Wydanie bieżące

1 października 19 (283) / 2015

Ewa Szkudlarek,

W GWIEZDYM PYLE UCZUĆ

A A A
Podobno miłość spada z nieba, ale spotyka się ją na ziemi. Gdyby była niebiańska, z pewnością nie istniałoby tak wiele ziemskich kłopotów. Czy ludzkie uczucia mają swoje odbicie w międzyplanetarnej przestrzeni?

Spektakl „Konstelacje” w reżyserii Agaty Biziuk w Teatrze Polskim w Poznaniu ukazuje problem napięcia między współczesną, oderwaną od uczuć seksualnością a tęsknotą za romantycznym uczuciem. Rewolucja seksualna doprowadziła do niepewności w związkach, co okazało się jednym z ważniejszych społecznych doświadczeń. Dziś, kiedy nawiązujemy z kimś relację, nie wiemy dokąd ona zmierza ani jakie plany ma nasz partner.

Miłość to przyjemne uczucie; jeśli boli, wówczas nią nie jest – taka teza została wylansowana w literaturze dopiero pod koniec XIX wieku. Głęboko zakorzenione przekonanie powoduje kolejną sprzeczność: z jednej strony obawiamy się miłości bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, z drugiej – stawiamy związkom niezwykle wysokie wymagania. Oczekujemy od partnera bezwarunkowej akceptacji, stworzenia przestrzeni, w której możemy być sobą i odpocząć od rzeczywistości. To utylitarny ideał związku, który ma służyć zaspokajaniu naszych potrzeb, ma nam przynosić zadowolenie i przyjemność.

W przedstawieniu pojawia się nuta sentymentu i dystansu wobec wyobrażeń o miłości. Pojawia się tu rozczarowanie prostymi receptami, a jednocześnie niedosyt głębokiego sensu doświadczeń – podobnie w życiu, jak w teatrze: możliwości i wybór, chaos i próby porządku, ciągłość i zmiana. Kłopotliwe bycie w związku jest tak samo trudne jak bycie na scenie i ustala rytm w poetyckim kosmosie spektaklu. Nikt nie ma pewności, czym jest życie, czym jest teatr. Gdy bohaterowie tracą rytm w życiu, nie potrafią go odzyskać bez udziału teatru – i odwrotnie: w teatrze oderwanym od rytmu rzeczywistości nie można powiedzieć niczego ważnego.

Utrzymany w charakterystycznym stylu dialog pary bohaterów, Marianne i Rolanda,  jest osią konstrukcyjną „Konstelacji”. Poszczególne partie rozmów są wielokrotnie powtarzane przy użyciu różnorodnej intonacji. Zmiennym tonom głosu towarzyszą inne gesty i pozy ciał postaci. Najistotniejszym środkiem przekazu stają się tu słowa, budujące wyraźną współzależność między formą i treścią dramatu. Każdą historię można opowiedzieć na wiele sposobów, używając prawie tych samych słów. Za każdym razem będzie to jednak niby ta sama, a zarazem inna opowieść. Fragmenty dialogów zmieniają się na scenie w monologi Jego i Jej, brzmiąc niczym echo powracającego refrenu. Roland (Piotr B. Dąbrowski) wypowiada swoje frazy jednym tchem, rytmicznie i w bardzo szybkim tempie. Marianne (Agnieszka Findysz) prowadzi wewnętrzny dialog ze sobą, analizuje humory Rolanda i jego wypowiedzi. Zastanawia się nad tym, co sama czuje. Chce być wyjątkowa, atrakcyjna i zawsze „sexy”.

Swoboda, z jaką dziś możemy wchodzić w związki, sprawia, że są one tak samo skomplikowane dla obu płci. Bliskie relacje-konstelacje stały się niezmiernie złożone. Tęsknimy za sobą nawzajem i jednocześnie bardzo się siebie boimy. Kiedy spotykamy drugiego człowieka, dana jest nam szansa, żeby być szczęśliwym. Reszta zależy od tego, jak tę okazję wykorzystamy. Nie ma ludzi, którzy dają szczęście. Są za to osoby, które pozwalają nam po to szczęście sięgnąć – jak po przysłowiową „gwiazdkę z nieba”. Związek dwojga ludzi jest formą współpracy i dawania (tak samo jak brania) siebie nawzajem. Okazuje się jednak, iż wiele osób nie potrafi także brać. A nie umieć czerpać to tak, jakby powiedzieć komuś,  że jest nam niepotrzebny. Dopóki nie umiesz się wymieniać i nie wiesz, czym się wymieniać, nie sposób mówić o szczęściu. „Szanse na szczęście” – czytamy w „Psychologii miłości” – zapisane są nie w gwiazdach, lecz w nas samych, w treści i jakości relacji, jaka nas łączy z partnerem, a przede wszystkim w tym, co z tą relacją sami zrobimy” (Wojciszke 1993: 242).

