Wydanie bieżące

1 października 19 (283) / 2015

Natalia Gruenpeter,

W ŻYWIOLE MŁODOŚCI

A A A
Wydarzenia: 5. Ars Independent
Katowicki Ars Independent obchodzi mały jubileusz. Pięć lat to wystarczająco dużo czasu, aby pokusić się o pierwsze podsumowania czy próby określenia miejsca imprezy na polskiej mapie filmowych festiwali. Organizatorzy nie ulegli jednak atmosferze świętowania. Śladów dążenia do zdefiniowania tożsamości festiwalu szukać można raczej w wyborach repertuarowych niż wyrażanych wprost deklaracjach. Większość prezentowanych filmów dotyka problemów młodości, odwagi i poszukiwania własnej drogi, co potraktować można jako swego rodzaju manifest odsłaniający zarazem założenia programowe tegorocznej edycji.

Najsilniej wątki te wybrzmiały w świetnych filmach otwarcia i zamknięcia, które zrealizowane zostały na przeciwnych biegunach Europy i w symboliczny sposób eksplorują ramy jej tożsamości. Zaproponowany na otwarcie „Mustang” powstał wprawdzie jako międzynarodowa koprodukcja (film jest francuskim kandydatem do Oscara), ale bardzo mocno osadzony jest w kulturze Turcji. Reżyserka Deniz Gamze Ergüven nakręciła film w swojej ojczyźnie, z tureckimi aktorami. Prezentowany podczas zamknięcia festiwalu „Z natury” to z kolei film norweski, świadomie i przewrotnie nawiązujący do tradycji skandynawskiego kina, które tytułową naturę traktowało jako zwierciadło ludzkich rozterek.

Akcja „Mustanga” rozpoczyna się w chwili zakończenia roku szkolnego, które dla pięciu sióstr oznacza powrót do niewielkiej miejscowości na tureckiej prowincji. Punktem zapalnym jest swobodne zachowanie dziewcząt, najwyraźniej przywykłych do bardziej liberalnych norm obyczajowych panujących w stolicy kraju. W domu na straży moralności stoją konserwatywny wuj i babcia, zastępujący bohaterkom zmarłych rodziców. Bunt dziewcząt szybko zostaje stłumiony, a decyzja o zamknięciu ich w domu i odcięciu od wszystkiego, co może stanowić zagrożenie, ma coraz bardziej absurdalne konsekwencje, włącznie z wstawieniem w okna stalowych krat. „Mustang” może być postrzegany jako społeczny dramat, który bierze na celownik opresyjne normy społeczne i hipokryzję. Film nie jest jednak wyłącznie krytyką zamkniętego, restrykcyjnego społeczeństwa. Nie można go również sprowadzić do tureckiej wersji „Przekleństw niewinności”, choć trudno uwolnić się od skojarzeń z tym tytułem. Deniz Gamze Ergüven z pewnością inspiruje się formułą debiutu Sofii Coppoli, ale z powodzeniem rozwija oryginalną opowieść balansującą na granicy dramatu społecznego i baśniowej przypowieści o energii, ciekawości i oczywiście budzącej się seksualności. Ta ostatnia wcale nie okazuje się najsilniejszym motorem zachowań i motywacji bohaterek. Dlatego w centrum historii stoi najmłodsza z sióstr, rezolutna i pomysłowa Lale, patrząca na wszystko ze szczególnej perspektywy – z krańców dzieciństwa, nad którym krąży groźba wymuszonej, przedwczesnej dorosłości, zapowiadanej przez aranżowane małżeństwo. Wiele rozgrywa się tutaj poza dialogami: w czułym geście, beztroskich wygłupach i milczącej siostrzanej solidarności. Młode aktorki doskonale oddają atmosferę tajemnicy, w jaką spowity jest okres dorastania. Ich ciała niemal rozsadzają kadr, stając się nośnikami witalności i wolności.

„Z natury” w reżyserii Ole Giævera i Marte Vold przeniósł uczestników festiwalu do chłodnej Skandynawii, w inny krąg problemów. Protagonista filmu jest żonatym, z pozoru ustatkowanym mężczyzną, który swój czas dzieli między nudną pracę, irytującą go rodzinę i samotne wycieczki. Reżyserska para zabiera widzów na wyprawę w niewysokie góry, które staną się tłem kryzysu tożsamości głównego bohatera. Nurtujące go problemy poznajemy przez wewnętrzny monolog, który często jest skrajnie irytujący, męczący, ale też prawdziwy i brutalny. W toku tej paplaniny Martin dokonuje rozrachunku z własnymi wyborami. To one doprowadziły go do miejsca, w którym czuje się źle i z którego chce uciec. Czy samotna wyprawa w góry będzie początkiem wewnętrznej przemiany, czy okaże się jedynie prowokacyjnie wykorzystaną filmową kliszą sugerującą rytuał przejścia? Czy finałowa scena oznacza rezygnację z własnej drogi, czy osiągnięcie dojrzałości? „Z natury” pozostawia nas z mnóstwem pytań, na które nie ma jednej odpowiedzi. To film, o którym można dyskutować do późnych godzin nocnych, co jest chyba najlepszą rekomendacją dla festiwalowej propozycji.

