Wydanie bieżące

15 września 18 (282) / 2015

Anna Zagórska,

CZARNE SERCE W SAMYM SERCU KRAJU (JANUSZ ANDERMAN: 'CZARNE SERCE')

A A A
1.

Janusz Anderman nie ucieka się do półśrodków i półtonów. Nie stosuje zbędnej słownej ekwilibrystyki, skomplikowanych kluczy i literackich rebusów. Jeśli jego narrator ma ochotę coś powiedzieć – mówi to, nie waha się formułować niewygodnych myśli, ostrych sądów, niepochlebnych opinii. Proza Andermana stroni od fałszywego blichtru, obłudy i literackiej kurtuazji, która zawsze dobrze brzmi, ale już znacznie gorzej wybrzmiewa, źle smakuje. Każdy czytelnik Andermana, choćby ten, który w swoich czytelniczych podróżach natknął się na serie „Fotografii”, zgodzi się zapewne z opinią, że Andermanowi w równej mierze nie brakuje talentu, co odwagi i umiejętności formułowania sądów otwarcie i wprost. Seria „Fotografii” wykorzystuje metody kojarzenia związane z obserwacjami zdjęć – jak wiemy, do tego medium w polskiej literaturze (fabularnej i esejach) odwoływało się wielu, wystarczy wspomnieć przykłady ostatnich lat (Andrzej Stasiuk, Marek Zaleski, Marek Bieńczyk) i lat ubiegłych, reprezentowanych na tej płaszczyźnie przez wybitnych twórców.

Anderman wpisał foto-pisanie i foto-myślenie w swoją narrację, stwarzając swoiste foto-magdalenki, oscylujące między teraźniejszością i przeszłością. Ten sposób dualistycznego współistnienia (teraz i kiedyś, dawno i obecnie) Janusz Anderman wskrzesił ponownie w swojej najnowszej powieści „Czarne serce”, która – podobnie jak jego wcześniejsze książki – także daleka jest od obłości miękkich słów i wygładzonych powierzchni delikatnych zdarzeń. „Czarne serce” opowiada wprost, wyraźnie i bez znieczulenia o tym, co teraz (jeden z planów powieści to Warszawa w kwietniu 2010 roku) i tym, co kiedyś (drugi z planów wprowadza czytelnika w czasoprzestrzeń „Choroby więziennej” – uzupełnionej, dopisanej).

2.

Akcja powieści przywołuje trochę literackie sposoby i pisarskie formuły znane z poprzednich powieści Andermana, do głowy przychodzi „Cały czas”, w którym również plany powieściowe przeplatały się między sobą ze sprawnością cyrkowego linoskoczka, a model nie tyle bohatera, ile człowieka naszych czasów poddawany był analizie i rygorystycznej ocenie. Jak pamiętamy, A.Z., bohater „Całego czasu”, dokonuje skondensowanego i migawkowego rachunku sumienia i rachunku wspomnienia, gdy naprzeciw samochodowej szyby dostrzega maskę nadjeżdżającego – wprost na czołowe zderzenie – rozpędzonego TIR-a.

Także bohater „Czarnego serca” (tytuł i jego konstrukcja, swoją drogą, wydaje się pozostawać w jakimś odległym, mglistym i fluktuującym podobieństwie do wcześniej wymienionego „Całego czasu”) zmierzyć się musi z sytuacją ekstraordynaryjną, nieznaną i dotąd nieopisaną, skrajną i histerycznie ostateczną, choć TIR-ów w tej powieści Andermana brak. Pojawia się za to warszawski – a więc stołeczny, sama polskość polskości – krajobraz, rozedrgany niczym fatalne perpetuum mobile wydarzeniami z 10 kwietnia 2010 roku. Do stolicy, samego serca kraju nad Wisłą, przybywa francuski reporter – ale niech nie zmyli nas kostium i maska – to tak naprawdę polski dziennikarz, który przed laty wyjechał nad Sekwanę. W jego życiorysie, o czym informuje narrator, „wszystko się zgadzało, ale nie do końca”. Ta konstatacja jest zaś trafnym podsumowaniem „Czarnego serca”, wszystkich pojawiających się w nim postaci, krajobrazów, faktów i opinii, nie tylko postawy głównego bohatera. Wsłuchując się w głos wspomnianego narratora, dowiadujemy się więc: „Miał pięćdziesiąt lat. Był francuskim dziennikarzem. Wszystko się zgadzało, ale nie do końca. Miał pięćdziesiąt lat. Był francuskim dziennikarzem, ale jeszcze dwadzieścia lat temu był polskim dziennikarzem, który pracował w radiu. (…) Francuski tygodnik kulturalny, z którym współpracował, wysłał go do Polski. Szefowie wiedzieli, że ma polskie pochodzenie i doskonale zna język. Chcieli mieć cykl reportaży; literackich reportaży, powiedzieli, poleć trochę tym waszym Kapuścińskim. Z Warszawy, gdzieś z Wajdą w tle. Z Gdańska, najlepiej coś z Wałęsą w tle. Z Krakowa, i żeby się tam zmieściła Szymborska w tle. Miał zarezerwowane hotele i bilet na samolot” (s. 11).

