Wydanie bieżące

1 października 19 (283) / 2015

Sławomir Iwasiów,

'TRANZYT MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI'. POGRANICZA EUROPY W AUTOBIOGRAFICZNEJ PROZIE VARUJANA VOSGANIANA

A A A
Wokół. Literatura Europy-Środkowej
„Kronika mojej rodziny jest jak lina wielkiego dzwonu. Każda przewracana kartka jest jak jego uderzenie. Takie było też życie członków mojej rodziny: mnichów, książąt, kupców, uczonych i pasterzy, wyczerpanych tułaczką, o rysach twarzy wyostrzonych wichrem trudnych czasów” – pisze Varujan Vosganian (ur. 1958) w autobiografii „Księga szeptów” (s. 48). Wydana niedawno po Polsku książka to nie tylko saga rodzinna, ale także przegląd ważnych wydarzeń, jakie miały miejsce w pierwszej połowie XX wieku na styku różnych kultur europejskich: ormiańskiej, rumuńskiej, tureckiej, żydowskiej i innych.

Pisarstwo Vosganiana ma przy tym przynajmniej dwie cechy, które z pewnością mają wpływ na fakt, że autor pretenduje od pewnego czasu do literackiego Nobla – jego opowieść z „Księgi szeptów” stanowi, z jednej strony, zarys najnowszej historii Europy, a z drugiej strony charakteryzuje się przystępną „aforystycznością”, dzięki której czytelniczki i czytelnicy, wywodzący się z odmiennych krajów, kultur i języków, mogą odnaleźć w niej uniwersalne przesłanie. Na czym ono polega? W skrócie rzecz biorąc: na ukazaniu nieprzewidywalności historii, zawodności pamięci i ulotności życia. Anna Olmińska pisała o tej książce na łamach „Kultury Liberalnej”: „»Księga szeptów« opowiada o społeczności ormiańskiej w XX w. O kształcie tej wspólnoty zadecydowało ludobójstwo, do którego doszło w Imperium Osmańskim między wiosną 1915 a jesienią 1916 r. Władze tureckie do dzisiaj nie uznały oficjalnie tej zbrodni, przez co odebrały Ormianom prawo do należytej żałoby po zmarłych i tym samym zmusiły ich do walki o upamiętnienie tej tragedii. Pamięć o ludobójstwie jest jak jątrząca się rana, którą może wyleczyć tylko ten, kto ją zadał” (A. Olmińska: „Zaklinanie historii. O »Księdze szeptów« Varujana Vosganiana. kulturaliberalna.pl).

Dlatego prawdopodobnie – ze względu na ogólnoludzki charakter tej prozy – Vosganian jest zgłaszany do Nobla w dziedzinie literatury przez trzy kraje: Armenię, Rumunię i Izrael.

Dylematy europejskiej wielokulturowości

„Spory o Europę są niemal równie dawne co samo przekonanie, że państwa położone na kontynencie oznaczanym tym mianem – choć różnią się niekiedy znacznie jedne od drugich i choć bywa, że prowadzą ze sobą wojny – należą pospołu do jednej nadrzędnej całości, nie tyle geograficznej, ile przede wszystkim historycznej i, by użyć dzisiejszej terminologii, kulturowej” – stwierdził Krzysztof Pomian w odczycie wygłoszonym w 2002 roku podczas sesji Colloquia Torunesia „Razem do nowej Europy” (zob. K. Pomian: „Spory o Europę”. W: tegoż: „Europa i jej narody”. Przeł. Małgorzata Szpakowska. Gdańsk 2004, s. 297-310). Wszelako należałoby dodać, że Europa to całość plastyczna, niedomknięta, zmienna.

Takiej zmianie ulegają, między innymi, obiegi europejskiej kultury, w tym oczywiście fluktuacje literackie. Coraz częściej utwory wywodzące się z Nowej Europy (głównie krajów postsocjalistycznych, postsowieckich, nierzadko pretendujących do członkostwa w Unii Europejskiej albo należących do niej od niedawna) przenikają do kanonów – między innymi kształcenia akademickiego – przede wszystkim za sprawą wydawnictw, tłumaczy i czasopism, które propagują autorów innych niż ci, którzy przynależą do tradycji zachodnioeuropejskiej. W ten sposób europejska kultura wciąż się odnawia.

Oczywiście, są przypadki szczególne, niejednoznaczne, trans/graniczne – jak choćby kariery takich twórców, jak Emil Cioran, Imre Kertész czy Herta Müller – i one bezsprzecznie mają wpływ na spopularyzowanie literatur z południa i wschodu Europy; niemniej jednak główny nurt poszerza się o mniej znane przykłady twórców i utworów. Skąd bierze się rozległość owych (w)pływów w ostatnich latach?

Nie bez znaczenia są zapewne takie przedsięwzięcia, jak nagrody literackie (dobrym przykładem jest ufundowana we Wrocławiu Nagroda Literacka Europy Środkowej „Angelus”), dzięki którym na wyróżnienie mogą liczyć twórcy reprezentujący dotychczas raczej pomijane marginesy mapy Europy.