Trudno traktować filmy otwarcia i zamknięcia jako wyznaczniki kondycji narodowych kinematografii czy stanu kina europejskiego w ogóle. Obydwa wspomniane tytuły są jednak świetnymi wyborami: pierwszy uwodzi doskonale opowiedzianą historią, zgrabnie łączącą humor i grozę, drugi natomiast jest filmem chropowatym i rozmyślnie drażniącym, który prawdopodobnie wywoła skrajne reakcje i nikogo nie pozostawi obojętnym.

Większość tytułów konkursowych tegorocznego festiwalu przybliżała kinematografie innych rejonów świata. Najsilniej reprezentowane było w tym roku kino południowoamerykańskie. Aż połowa konkursowej sekcji to propozycje z tego kontynentu. Nagrodę główną, tytuł i statuetkę Czarnego Konia, zdobył jednak irański reżyser Nima Javidi za „Melbourne”. Natomiast Podkowa Jury Młodych powędrowała do Emine Emel Balci za „Zanim zabraknie mi tchu”.

Ostatni z wymienionych tytułów rzeczywiście wyróżniał się pośród konkursowych filmów i dobrze, że ktoś go dostrzegł. Film opowiada o Serap, młodej pracownicy fabryki odzieżowej, która stara się odłożyć pieniądze na wynajęcie mieszkania i rozpoczęcie nowego życia, z dala od siostry i jej despotycznego męża. Wychowana w sierocińcu dziewczyna żyje jednak w cieniu ojca, który powraca do córki, aby za chwilę nieoczekiwanie zniknąć. Chłodne oko kamery nie opuszcza Serap ani na chwilę, punktuje upiorną powtarzalność jej gestów i stawia w zimnym świetle fabrycznych jarzeniówek chorobliwie bladą twarz. Beznamiętnie obserwuje także jej moralne wybory, choć nie ocenia ich z pozycji wszechwiedzącego autorytetu. „Zanim zabraknie mi tchu” można postrzegać jako przykład rasowego kina społecznego skupionego na kondycji bohaterki, ale trudno nie zauważyć, że kontekst socjologiczny podszyty jest namysłem o bardziej uniwersalnym, egzystencjalnym charakterze.

Ciekawą i utrzymaną w bardziej rozrywkowej formule propozycją jest sekcja „Głośniej”, w której prezentowane są dokumenty muzyczne. Jej olbrzymią siłą są przede wszystkim interesujące tematy. W tym roku kuratorki skupiły się na wątku odwagi w podążaniu wybraną przez siebie drogą, czego najwyrazistszymi świadectwami są filmy „Sumé – The Sound of a Revolution” poświęcony pierwszej grenlandzkiej kapeli, która ośmieliła się nagrać album w ojczystym języku, aby zaprotestować przeciwko duńskiej hegemonii, czy „The Punk Syndrome” o zespole Pertti Kurikan Nimipäivät tworzonym przez muzyków z zespołem Downa i autyzmem. Wyjątkowo interesującym punktem przeglądu był film „B-Movie: Lust & Sound in West Berlin” opisujący muzyczną scenę Berlina lat 80., a przy okazji pokazujący, że fundamentalnym problemem kina dokumentalnego poświęconego muzyce jest zmaganie się z mitami.

Ars Independent to festiwal, który stara się uchwycić złożoność współczesnej kultury audiowizualnej. Dlatego obok pełnometrażowych filmów fabularnych, dokumentów i animacji w programie festiwalu znalazły się także dwa pokazy wyselekcjonowanych teledysków oraz konkurs gier komputerowych. Kinomanów zainteresować może gra „Her Story” nawiązująca do filmowych i serialowych kryminałów. Rozwiązanie zagadki wymaga przedzierania się przez setki fragmentów zeznań żony zamordowanego mężczyzny. Twórcy gry wykorzystali tutaj filmowe nagrania z Vivą Seifert, która nadaje grze emocjonalnego prawdopodobieństwa. Gracz musi bawić się w odczytywanie emocji, tropienie nieścisłości i sygnałów kłamstw. Na festiwalu zaprezentowano także gogle VR, za pomocą których – oprócz kilku gier, m.in. obowiązkowego rollercoastera – zobaczyć można było prostą wizualizację sali kinowej. Perspektywa wirtualnej rzeczywistości to oczywiście sprawa ciekawa, ale jestem pewna, że niezależnie od dróg jej rozwoju, długo jeszcze będziemy chcieli chodzić do zwykłego, prawdziwego kina.