Ot, czeka go reporterska fuszerka, dziennikarska kalkomania, nic prostszego – już wydaje się nam, czytelnikom. I pewnie wydawało się jemu, bohaterowi. Wszyscy jednak doskonale wiemy, że w kraju nad Wisłą z planów może i wychodzą genialne efekty, ale raczej nieplanowane, a porządek, ład i precyzja zamiarów muszą ustąpić miejsca niespodziewanemu. Patriotyczne literackie landszafty i gotowe do wypełnienia spodziewaną treścią formy (ograne motywy i sprane dekoracje tych Wajdów, Wałęsów, Szymborskich) zostają wywrócone na nice, gdyż – o czym informuje narrator – „Wylądował na Okęciu jedenastego kwietnia. Dzień wcześniej rozbił się we mgle samolot, po omacku podchodzący do lądowania na prymitywnym lotnisku pod Smoleńskiem. Zginęli prezydent i były, nie uznawany przez żadne państwo na świecie, emigracyjny prezydent z Londynu” (s. 11-12).

O tę mgłę, tę katastrofę rozbijają się więc plany polsko-francuskiego reportera. Tuż za przytoczoną informacją pojawiają się zaś rozmaite frazy, zbyteczne, jakoś uwierające w przykrym, żałobnym kontekście, związki frazeologiczne, puste wyrażenia: „Później ulica mówiła, że to pewnie jakiś symbol. Właściwie na bank symbol, znak. Ze Smoleńska, gdyby nie katastrofa, uczestnicy lotu odjechaliby do Katynia, by uczcić rocznicę wymordowania przez NKWD polskich oficerów, jeńców wojennych Stalina. Ulica mówiła, że to też bardzo wymowny symbol, znak, znakiem tego” (s. 12).

Straszne miesza się ze śmiesznym, niepoważnym, pustym językiem, do którego dojdą puste gesty przechodniów spod – wiemy jakiego – krzyża; gesty pilnie odnotowywane przez głównego bohatera.

3.

Jednak nie wyłącznie współczesność naznaczona katastrofą smoleńską miesza porządki. Także drugi z wprowadzonych przez Andermana planów fabularnych pokazuje polską (peerelowską) rzeczywistość jako stan splątania płaszczyzn, skłębienia odmiennych porządków. Milicjanci, represje, internowanie i strach przemieszane zostały z planem filmowym, z perspektywy którego obserwujemy wydarzenia ciemnej nocy roku wiadomego. Brutalność historii staje w szranki z nieudaną sceną erotyczną, którą nieudolnie odgrywają mało urodziwe i zupełnie pozbawione talentu okoliczne adeptki aktorstwa. Oba plany spina zaś tajemniczy (i niewyjaśniony) wątek kryminalny, który – jak się okazuje – był i wciąż pozostaje katalizatorem wszelkich zmian w życiu głównego bohatera. To właśnie sprawa oskarżenia o morderstwo łączy internowanie w Białołęce z drugim pobytem w więzieniu (tym samym, to ważne), gdzie bohater zaczyna tworzyć scenariusz filmowy opowiadający o jego poprzednim pobycie za kratami. „Choroba więzienna” (tak, tak – właśnie taki tytuł nosi scenariusz Andermana z 1992 r., który – co słusznie wynotował Dariusz Nowacki – pojawia się w najnowszym utworze „na prawach obszernego autocytatu, […] wyposażony wszelako w nowe konteksty”) ma być lekiem na uwięzienie i zniwelowanie ostracyzmu ze strony bliskich, sposobem na sławę. Staje się, co łatwe do przewidzenia, sumą splątanych ze sobą krzywd, miałkich spraw i niemożności. Być może scenariusz, który w realizacji odszedł daleko od planów i świetlanych zamierzeń, miał (zdaniem Andermana-autora) stanowić równoległe tło dla możliwych reportaży na zlecenie, które okazały się posmoleńskimi głosami, bez Wajdów i Szymborskich w tle.