Ponadto w zglobalizowanym komunikacyjnie świecie trudno pominąć duży wpływ internetu na upowszechnienie wszelkich przejawów aktywności artystycznej spoza kulturowego „centrum” Europy – dzisiaj z pewnością łatwiej zdobyć informacje i podjąć komunikację z przedstawicielami nie tyle odległych, co odmiennych kręgów kulturowych.

Wielość kultur, również ta „wtórna”, na nowo odkrywana choćby w Polsce, jest faktem, co – jak twierdzi Andrzej Szahaj w książce „E pluribus unum?” – ma swoje dobre i złe strony. „To jednak, co najważniejsze – pisze toruński filozof – i co budzi w całej sprawie multikulturalizmu najwięcej bodaj kontrowersji, to sprawa zastąpienia perspektywy, w myśl której za najistotniejsze i jedynie realnie istniejące uważa się prawa jednostek, perspektywą, w której oprócz nich pojawiają się także prawa grup (A. Szahaj: „E pluribus unum? Dylematy wielokulturowości i politycznej poprawności”. Kraków 2010, s. 30). Dlatego, jak sądzę, wszelkie pytania o kształt literatury europejskiej – jej warianty, kanony, powiązania – są w jakimś sensie pytaniami o współistnienie i warunki owego współistnienia rozmaitych narodów, tradycji językowych i kultur.

Historia literatury europejskiej jest w pewnym sensie, by sparafrazować tytuł słynnej książki wspomnianego wcześniej Krzysztofa Pomiana, nieprzerwaną historią jej narodów i na odwrót – opowiadanie historii narodów Europy równocześnie tworzy kanon literatury europejskiej. Nie znaczy to, mimo wszystko, że historia ma jakąś wewnętrzną spójność i logikę (chyba że jest to logika tekstu historycznego). Nie zawsze bowiem na podstawie analizy przeszłości można przewidzieć problemy czające się za rogiem teraźniejszości.

Jednakże wielokulturowość i wszelkie jej przejawy – migracje, asymilacje, rewolucje – stanowią ważny komponent zmieniającej swój kształt kultury Starego Kontynentu (zwrócił na to uwagę szczeciński historyk Jan M. Piskorski w książce pod znamiennym tytułem „Wygnańcy. Przesiedlenia i uchodźcy w dwudziestowiecznej Europie”). W tym sensie, poznając opowieści o przeszłości, można się czegoś nauczyć o przyszłości, jednak z zastrzeżeniem, że nie jest ona z góry określona, a nade wszystko – przewidywalna.

Dlatego też proponowałbym nazywanie literatury pochodzącej spoza głównego nurtu europejskiego literaturą „od-środkową”, to znaczy taką, która w jakimś sensie dystansuje się od mainstreamu, ale też – z różnych powodów – bywa do niego włączana. Na literaturę działają bowiem rozmaite siły („od-środkowe”) i nierzadko jest ona tych sił wyrazicielką.

Jeszcze (trochę) o literaturze z marginesu mapy

W Polsce coraz szerszy odbiór literatury Europy Środkowej i Wschodniej jest związany z dynamiczną działalnością niektórych wydawnictw i redakcji czasopism, przybliżających odbiorcom literatury środkowo- i wschodnioeuropejskie, właśnie te, jak można by je określić, „od-środkowe”.

Trudna do przecenienia wydaje się działalność takich periodyków (istniejących i nieistniejących), jak „Zeszyty Literackie”, „Literatura na Świecie”, „Kresy”, „Pogranicza”, „Borussia”, „Fraza” i wiele innych, które przez lata publikowały (i wciąż publikują) przekłady utworów literackich i teksty specjalistów zainteresowanych literaturami europejskimi. Osobnym i ważnym wątkiem w polskim głosie na temat europeizmu było pismo „Europa” – dodatek do „Faktu”, a potem do „Dziennika”. Ostatnio rolę analityczną – zarówno w odniesieniu do polityki, jak i sztuki – pełni czasopismo „Nowa Europa Wschodnia”, które oprócz polskiej wersji ma także mutację obcojęzyczną pod nazwą „New Eastern Europe”.

Nie można przeoczyć serii wydawniczych, a nawet profili wydawnictw – jak choćby prowadzonego przez Monikę Sznajderman i Andrzeja Stasiuka Wydawnictwa Czarne, które specjalizuje się w przypominaniu „klasyków” literatury Europy Środka i wydawaniu tłumaczeń najnowszej prozy pochodzącej spoza kręgu Europy Zachodniej. To są często przykłady pisarzy pogranicznych, międzykulturowych, łączących rozmaite narodowości, obyczajowości, języki. Stasiuk – na początku działalności Czarnego – przypomniał między innymi prozę Zygmunta Haupta z tomu „Pierścień z papieru”; prozę galicyjską, interkulturową, transgraniczną.

Ostatnio również Książkowe Klimaty, oficyna wydawnicza z Wrocławia – gdzie, jak wspomniałem, narodził się „Angelus” – eksploruje tereny, które do niedawna nie były często oznaczane jako punkty zainteresowania na mapie Europy. Poszczególne serie mają nazwy, które odnoszą się do konkretnego miejsca (na przykład: „Rumuńskie Klimaty”).

