Wydanie bieżące

1 października 19 (283) / 2015

Artur Zaborski,

W WENECJI KINO NA NOWO WYWOŁUJE EMOCJE. TAKŻE TO POLSKIE

A A A
Wydarzenia: 72. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji
Zaskoczenie – tak jednym słowem można podsumować decyzje jurorów 72. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Ze Złotym Lwem z Lido po raz pierwszy w historii imprezy wyjeżdża film z Wenezueli, debiut reżyserski Lorenza Vigasa „Z daleka” („Desde alla”). Takiego wyniku mało kto się spodziewał.

Złe wybory krytyków

Oficjalna gazeta festiwalowa, „Ciak”, dzień w dzień umieszcza na swoich łamach dwie tabele krytyków. W pierwszej konkursowe filmy oceniają Włosi. W drugiej – dziennikarze zza granicy (Polskę reprezentuje Barbara Hollender). Obok typów bukmacherów, właśnie to zestawienie jest brane pod uwagę jako najbardziej wiarygodne przewidywanie laureatów. Tym razem typy dziennikarzy znacząco rozminęły się z ostatecznymi wyborami jurorów. Pierwsi postawili na chińskiego „Behemota”, rosyjską „Francofilię” i izraelski „Rabin, ostatnie dni”. „Z daleka” było w tabeli na piątym miejscu od końca. „11 minut” Jerzego Skolimowskiego znalazło się w jej środku.

Rozdźwięk między faworytami dziennikarzy i jurorów może być świadectwem nadchodzącej przemiany. Dotąd na najstarszym festiwalu świata poważaniem cieszyli się starzy mistrzowie. W ostatnich latach Złoty Lew wędrował w ręce uznanych twórców: Roya Anderssona w 2014 roku („Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu”), Gianfranco Rosiego w 2013 roku („Rzymska aureola”), Kim Ki-duka w 2012 roku („Pieta”) i Aleksandra Sokurowa rok wcześniej („Faust”). Wspomniane filmy łączy formuła tak zwanego kina nowohoryzontowego. Reżyserzy używają w nich minimalizmu: długie ujęcia, powolny montaż i fabularne „nic-nie-dzianie-się” to ich znaki rozpoznawcze. Tegoroczny laureat głównej nagrody idzie pod prąd tej formuły.

Zmierzch bogów

Jest to zresztą znamienna cecha 72. edycji weneckiej imprezy. W konkursie głównym dominowało kino narracyjne, opowiadane w klasyczny sposób: z początkiem, rozwinięciem i końcem, najczęściej w takiej właśnie kolejności. Selekcjonerzy postawili na filmy, których reżyserzy mają do opowiedzenia interesujące historie. I to za nie przyznano im nagrody. Eksperymenty formalne, kino afabularne, filmowe eseje stanowiły w konkursie rzadkość. A jeśli już się pojawiły, zupełnie nie powalały. Do wyjątków należało „Psie serce” („Heart of a Dog”) Laurie Anderson, wdowy po Lou Reedzie, która w osobisty sposób obnażyła swe uczucia i traumy po śmierci męża. Anderson jednak wyjechała z Lido bez nagród.

Irytująco-intrygujące kino na marginesie

Poza powrotem do klasycznej formy opowiadania, nagrodzone filmy łączą także w pewien sposób bohaterowie, którym zostały poświęcone. Reżyserzy ochoczo zaglądają na marginesy. W swoich filmach portretują tych, którzy odstają od normy – postaci niewygodne, często niepoprawne. W nagrodzonym Złotym Lwem „Z daleka” oglądamy historię 50-letniego mieszkańca Caracas, który kupuje seks za pieniądze. Kiedy natrafia na wyjątkowo butnego młodzieńca, postanawia go wychować. W wyróżnionym Srebrnym Lwem za reżyserię „Klanie” („El Clan”) Pablo Trapera zbiorowym bohaterem jest rodzina trudniąca się porywaniem ludzi dla okupu w czasach argentyńskiej dyktatury. Laureat Wielkiej Nagrody Jury, animowana „Anomalisa” Charliego Kaufmana i Duke’a Johnsona, portretuje neurotyka, popularnego trenera w branży konsumenckiej, którego dopada banalność życia. Wszyscy ci bohaterowie mają swoje za uszami. Trudno z nimi sympatyzować, trudno brać ich za wzór, stawiać za przykład. Irytują tak samo mocno, jak intrygują. Ma się ochotę nimi potrząsnąć i krzyknąć w twarz: „Opamiętaj się!”, a jednocześnie wyciągnąć do nich pomocną dłoń, zagrać we wspólnej drużynie, wesprzeć.

Wybuchy emocji

Dualizm uczuć, które te filmy wywołują, jest najistotniejszy. Tegoroczny konkurs zdominowały bowiem dzieła, które emocje wywołują, nie przechodzą niezauważone, jak miało to miejsce w poprzednich latach. Chociaż w tym roku zabrakło filmu-arcydzieła (nie pamiętam edycji weneckiego święta kina, kiedy takowe by się objawiło), znaczna część zaprezentowanych filmów zmuszała do interakcji – nieważne: pozytywnej czy negatywnej. Ważne, że o filmach na Lido naprawdę długo dyskutowaliśmy.

Pod tym kątem niedocenione wydaje się „11 minut” Jerzego Skolimowskiego, które wzbudziło skrajne, żywiołowe reakcje. Na pokazie prasowym, na którym oglądałem film, nagrodzono go wielominutową owacją i okrzykami zachwytu. Takie zachowanie to w Wenecji rzadkość. Skromne brawa na Lido często stanowią szczyt marzeń twórców. Po takim przyjęciu film Skolimowskiego natychmiast podskoczył w rankingach bukmacherów, którzy typowali go na zwycięzcę, obok „Francofonii” Aleksandra Sokurowa i „Rabin, ostatnie dni” Amosa Gitaïego. A więc pośród uznanych mistrzów kina.