4.

„Czarne serce” przypomina nieco reportaże – te zamieszczane w magazynach i pokazywane na telewizyjnych ekranach – jakimi wypełniano szpalty i czas antenowy w kwietniu przed ponad pięciu laty. I podobnie jak realne postaci, które migały pod krzyżem z Krakowskiego Przedmieścia i gościły na łamach tygodników, także epizodyczni bohaterowie książki Andermana żałobną narrację przekuwają w narrację narodową, w wielką, metaforyczną księgę skarg i zażaleń kilku polskich pokoleń. Lamentacyjny ton odsuwa się coraz bardziej od dogłębnie przygnębiających i prawdziwie rozdzierających serca rzędów trumien w stronę rozżalenia nad życiem – własnym, najbliższych, narodu, w stronę gniewu i frustracji, która dyktuje zdania koślawe, kulawe, pełne nic nieznaczących frazesów, ciągów pustych semantycznie frazeologizmów. Tragedia ubrana w kostium komizmu językowego (niezamierzonego oczywiście przez postaci) karleje i wykrzywia się, niknie w potoku wypowiadanych bzdur.

5.

Wydaje się, że narrator Andermana nagrywający – z uporem godnym lepszej sprawy –pojedyncze głosy ludzi tłumnie przybywających pod prezydencki pałac i prezentujący te ciągi słowne niejako ad hoc, na gorąco, niczym ci wszyscy kwietniowi reporterzy, obnaża nie tyle wnętrze serc pogrążonych w narodowej żałobie, co czerń tych serc – czerń kiru, ale i brudu, zmazy, nienawiści. Tę czerń, która niszczy, psuje, jest znakiem jadu. Diagnoza społeczeństwa, którą proponuje Janusz Anderman, nie jest wygodna. Nie jest przyjemna i nie rozwesela (mimo że słowne lapsusy i rozmaite przejęzyczenia wysłuchiwane przez narratora wywołują uśmiech). Nie można jednak uciec od wrażenia, że jest prawdziwa.

Kto z nas pozostał niewzruszony 10 kwietnia 2010 roku? Nawet jeżeli się tak stało – czy na pewno nie pamięta tamtego dnia? Pewnie potrafi przywołać, w jakich okolicznościach dowiedział się o katastrofie prezydenckiego samolotu, bo było to wydarzenie tragicznie bezprecedensowe. Widok niekończącego się rzędu trumien na płycie lotniska wzruszał, eliminował obojętność nawet skrajnie obojętnych. Jednak wśród tego poruszenia, w pewnym trudnym do stwierdzenia momencie, zaczęło budzić się obruszenie. Rzeczywista tragedia został wyparta politycznymi przepychankami, zastąpiona ekskluzywnymi wywiadami dla mało ekskluzywnych magazynów, a temat wykorzystywany jest po dziś dzień w niesmacznej walce o własne (niekoniecznie słuszne) zdanie. Ten proces przemiany tragedii w medialno-polityczną farsę śledzi bohater Andermana. Od prawdziwego, głębokiego poruszenia-niezrozumienia rodacy z powieści „Czarne serce” dość łatwo przechodzą do niekończącej się walki o słowo, o symbol, a przede wszystkim o własną rację. Warto wsłuchać się w te powieściowe głosy, bo zdają się mówić wiele nie tyle o wydarzeniach sprzed pięciu lat, ile o nas samych, o narodowych przywarach i modelach zbiorowego myślenia. Okazuje się, że serca przeżarte czernią produkują także czarny język – mowę niechęci, wzajemnych oskarżeń, nienawiści.
Janusz Anderman: „Czarne serce”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2015.