Jednym z przykładów literatury „od-środkowej” jest literatura rumuńska, o której Saska Vogel pisała optymistycznie na łamach portalu literackiego „Publishing Perspectives”, że „przeżywa swój ważny moment” (zob. S. Vogel: „What Can or Cannot be Said about Romanian Literature? Plenty”. www.publishingperspectives.com). Wymieniając znane wśród odbiorców i krytyków nazwiska, jak przywołanej wyżej pisarki Herty Müller, oraz powołując się na słowa osób związanych z upowszechnianiem kultury rumuńskiej w Europie, autorka dochodzi do wniosku, że popularność rumuńskiej literatury dopiero się zaczyna. Nobel przyznany Müller w 2009 roku był jedynie początkiem dobrej passy i zapowiedzią umacniania pozycji rumuńskiej kultury zarówno w Europie, jak i w skali globalnej. W tym sensie oczywiście literatura pochodząca „z marginesu” wchodzi do mainstreamu i przestaje być dla głównonurtowej polityki wydawniczej – skomercjalizowanej, nastawionej na dużą sprzedaż, zysk i poklask – wyrazistą alternatywą.

Według autorów podręcznika „Literatura Europy” – obszernego, ale mimo wszystko ze zrozumiałych przyczyn skrótowego przeglądu literatury europejskiej – najnowszą twórczość pochodzącą z Rumunii reprezentować powinien Mircea Horia Simionescu, autor ze starszego pokolenia (1928–2011), „pisarz, który nie mieści się w żadnej kategorii”, znany między innymi z „Dicţionar onomastic” (1969), fikcyjnego słownika, który był dużym wydarzeniem w świecie literatury rumuńskiej (zob. A. Benoit-Dusausoy, G. Fontaine: „Literatura Europy. Historia literatury europejskiej”. Różni tłumacze. Gdańsk 2009, s. 1008–1010).

Na marginesie warto dodać, że popularność rumuńskich autorek i autorów nie jest przypadkowa, ponieważ ma na nią wpływ dobrze rozplanowana działalność instytucji kultury. Jedna z nich, o nazwie „Rumänska kulturinstitutet”, została umocowana w Sztokholmie. Jej zespół zajmuje się między innymi literaturą, filmem i muzyką. Tego rodzaju instytut kulturalny spełniać może różne role – od budowania kanonu sztuki (w każdej jej dziedzinie), aż po promowanie nieznanych, ale dobrze zapowiadających się twórców. Warto przy okazji zadać sobie pytania: na ile takie przedsięwzięcia wspomagają istniejącą kulturę, a na ile, de facto, ją tworzą? Czy i w jakim zakresie, na przykład, literatura rumuńska – i podejmowane w jej ramach tematy – to uniwersalne zaplecze kulturowe oraz intelektualne dla dyskusji o kształcie Europy, widzianej jako pewna całość? W jakie „czułe punkty” trafiają rumuńscy pisarze? Jak w związku z tym kształtuje się recepcja literatury rumuńskiej, choćby w Polsce, i szerzej – co można wywnioskować z odbioru i dyskusji wokół utworów innych autorek i autorów identyfikowanych z Europą Wschodnią i Bałkanami?

W dużym stopniu na te pytania odpowiedział Maciej Duda w książce „Polskie Bałkany”, słusznie skupiając się, by użyć „swojskiego” terminu, na dyskursach postzależnościowych w obrębie Bałkanów, ze wskazaniem na byłą Jugosławię (zob. M. Duda: „Polskie Bałkany. Proza postjugosłowiańska w kontekście feministycznym, genderowym i postkolonialnym. Recepcja polska”. Kraków 2013). Wnioski Dudy są, by sprawę ująć możliwie skrótowo, mniej więcej takie: literatura docierająca do nas z południowego-wschodu Europy jest przyciągająca, ponieważ niesie ze sobą wizję zjednoczenia z narodami o słowiańskich korzeniach, bliskich „naszej” tradycji, językowi, literaturze. Polska mimo to oddaliła się od „swoich” Bałkanów: „W momencie odrzucenia zbieżności wynikających z opisywanego wcześniej braterstwa czy siostrzeństwa, budowanego na podstawie mitu kultury słowiańskiej, oraz zaprzestania akcentowania wspólnoty losu, a także literackich zbieżności, Polska, przynajmniej politycznie, wydaje się stawać po stronie Europy Zachodniej” – stwierdza Duda (s. 59).

Czy rzeczywiście jest to relewantny punkt widzenia? Po której stronie wypada nam stanąć? A może to nie kwestia stron powinna nas zajmować?

Imię do niczego nam nie służy”

Dobrym przykładem, skłaniającym do podjęcia rozważań na temat „od-środkowości” literatury europejskiej, może być autobiograficzna „Księga szeptów” Varujana Vosganiana. Z jednej strony Vosganian jest tym „tułaczem” z marginesu mapy, którego łatwo byłoby przeoczyć, gdyby nie zrządzenie losu i zapewne dobra promocja wydawców; z drugiej strony – to pisarz w jakiś sposób pretendujący do mainstreamu, znany polityk, autor tłumaczony na wiele języków, nominowany do Nobla itd.

