Wydanie bieżące

1 października 19 (283) / 2015

Michał Misztal,

KTO PILNUJE STRAŻNIKÓW? (GUARDIANS OF THE GALAXY - STRAŻNICY GALAKTYKI. KOSMICZNI AVENGERS)

A A A
Zaryzykuję stwierdzenie, że większość ludzi, którzy obejrzeli film pod tytułem „Strażnicy Galaktyki”, nie była wcześniej zaznajomiona z jego komiksowym pierwowzorem, nawet jeśli znalazła się wśród nich spora liczba wielbicieli opowieści obrazkowych. Idąc dalej tym tropem, postawię kolejną tezę: nawet jeśli ci wielbiciele znali graficzną kanwę owej hollywoodzkiej produkcji, to większość z nich najwyżej ze słyszenia. Teraz tych niezwykle charakterystycznych bohaterów znają niemal wszyscy i bardzo dobrze, że tak się stało. Źle natomiast, że Marvel postanowił w niezbyt elegancki sposób odcinać kupony od medialnego zamieszania, masowo tworząc serie z udziałem popularnych protagonistów. Jeśli jednak w tym przedsięwzięciu udział bierze Brian Michael Bendis, grzechem byłoby nie sprawdzić, z jakim skutkiem.

Wydany w Polsce początek cyklu „All-New X-Men” autorstwa wyżej wymienionego scenarzysty pokazał, że nowe komiksy Amerykanina nie dorównują poziomem jego wcześniejszym dziełom („Daredevil”, „Alias”), ale mimo to warto dać im szansę. W przypadku „Guardians of the Galaxy” mamy do czynienia z marką, która – czy to za sprawą kinowej adaptacji, czy dodatku do gry „Legendary: A Marvel Deck Building Game” – od razu budzi pozytywne skojarzenia z przyjemną, bezpretensjonalną rozrywką, z powrotem do czasów, kiedy komiksy były proste, ale niesamowite. I kiedy do pełni szczęścia wystarczało, że w fabule pojawiało się gadające drzewo i człekokształtny szop w asyście spektakularnych wybuchów. Czy jakaś część tych emocji stała się udziałem „Kosmicznych Avengers”?

Po raz kolejny Marvel zadbał o dobre tło dla historii: znany choćby z „Old Man Logan” Steve McNiven jest odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Prace Sary Pichelli również mogą cieszyć oczy i choć ilustratorzy (jak zresztą zazwyczaj w tego rodzaju opowieściach) nie stworzyli czegoś unikalnego, to realizują powierzone im zadanie co najmniej dobrze. Niestety, nie można tego powiedzieć o Bendisie. Autor „House of M” pisze o początkach Star-Lorda i jego konflikcie z ojcem, władcą planety Spartax i o próbie obrony Ziemi przed zagładą. Owszem, dorzuca do tego wybuchy; są tu Groot i szop. Tak jak filmowa wersja „Strażników Galaktyki” urzekała bezpretensjonalnością, tak komiks przypomina mi stare „zeszytówki” od TM-Semic. Szkoda tylko, że z czasów, kiedy byłem już nieco dojrzalszym czytelnikiem, dla którego te niegdyś rewelacyjne (ale de facto przeważnie sztampowe) historie z mutantami czy innymi nadprzyrodzonymi bohaterami po pewnym czasie zaczynały zlewać się w całość lub zostały po prostu zapomniane.

Odnoszę wrażenie, że ten sam los stanie się udziałem recenzowanego albumu. To tylko jeszcze jedna bajka o ratowaniu świata przed Armagedonem, może z bardziej nietypowymi niż zazwyczaj protagonistami, ale w końcu na okładce pojawia się nazwisko Bendis, któremu daleko do anonimowego wyrobnika. Fakt, że twórca ten napisał „Kosmicznych Avengers” nie woła o pomstę do nieba (bo przeciętne scenariusze zdarzają się wszystkim), ale na przyszłość wolałbym więcej „bendisowskich”, fantastycznych dialogów oraz znaną z wielu jego historii finezję, której niestety zabrakło zarówno w „All-New X-Men”, jak i w „Strażnikach Galaktyki”.
Brian Michael Bendis, Steve McNiven, Sara Pichelli: „Guardians of the Galaxy – Strażnicy Galaktyki. Kosmiczni Avengers” („Guardians of the Galaxy Volume 1: Cosmic Avengers”). Tłumaczenie: Paulina Braiter. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2015.