Wydanie bieżące

1 października 19 (283) / 2015

Mateusz Dworek,

ZACZĄĆ OD NOWA (JAKOBE MANSZTAJN: 'STUDIUM PRZYPADKU')

A A A
Poruszyły mnie „Odwiedziny”:

Któregoś dnia odwiedzili nas znajomi

przyszli z czekoladą i butelką wina –

nie mogliśmy ich nie przyjąć, nie mogliśmy

nie spojrzeć im głęboko w oczy, mówiąc:



przyszliście w taką pogodę, a my nie mamy

nawet szarlotki, pogoda tego dnia istotnie

była jak kamień młyński u szyi, cały poranek

spędziliśmy w łóżku, całe popołudniu



spędziliśmy w łóżku, ale nie mogliśmy

ich nie przyjąć i nie powiedzieć, przyszliście,

choć właśnie umarł nam synek, wprawdzie

na wino był za mały, za to uwielbiał czekoladę.

Bohaterem tomiku jest tylko pośrednio zmarły przyjaciel, którego w książce nazywa się synkiem. I to wcale nie śmierć, bolesna, ciągle zadzierająca, nawołującą i powracająca w codziennym rytmie, to wcale nie ona jest tutaj podmiotem. Mansztajn raczej opisuje, to czego brakuje, to czego nie potrafimy poniekąd nazwać. Mylimy pustkę po stracie z nostalgią, żalem, czasem i tanim sentymentalizmem. A tu chodzi o to, że ktoś nam coś z życia wyniósł, skradł część samego siebie. W wierszu „Pękanie”, to właśnie „gdyż w pokoju / obok właśnie sunek nam doumarł, słowem / nim się w zdanie zebraliśmy, było już / za późno, serce jak butelka pękło, bęc”. Nie znajdziemy w „Studium” patosu, prędzej pojawi się „jego ciało / na chodniku jeszcze krzywo leży cicho i krew / w nim jak bolid kończy właśnie finałową rundkę”. I nie ma mowy o jakimś zapomnieniu, o odstawieniu wspomnienia „na później”, na bok, schowania do szafy. Mnóstwo odniesień do emblematów, które tylko pozornie porządkują obraz („Kurt po raz pierwszy spotyka Courtney”). Wszystkie próby zamazania kończą się tak jak w utworze „Zapijawszy”:

choćbyś szóstą ogóreczkiem zagryzł

rzeczom na półeczkach nie przywrócisz

kształtu. Czarna folia, środek nocy, tylko

morda twoja w ziemi czysta jak wódeczka

Nie da się straty skatalogować. Podzielić to co było wspólne na moje i nie moje. Ciągle pojawiają się nowe obrazy, perspektywy. Nie da się „zacząć od nowa”. Mansztajn pyta „do kogo należą / wspólne książki, wspólne płyty / wspólne życie?”. Odpowiedzi nie ma i nie będzie, ale te pytania nigdy nie przestaną być aktualne, bo przecież „nie ma stąd wyjścia”.

Mansztajn pisze najprościej, jak się da. Nie kryje, nie robi uników, nie ucieka pod/nad pozy. Jeśli płacze, to widać łzy, jeśli się śmieje to nie kwaśnym, szyderczym grymasem, tylko szczerze od ucha do ucha. Bawią go i przerażają obserwacje innych ludzi. Boi się gestów, bo wie jak bardzo intencjonalne i nieprzewidywalne mogą być. Boi się wypowiadanych słów, bo wie że nie stoją za nimi żadne gwarancje. Ucieka od wartości, zdając sobie świadomość z ich postępującej dezaktualizacji.

Kokietuje małe i duże gesty. Detronizuje tak bardzo popularny zdrowy rozsądek, buntuje się przeciwko tyranii przyzwyczajeń i powtarzanie wyuczonych fraz bez opamiętania. Punktuje wchodzenie w czyjeś buty, chwilowość , trywialność relacji międzyludzkich, banalizację bliskości na rzecz bezpiecznego dystansu, jakże dzisiaj popularnego (wiersz „Lorelei”).

Obliguje do przypominania o sobie zdarzeń i osób, o których dawno byśmy chcieli zapomnieć. Odkurza fakty, które zatarły się, którym nadaliśmy inne znaczenia. Wreszcie, wyciąga na wierzch spory, które już chcieliśmy skatalogować i bezpiecznie odłożyć, te których znaczenie uprościliśmy.

Nie ma happy endu. Jest „melanchujnia”, „dawno po imprezie”. Nie ma żadnej nadziei, właśnie „wpół pęka słońce”. Koniec jest histeryczny, „noc jest głęboka i ciągnie się jak bergmann”.

A może łatwiej byłoby zamknąć książkę?
Jakobe Mansztajn: „Studium przypadku”. Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Poznań 2014.