Nie umniejsza zasług i aspiracji autora tematyka „Księgi szeptów”, która streszcza się w próbie przedstawienia historii ludobójstwa Ormian, jednej z największych tragedii XX wieku – jej setna rocznica przypadła na dzień 24 kwietnia 2015 roku. W tym zakresie Vosganian, ekonomista, między innymi wieloletni parlamentarzysta i rumuński minister w latach 2007–2013 odpowiedzialny za finanse, wypowiada się w duchu publicystycznym, aktualnym, niejako zabierając głos w debacie o znaczeniu państw postkomunistycznych w rozwoju Europy, ale także dokładając swój głos w sprawie wielokulturowości Europy. Zainteresowanie tą tematyką dość często daje o sobie znać. W Polsce w ostatnich latach ukazał się między innymi zbiór artykułów pod tytułem „Armenia: kultura współczesna w ujęciu antropologicznym”, którego autorzy są w znacznej części Ormianam, specjalizującymi się w badaniach etnograficznych (zob. L. Abrahamian, K. Siekierski (red.): „Armenia: kultura współczesna w ujęciu antropologicznym”. Przeł. J. Ozimek. Warszawa 2014).

„Księga szeptów” to w takim razie autobiografia o zacięciu publicystycznym; powieść, ale równocześnie esej. Opowieść Vosganiana jest przy tym specyficzna, przede wszystkim ze względu na zróżnicowany charakter; raz przyciąga czytelnika osobistymi zwierzeniami, to znowu – „odpycha”, szczególnie wtedy, gdy przeobraża się w narrację historyczną. Z jednej strony książka jest bardzo często aforystyczna, poetycka, zwraca uwagę nadorganizacją języka, z drugiej strony – w momentach eseistycznych odznacza się przywiązaniem do szczegółów i faktograficznością.

Wygląda to z reguły tak: „Moim pierwszym nauczycielem był stary anioł (...) To od niego dowiedziałem się, że imię do niczego nam nie służy. I żebym nawet swoje imię zapisywał małą literą, jak zapisuje się nazwę drzewa lub dzikiej zwierzyny. Rozmawialiśmy między sobą bez słów i było dobrze, jak wtedy gdy biegniesz boso po trawie. Nie zostawiasz śladów, dlatego bieg przez trawę jest bezgrzeszny” (s. 11). O czym opowiada autor? Czy o swoich pierwszych wspomnieniach? O przeszłości? O magii wpisanej na stałe w odtwarzanie biegu życia? Można by i tak rzec: ten krótki fragment mówi o mało ważnym w gruncie rzeczy oddziaływaniu losów jednostki na losy zbiorowości. Autobiografia jest w związku z tym „odkrywaniem” nieistniejących śladów na trawie, grzechem popełnianym przeciwko pamięci, ale też chęcią wyróżnienia własnej tożsamości.

Na jednym biegunie stylu Vosganiana znajduje się zatem „poetyckość” prozy, na drugim – autobiograficzny szczegół, zainteresowanie przedmiotami, miejscami, postaciami. Nie muszą one, oczywiście, się wykluczać – raczej uzupełniają nawzajem swoje braki. Jak w poniższym fragmencie, charakterystycznym i niezbywalnym dla kształtowania opowieści o sobie: „Fokszany mojego dzieciństwa były miastem o szerokich ulicach i okazałych domach. W miarę jak rosłem, ulice zwężały się, a domy karlały. W rzeczywistości były takie od zawsze, ale moje dziecięce oko nadawało im, skądinąd jak i całemu światu, olbrzymie wymiary tylko dla mnie. Należałoby w posadach chat i we wspornikach przyzb umieszczać, zamiast belek suchego drewna, żywe pnie. W ten sposób chaty rosłyby wraz z ludźmi, świat by nie malał, a czas by się nie kurczył” – tak zaczyna wyznanie rumuński pisarz (s. 11). Chciałoby się dodać – przypominając tytuł książki Douwe Draaismy „Życie płynie szybciej, gdy się starzejemy” – że im jesteśmy starsi, tym świat staje się coraz mniejszy.

Z dużej perspektywy obraz się zmniejsza, aż w końcu może stać się słabo lub prawie wcale niewidoczny. Takimi obrazami, które maleją w oczach, są istotne wydarzenia z historii XX wieku, opisywane przez Vosganiana równolegle do jego własnej biografii.

Nie zabrakło w tej książce nawiązań do drugiej wojny światowej, mimo że sam autor nie może jej pamiętać. To jest, jak wolno sądzić, jeden z kluczy do rozwikłania powiązań pomiędzy literaturami europejskimi – zainteresowanie wojną i sposobami jej opisywania. Wojna – mimo wszystko – jednoczy, chociaż jej doświadczanie i przedstawianie może być jedyne w swoim rodzaju, niewspółbieżne, przeciwstawne. „Wojen” jest tyle samo, ile prób ich reprezentowania.

Doświadczenie wojny – zapośredniczone albo dzięki pamięci wciąż żyjących świadków, albo na zasadzie postpamięci – wydaje się dla mieszkańców Europy czymś uniwersalnym, choć nie można wykluczyć, że stanowi jedynie wygodny, bo dla wszystkich zrozumiały, punkt odniesienia, słowo-klucz. Na przykład trudno wyjaśnić, dlaczego współcześnie żyjący mieszkańcy Europy – a przede wszystkim ci, którzy za wszelką cenę chcą bronić granic przed migrantami – zapomnieli (i to niezwykle szybko!) o własnym pochodzeniu, które przeważnie ma swoje źródła w wędrówkach, tułaczkach i przesiedleniach związanych z wojnami.

Pułapką jest z pewnością chęć zrównania tych wszystkich wojennych przeżyć i ich reprezentacji literackich – nie każda migracja (dobrowolna lub przymusowa) jest taka sama, nie każda ma jednakowe znaczenie, ale każda pozostawia po sobie ślady. „Migracje stanowią jeden z ważniejszych mechanizmów wywołujących zmiany społeczne” – stwierdza Dariusz Niedźwiedzki (D. Niedźwiedzki: „Migracje i tożsamość. Od teorii do analizy przypadku”. Kraków 2010, s. 16). I o tym, między innymi, przypomina Vosganian.

Wracając do powyżej przytoczonego cytatu z „Księgi szeptów”: niekoniecznie imię musi do czegoś służyć; pojedynczy los czy autobiografia nie są gwarantem istnienia jakiejś ponadjednostkowej całości, ogólnodostępnych wartości absolutnych. Czy w związku z tym imię ma znaczenie jedynie dla samego imienia? Opowieść dla opowieści? Autobiografia dla autobiografii?

Jakkolwiek zanegowanie istotności imienia to wyraz nihilizmu: poznanie początku (nadanie imienia) jest mniej ważne, jego odkrycie wcale nie oznacza jednak przybliżenia do poznania prawdy o sobie lub o innych, wręcz przeciwnie – może być nieznośnym ciężarem, utrudniającym swobodne konstruowanie opowieści o życiu, będącej tego życia zarówno treścią, jak i sensem. Dlatego historia (wojny) stoi pod znakiem zapytania – trudno określić jej początek, nie sposób ją uogólnić. Jak pisał Gianni Vattimo, jeden z teoretyków nihilizmu: „Jeśli jednak nie istnieje jednolita, nośna historia, a tylko różne historie, różne poziomy i sposoby rekonstruowania przeszłości w zbiorowej świadomości i wyobraźni, trudno dostrzec, do jakiego stopnia zniesienie historii jako panowanie »różnych historii« nie jest także prawdziwym kresem historii jako takiej” (G. Vattimo: „Koniec nowoczesności”. Przeł. M. Surma-Gawłowska, wstęp A. Zawadzki. Kraków 2006, s. 11).

„Imię do niczego nam nie służy”, stwierdza Vosganian, ale chciałoby się wszak dodać, że to właśnie „nic” wyświadcza przysługę imionom, nadaje im sens. Nic nie bierze się z niczego. Być może gdyby nie przeczucie wszechogarniającej pustki, nikt nie podjąłby trudu (re)konstruowania historii i pisania autobiografii.

Ludzie z naszej ulicy”

Nie sposób oprzeć się pokusie uniwersalizowania empirii i sam Vosganian, na kartach „Księgi szeptów”, niejednokrotnie podsuwa takie obrazy, zdarzenia i postaci, które do szukania wspólnych przeżyć i wspomnień, przede wszystkim narodów zamieszkujących Europę, nakłaniają.

Weźmy choćby taki przykład: kulturę oglądania telewizji. W krajach postsowieckich znana jest jednocząca funkcja telewizyjnego odbiornika, skupiającego wokół siebie rodzinę, sąsiadów, bliższych i dalszych znajomych. W pionierskich czasach tego medium, na przełomie lat 50. i 60., telewizja – przede wszystkim w państwach-satelitach ZSRR – miała moc wspólnototwórczą: „Ludzie z naszej dzielnicy byli biedni. My też nie mieliśmy się czym chwalić, może tylko tym, że moi rodzice byli ludźmi uczonymi, inżynierami. Gazety docierały rzadko, wiadomości poznawałem z kroniki kinowej i z głośnika, żółtego pudła, które brzęczało ze ściany dzienniki wiadomości, muzykę ludową i chóry patriotyczne. Gdy pani Maria, sąsiadka z naprzeciwka, kupiła sobie telewizor, było to wielkim wydarzeniem na naszej ulicy. Telewizor marki Rubin był, jak prawie wszystkie rzeczy w tamtych czasach, rosyjski. Miał ekran wielkości talerza. W ciepłe wieczory pani Maria wystawiała go na podwórze i każdy przynosił sobie z domu krzesło” (s. 13–14).

Doświadczenia i wspomnienia jednostki – dotyczące oglądania telewizji – stają się czymś wspólnym; faktem, który można odnieść do ponadjednostkowej rzeczywistości. I mimo że ulica w Fokszanach końca lat 50. i początku 60. była zapewne na swój sposób oryginalna, barwna i wielokulturowa, co Vosganian dość dokładnie opisuje, to można znaleźć w jej charakterystyce takie cechy, które z powodzeniem mogłyby dotyczyć innych miejsc w Europie, głównie tych zdominowanych przez sowiecki reżim. Oryginalność przeplata się w tym wypadku z uniwersalnością.

Takich kulturowych drobiazgów autor wynajduje znacznie więcej i często wyraźnie podkreśla swoją rolę jako poszukiwacza przeszłości. „Tylko to, co ukryte, jest tak naprawdę warte zobaczenia” – pisze (s. 16). To ważne zdanie, w jakiś sposób poetyckie, ale też wyjaśniające sens tworzenia autobiograficznych narracji. Na tym przecież polega paradoks autobiografii, która z jednej strony opiera się na wynajdywaniu we wspomnieniach czegoś oryginalnego, niezwyczajnego, tajemniczego, a z drugiej strony – samo opowiadanie, odsłanianie, przekazywanie opowieści o sobie stawia pod znakiem zapytania niezwykłość życiorysu, który staje się, w momencie jego ogłoszenia, czymś ogólnodostępnym, powszechnym, zwyczajnym.

I w tym tkwi, tak sądzę, wartość autobiografii Vosganiana, który tak jakby opowiada o sobie, ale nade wszystko dąży do stworzenia powszechnej opowieści o losach rumuńskich Ormian – o wędrówkach będących nieodłączną cechą doli i niedoli Europejczyków. Przykładem modelowym są losy Garabeta Vosganiania, dziadka autora, wspominanego z dużą dozą sympatii i podziwu. Życie Garabeta jest niekończącym się pasmem przemieszczeń, ucieczek, przeprowadzek; jego śmierć, w jednej chwili, wyraża skomplikowany charakter mieszkańca europejskich pograniczy. Na łożu śmierci Garabetowi mieszają się języki – perski, arabski, turecki, ormiański i rosyjski – mówi poniekąd za wszystkich, z którymi się zetknął, za wszystkie miejsca, które widział, ale przecież wciąż są to tylko jego własne przeżycia, jego wspomnienia i krótkie przebłyski pojedynczej pamięci.

Innym, podobnym do oglądania telewizji wydarzeniem autobiograficznym jest mielenie i parzenie kawy, piękna tradycja, która przenosi autora do czasów dzieciństwa. To jeden z tych momentów, kiedy przeszłość spotyka się z teraźniejszością: „Widuję i dziś, pośród snobistycznych kolekcji, podobne młynki, cylindryczne, ze szpiczastym wiekiem, pozłacane, zdobione arabeskami, złożone z innymi przedmiotami, które stały się bezużyteczne, jak na przykład samowary czy żelazka na węgiel. W czasach mojego dzieciństwa młynek był członkiem rodziny” – podkreśla pisarz (s. 19).

Życie wspólnoty mogłoby zatem być czymś, co stanowi o uniwersalnym charakterze narracji rumuńskiego pisarza. „Starcy mojego dzieciństwa pijali kawę około szóstej po południu. (...) Już ceremoniał przyrządzania kierował rozmowę na spokojne tory. Robili sobie trochę miejsca pomiędzy poduszkami. Popijali kawę bez pośpiechu, siorbiąc i mlaskając z zadowoleniem. To była chwila, gdy pomimo tułaczek, krwawych wspomnień i upływającego czasu, świat zdawał się niezmienny i spokojny, a dusze pogodzone ze sobą” (s. 20-21). Czy w każdym zakątku świata pije się kawę tak samo? Jak się ma, niech to będzie kontrastujący przykład, polskie parzenie „zalewajki” w szklance z koszyczkiem do misternego rozcierania prażonych ziaren kawy?

Wszystkie te dość plastyczne i interesujące opisy kultury rumuńskich Ormian są jedynie wstępem do stopniowo odsłanianej dramatycznej historii przodków Vosganiana.

Ormianie mego dzieciństwa”

Autor umiejętnie odsłania kolejne warstwy pamięci, obiera je tak, jak obiera się cebulę – łupina po łupinie, warstwa po warstwie. Łza po łzie – trzeba by dodać. „Ormianie mojego dzieciństwa żyli długo i wszyscy umarli sędziwi” – stwierdza Vosganian (s. 46). Ich życiorysy i opowieści są tymi warstwami obieranej z wolna cebuli.

„Łupinami” są między innymi zdjęcia. Dziadek Varujana, wspomniany wcześniej Garabet, miał w swoim życiu jedną bardzo ważną pasję – fotografowanie. To wątek zasługujący na uwagę, ponieważ fotografia jest niezbywalną częścią autobiografii, a przynajmniej tych osobistych wspomnień, które dotyczą XX i XXI wieku. Oglądanie starych zdjęć jest często przyczynkiem do pisania o swoim życiu albo o życiorysach innych osób. Dziadek Garabet miał swoje ulubione zdjęcie, w kapeluszu i w płaszczu, które zostało umieszczone na jego grobie. Kiedy odwiedzał z rodziną mogiłę dziadka, czuł się tak, jakby to on nie żył, a dziadek – „żył” i szedł ku niemu z tego oprawionego w nagrobną ceramikę zdjęcia (s. 46). Fotografia dziadka, paradoksalnie, ożywia przeszłość i uśmierca teraźniejszość.

Ma to sens w perspektywie ludobójstwa Ormian. To ani nie teraźniejszość, ani nie przyszłość, ale właśnie przeszłość staje się sensem istnienia zagrożonej zagładą wspólnoty. Stare zdjęcia, z początków wieku, bywają jedynym świadectwem istnienia całych rodzin i ich losów. „Ormianie w tamtych latach zabiegali bardzo o to, by się fotografować” – pisze Vosganian (s. 47). W jakimś znaczeniu, utrwalając się na sztywnym papierze fotograficznym, przeczuwali nadchodzące wydarzenia.

Dziadek Garabet próbował zatem przechytrzyć czas, co niezupełnie mu się udało. W ogólnym rozrachunku bowiem to właśnie czas wszystkich przechytrzył. Nawet Vosganian, pisząc „Księgę szeptów”, nie jest w stanie oszukać czasu. To też chyba złudna wartość przypisywana autobiografii, która nie może powstrzymać przed rozpadem.

Żywi i umarli należą do nieba i ziemi”

Vosganian stopniowo odkrywa tajemnice, przedstawia kolejne małe historie swoich przodków, układające się w globalną, uniwersalną historię Europy. „Chociaż księga opowiada najczęściej o przeszłości, nie jest to książka historyczna, bo w nich mówi się przede wszystkim o zwycięzcach; jest ona raczej wyborem psalmów, ponieważ opowiada głównie o pokonanych” (s. 282). Pośród dwunastu rozdziałów „Księgi szeptów” szczególnie dwa („Siedem” oraz „Osiem”) tworzą sedno tej opowieści o wielopokoleniowej tradycji ormiańskiej kultury. Niestety, sednem tym jest dość dokładny opis zaplanowanego przez Turków ludobójstwa ludności ormiańskiej.

Pierwsze porównanie, jakie nasuwa się podczas lektury tej partii książki, to Holokaust. Wygląda to trochę tak, jakby ludobójstwo Ormian było pierwowzorem nazistowskiej zbrodni przeciwko ludzkości.

W roku 1915 (poprzedzonym prześladowaniami, morderstwami i wypędzeniami trwającymi od końca XIX wieku) deportowano około miliona ośmiuset tysięcy Ormian z Imperium Osmańskiego, z czego większość zginęła podczas wędrówki lub została brutalnie zamordowana. Autor ze szczegółami opisuje ich nieszczęście. „Żywi i umarli należą do nieba i ziemi. Tylko konający należą w całości do śmierci” – stwierdza (s. 283). Śmierć – przychodząca pod różnymi postaciami (głodu, choroby, żywiołu, człowieka, broni) jest główną bohaterką tej najbardziej wstrząsającej części „Księgi szeptów”.

Męczarnie ormiańskiej ludności były niewyobrażalne i trudno je powtarzać; jeszcze straszniejsze są okoliczności ich śmierci, ponieważ nie ma ona – w większości przypadków – żadnego sensu. (Czy jakakolwiek śmierć ma sens?) Pędzeni przez pustynie, równiny, góry, rzeki i morza ludzie nie mieli żadnego celu wędrówki. Tworzyli obozy, które albo były przepędzane dalej, albo masowo eksterminowane. Nikt właściwie nie walczył o życie, bo nie miał na to siły. Nie dawano uchodźcom żadnej nadziei – oprócz niekończącego się marszu i nieokreślonego punktu docelowego. Mordowano głównie kobiety i dzieci.

Nigdzie nie zostało to jednoznacznie ujęte, ale groza tej sytuacji była być może (jeśli wolno czynić takie porównania) większa aniżeli groza obozów i łagrów. Vosganian tłumaczy dlaczego: ponieważ ofiary były bezimienne, nieoznaczone. O ofiarach Holokaustu pamiętamy ze względu na makabryczny szczegół – obozowe tatuaże z numerami (s. 303). Podobieństw jest mimo to dużo: egzekucje, tworzenie obozów, masowe mogiły, nienawiść ludności miejscowej, przepędzającej uciekinierów, ale też – co warto zawsze podkreślać – przejawy empatii i chęć pomocy, wprawdzie niewystarczającej wobec rozmiaru tragedii, ale przez to nie mniej ważnej.

„Ormiańska Zagłada” była zatem okropnym preludium to największych tragedii Europy XX wieku – i to jest kolejny wspólny punkt, uniwersalistyczny wątek twórczości rumuńsko-ormiańskiego pisarza. „Obóz stawał się coraz bardziej zatłoczony i coraz trudniej było go opanować, mniej ze względu na ludzi, raczej z powodu tego, co spadało na nich lub co oni powodowali, a mianowicie choroby i wyziewy. A że władze w stolicy Imperium pragnęły szybkiego i ostatecznego rozwiązania kwestii ormiańskiej, Deir ez-Zor przemienił się z miejsca docelowego w stację tranzytu. Nie był to jednak tranzyt pomiędzy dwoma obozami, lecz tranzyt między dwoma światami” (s. 312). Vosganian chyba świadomie używa terminu „ostateczne rozwiązanie kwestii ormiańskiej” w odniesieniu do wydarzeń z 1915 roku, które w makabryczny sposób przepowiadają możliwość zaistnienia Holokaustu.