Stygnący entuzjazm do Polski

Entuzjazm sympatyków polskiego filmu szybko jednak ostygł. Projekcja „11 minut” robi wrażenie głównie z powodu sprawności technicznej (reżyseria prowadzona jest żelazną ręką, montaż Agnieszki Glińskiej zachwyca, aktorzy, choć pojawiają się na ekranie jedynie przez chwilę, grają impresyjnie, są dobrze poprowadzeni). Obraz szybko jednak z głowy ulatuje. Twórca nie drąży tematu na tyle, by wwiercić się w umysł widza, zostać z nim na długo po projekcji. Efektywność i warsztatowa sprawność okazały się niewystarczające, by zaspokoić głód kinowych wrażeń i apetyt na nagrodę.

Warto jednak mieć tę realizację w pamięci. Film jest naznaczony niepokojem. Sprawdza się jako refleksja nad fatum, rolą przypadku, przeznaczenia. Reżyser prezentuje historie kilku bohaterów. Nie pozwala nam do nich się zbliżyć. Zarysowuje jedynie tytułowe 11 minut z ich życia. Ich losy spotykają się w końcowej scenie apokalipsy, której nadejście wyczuwa się od początku. Cieszy fakt, że Skolimowski idzie pod prąd obowiązujących w kinie tendencji. Jego film jest inny choćby od dzieł uznawanego za specjalistę od podobnych refleksji Alejandro Gonzáleza Iñárritu („21 gramów”, „Babel”). U Meksykanina bohaterowie mają na siebie wpływ. Zmiany w ich życiu są efektem oddziaływania jednej osoby na drugą. U Skolimowskiego nie. Chociaż postaci z jego uniwersum mijają się na ulicy, ocierają, widzą, nawet rozmawiają, pozostają niezależne. Twórca nie ma wątpliwości, że o kolejach naszego losu decyduje siła wyższa. To od jej widzimisię zależy, w którym miejscu i w jakich okolicznościach spotkamy się z drugim człowiekiem. Tu bohaterowie trafiają na siebie w tragicznej końcówce, którą jeden z dziennikarzy na konferencji prasowej w Wenecji nazwał najlepszym apokaliptycznym finałem od czasu „Zabriskie Point” Michelangelo Antonioniego.

Osobiste kino naznaczone bólem

Dla reżysera to niezwykle ważny film, związany z osobistą tragedią. Przed kilkoma laty Skolimowski stracił syna, z którym przez wiele lat nie miał dobrego kontaktu. Próbowali naprawić relacje. Razem z drugim synem reżysera, Michałem, Józef pomagał ojcu na planie „Essential Killing”, nagrodzonym zresztą na Lido w 2010 roku m.in. Wielką Nagrodą Jury. Zmarł w Indiach, przegrywając walkę z sepsą. „Na pewno zabił go wszechobecny lęk” – tłumaczył Michał Skolimowski na konferencji prasowej poprzedzającej polską premierę „Ixjany”, którą wspólnie wyreżyserowali. Jerzy Skolimowski, który po śmierci syna długo nie mógł wrócić do pracy, podkreślał w Wenecji, że „11 minutami” chciał przypomnieć, jak wielkim skarbem jest życie. Przekuł ból i lęk w film. I o ile w trakcie projekcji potrafimy te emocje współodczuwać, o tyle po wyjściu z kina szybko się z nich otrząsamy. „11 minut” kończy się na koncepcie, który nie jest na tyle wyraźnym komentarzem do rzeczywistości, by zasiać w głowie niepokój. Ten jest jedynie efektem obcowania z tym dziełem na sali kinowej. Jury filmu nie nagrodziło, ale Skolimowski wraca do kraju z nagrodą pozaregulaminową. Jury młodzieżowe wyróżniło właśnie jego obraz.

Polska bez wstydu

Z wyróżnieniem wraca też do Polski inny reżyser. Kuba Czekaj pokazywał na Lido swój pełnometrażowy debiut „Baby Bump” (sekcja Biennale Collage). To świetnie nakręcona, odważna, prowokacyjna, świadomie korzystająca z gramatyki kina wiwisekcja dojrzewającego ciała, pracującego w oderwaniu od wciąż dziecięcego umysłu. Czekaj kapitalnie przedstawia traumę wchodzenia w dorosłość: czasu obsesji, kiedy wszystko „się kojarzy”, wszyscy rozmawiają tylko o jednym. Nic dziwnego, że obraz zachwycił jury przyznające Queer Lion, statuetki dla najlepszego filmu o tematyce LGBTQ. Główny laur przypadł „Dziewczynie z portretu” Toma Hoopera („Jak zostać królem”), w którym twórca odtworzył historię transseksualnej malarki z lat 20. XX wieku w Szwecji. Film Czekaja dostał natomiast wyróżnienie.

Festiwal można więc uznać za udany. Jako papierek lakmusowy światowego kina daje pozytywny odczyt. Wciąż jest co oglądać, śmierć w Wenecji na pewno nam nie grozi. Przynajmniej ta z nudów. Zaprezentowanych na Lido filmów śmiało powinniśmy wyczekiwać w zapowiedziach dystrybutorów (spora część obrazów z konkursu ma już ustalone daty polskich premier). Naszej obecności na Lido, choć nie została uwieńczona nagrodami regulaminowymi, nie należy się wstydzić. Przegraliśmy z najlepszymi, ale nie wracamy z pustymi rękami.