Historia Marianne i Rolanda zaczyna się z pewnością banalnie – ot, spotkali się na grillu u znajomych. Co ich połączyło – chemia uczuć czy fizyka ciał? Być może ich spotkanie nie było przypadkowe, ale ustalone w pewnym kosmicznym porządku. Człowiek jest małą cząstką wszechświata, ale ten bezbrzeżny wszechświat mieści się w ludzkiej istocie. Linia porozumienia lub wszelkiego rodzaju zakłóceń jest zależna od informacji zawartych w biofotonach, czyli cząsteczkach światła. Para bohaterów „Konstelacji” odnajduje się, by za chwilę zagubić i odnaleźć ponownie. Ich zagubienia są związane z nieporozumieniami i złośliwościami: drobne kłótnie, przypadkowe zdrady, ostentacyjne wyjścia z domu, wreszcie brak czasu dla siebie nawzajem. Sytuacja zmienia się, gdy Marianne wyznaje Rolandowi, jak samotna czuje się w zmaganiach z chorobą nowotworową. Największym atrybutem Agnieszki Findysz jest to, że udaje się jej zbudować więź między swoją bohaterką a widzami. Jej Marianne uwodzi, mimo że choroba odebrała jej atrybuty kobiecości. Jej opowieść o przymusowej przemianie i rozpadzie kobiecej tożsamości budzi współczucie, które powoli przeobraża się w sympatię. Kobieta tylko z pozoru wydaje się silna i bezwzględna – tę skorupę zbudowała wokół niej bezlitosna historia. W gruncie rzeczy to krucha i delikatna istota, której jedynym pragnieniem jest miłość. Protestuje przeciwko niezrozumieniu i samotności, uderzając dłońmi o szybę telefonicznej budki.

Chwilami spektakl przypomina cykl sesji terapeutycznych. A przecież właściwie żyjemy w kulturze terapeutycznej, która skłania nas do ciągłego analizowania swoich emocji, doświadczeń z dzieciństwa, szukania przyczyn, dla których pragniemy tego czy tamtego. Jednak wiele osób zapomina, że celem terapii jest nauczenie każdego pacjenta-rozmówcy, jak być niezależną, autonomiczną jednostką. W centrum kultury stoi wolność. To szczególna wartość manifestowana w spektaklu: Marianne i Roland chcą być razem, ale żyć jednak osobno. I tu pojawia się istotny konflikt między pragnieniem niezależności a potrzebą intymności i zaangażowania. Jednym ze sposobów zachowania udanego związku jest emocjonalna autonomia. Zajęcie się sobą to droga samopoznania. Z kolei poznanie i zaakceptowanie prawdy o sobie pozwala na osiągnięcie wewnętrznego spokoju. Nie ma już konieczności obciążania kogoś odpowiedzialnością za moje lub jego braki, można wreszcie bez lęku pozwalać sobie na autentyczność w relacjach.

Tytuł spektaklu przypomina o znanej zasadzie wszechświata, że podobne przyciąga podobne. Gdy spotykają się dwie osoby wewnętrznie pogodzone ze sobą, z łatwością zbudują zgodny związek. Istnieje taki oto model rozwoju człowieka: najpierw zależność, gdy działa się w oparciu o „muszę” (spotkania Marianne i Rolanda na grillu), później faza niezależności, gdy dominuje „chcę” (wzajemne oczekiwania i wymagania), wreszcie najwyższy etap – współzależność, mieszcząca się w słowie „wybieram”. I tak dzień za dniem Ona i On starają się budować więź, która oprze się nie tylko chwilowym rozterkom, ale nawet większym przeciwnościom losu.

Zasada „wybieram ciebie, a ty mnie” w tym przypadku okazała się skuteczną formą terapii. Marianne wyzdrowiała i to zasługa nie tylko Rolanda, lecz także jej samej. A zatem każdy jest odpowiedzialny za swoje szczęcie. Nie tylko gwiazda spadająca z nieba.

LITERATURA:

Wojciszke B.: „Psychologia miłości. Intymność, namiętność, zaangażowanie”. Gdańsk 1993.
Nick Payne: „Konstelacje”. Reżyseria: Agata Biziuk. Przekład: Elżbieta Woźniak. Asystent reżysera: Marta Małgorzata Kwapisz. Choreografia: Evgeniy Korniag. Scenografia: Marika Wojciechowska. Multimedia: Marek Straszak. Muzyka: Adrian Jakuć Łukaszewicz. Obsada: Agnieszka Findysz, Piotr B. Dąbrowski. Premiera: 31 stycznia 2015. Teatr Polski w Poznaniu.