Tego rodzaju tragedie, niestety, powinny jednoczyć, stwarzać przestrzeń do wspólnej debaty, do wyciągania ważnych dla wspólnoty wniosków – opowieści o Europie mają w sobie tę wspólną cechę, którą jest potrzeba rozpamiętywania przeszłości, przede wszystkim wojen, przymusowych migracji i śmierci. Czy ten trend będzie się zmieniał wśród najmłodszych pokoleń autorek i autorów?

Zakończenie

Gdyby w najbliższych latach Nobla dostał właśnie Varujan Vosganian, to rumuńska kultura zyskałaby kolejnego szeroko uznanego przedstawiciela – i zdecydowanie zwiększyłaby swoje notowania, ogólnie rzecz ujmując, na globalnych „rynkach”. Wydana po polsku w Książkowych Klimatach powieść „Księga szeptów” została wsparta finansowo przez Instytut Rumuński w Bukareszcie, co też świadczy o celowym promowaniu kultury przez rząd rumuński. I przy okazji przekonuje, że literatura jednak ma wpływ na rzeczywistość.

Można by się w związku z tym zastanowić, czy jest to swego rodzaju moda na literaturę pochodzącą z krańca mapy (wtedy byłby to swoisty „orientalizm”, snobizm zachodnich Europejczyków, wewnętrzne „kolonizowanie”), czy może – inaczej rzecz ujmując – każda literatura, jeśli tylko trzyma odpowiedni poziom i jest wsparta odpowiednimi działaniami promocyjnymi, przyczynia się do zwrócenia uwagi odbiorców na daną część świata? W Polsce tak się stało choćby w przypadku Andrzeja Stasiuka, którego „Jadąc do Babadag” – powieść podróżnicza w dużej części poświęcona rumuńskim krajobrazom i historii bałkańskiej części Europy – znalazła pozytywny oddźwięk zarówno publiczności literackiej, jak i profesjonalnych krytyków.

Vosganian to nade wszystko pisarz „europeistyczny”, to znaczy zainteresowany tematyką związaną z polityką, historią i kulturą kontynentu, a jednocześnie – swoim życiorysem i twórczością – potwierdzający multikulturalizm tradycji europejskiej. Polskim partnerem dla niego mógłby być wspomniany powyżej Stasiuk, choćby ze względu na bliskość generacyjną, podobne doświadczenia, podobne opowieści (o wojnie, o migracjach, o życiu we wspólnocie) zapośredniczone przez pamięć starszych pokoleń.

Czytając „Księgę szeptów”, można przeto rozważać współczesne Europie zagadnienia, jak zjednoczenie Rumunii i Mołdawii, o którym Krzysztof Kolanowski pisał na łamach „Nowej Europy Wschodniej” tak: „Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku wariant zjednoczenia był uznawany za całkiem prawdopodobny w najbliższej przyszłości. Dziś – już nie” (K. Kolanowski: „Co z tym zjednoczeniem?”. „Nowa Europa Wschodnia” 2015, nr 1, s. 83). Ta powieść może mieć również szerszy zakres oddziaływania i pobudzać do innych dyskusji, choćby – niech to będzie najbliższy polskiej kulturze i literaturze przykład – dotyczących problematyki Ziem Zachodnich z jednej strony, a także wątków związanych z Kresami Wschodnimi – z drugiej.

Idąc jeszcze dalej: „Księga szeptów” to tekst, o którego wadze i aktualności świadczy nie tylko historia europejskich migracji, ale również najnowsze wydarzenia na Starym Kontynencie, kształtowanym przez kolejne fale – odpływów i przypływów – migrantów.

Wszelkie „pograniczne” motywy są zatem sednem autobiograficznych opowieści rumuńsko-ormiańskiego pisarza i mogą być inspiracją do szeroko zakrojonych dyskusji na temat kultury Europy. Sam autor jest jednakowoż „kulturowym optymistą”. W wywiadzie „Połowa narodu”, udzielonym Tomaszowi Pstrągowskiemu dla „Książek WP”, mówił z przekonaniem: „Kultura jest potężniejsza niż wszystko. Tylko dzięki kulturze możemy zwyciężyć nie pozostawiając po sobie pokonanych. Tylko dzięki kulturze możemy podbijać nie pozostawiając po sobie poniżonych. Kultura to szansa dla człowieczeństwa”.

Bez tej szansy trudno wyobrazić sobie przyszłość Europy.



Czytaj inne teksty z cyklu Wokół. Literatura Europy Środkowej:

Sandra Trela: Trzy końce bez końca. Węgierska melancholia

Sławomir Iwasiów: 'Jadę z rosyjskiej niewoli, nie rozumiecie?' Wojna, pamięć i losy kobiet w powieści Pavola Rankova 'Matki'

Klaudia Muca: Historia z ludzką twarzą (Pavol Rankov: 'Zdarzyło się pierwszego września')

Sara Nowicka: Odkąd coś istnieje, odtąd tego nie ma (Laszlo Darvasi: 'Kwiatożercy')
Varujan Vosganian: „Księga szeptów”. Tłum. Joanna Kornaś-Warwas. Książkowe Klimaty. Wrocław 2015 [Seria Rumuńskie Klimaty].