście lat i badając związki nie tyle damsko-męskie, co międzyludzkie. Sprowadzanie ich dokonań do „analizowania pułapek w obrębie związku” (jak czytamy w katalogu [s. 140] i opisie prezentowanego wideo) okrada chyba dzieło z szerszego sensu. Być może lepiej założenia wystawy wypełniłby cykl stworzony przez Ulaya pt. „Renais sense”, a szczególnie „s’He”.

Najsłabszym elementem wystawy są opisy prezentowanych prac. Oprócz językowych niezręczności przywołanych wcześniej, uwagę zwracają konstrukcje, za których sprawą autorzy, paradoksalnie, sami wpadają w pułapkę niepotrzebnych klasyfikacji, tak jak w przypadku pracy Lubriego „Hard candy”, gdzie, wyjaśniając wymowę dzieła, piszą: „(…) są histerycznie rozbawieni – w bardzo niemęski sposób” (s. 204).

Wystawę polecam każdemu, kto chciałby przekonać się, że nie taki gender straszny, jak go malują. Wiele prezentowanych dzieł porusza oraz pozwala poczuć wielostronność i trudność tematu, niewyrażalną zresztą słowami. Co ważne, wiele prac akcentuje fakt, że w jakimkolwiek otoczeniu, prze- czy ubraniu znajduje się człowiek, pozostaje on jednostkowym bytem, który szuka swej tożsamości i ma do tego prawo. Mimo że  „albo my, albo nasze otoczenie domaga się wciąż, nawet jeśli nieświadomie, określenia normy, jedynej i prawdziwej” (Nowicki 2015: 18), to i my, i nasze otoczenie mamy prawo się w tej normie nie mieścić.

LITERATURA:

„Gender w sztuce”. Red: D. Jałowik, M. Kozioł, M.A. Potocka. Kraków 2015.

J. Butler: „Uwikłani w płeć”. Przeł. K. Krasuska, Warszawa 2008.

W. Nowicki: „Odbicie”. Wołowiec 2015.

M. Poprzęcka: „Uczta bogiń. Kobiety, sztuka i życie”.  Warszawa 2012.
„Gender w sztuce”. Kuratorzy: Delfina Jałowik, Monika Kozioł, Maria Anna Potocka. 15.05-27.09.2015. Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie.