Wydanie bieżące

1 października 19 (283) / 2015

Maja Baczyńska, Michał Woźniak,

LICZY SIĘ ZAMYSŁ REŻYSERA

A A A
Maja Baczyńska: W tym roku można Cię było zobaczyć na Plenerach FilmSpringOpen 2015. Czy poszukiwałeś nowych pomysłów, projektów, inspiracji?

Michał Woźniak: Chciałem tu przyjechać, bo są tu kapitalne wykłady na tematy filmowe, o których czasem nie mam pojęcia. I zakładałem, że jeśli się przy okazji uda napisać muzykę do czyjegoś filmu, to świetnie. Zdawałem sobie jednak sprawę, że siłą rzeczy dużo projektów się tu zaczyna, a mniej kończy. Miałem jednak nadzieję, że któreś z nich dojdą do etapu, w którym komponuje się muzykę do filmu.

M.B.: Ale dla ciebie to też było wyzwanie, bo w razie czego muzykę musiałbyś napisać w bardzo krótkim czasie.

M.W.: No tak, ale ja pracuję dość szybko. Wiadomo, że stworzyłbym na FilmSpringOpen raczej komputerowy szkic muzyki (podobnie jak i film byłby jeszcze na etapie pewnego szkicowania), bo nie ma tu pełnego procesu produkcyjnego wraz z nagraniami itd.

M.B.: Na FilmSpringOpen odbywa się sporo projekcji. Czy oglądając jakiś film po raz pierwszy, od razu oceniasz i analizujesz też warstwę muzyczną?

M.W.: Staram się każdy film oglądać jak zwykły widz, nie lubię myśleć o muzyce, widząc film po raz pierwszy.

M.B.: A jak to jest usłyszeć swoją własną muzykę w kinie? Jesteś wobec siebie krytyczny czy też dominuje w Tobie uczucie satysfakcji?

M.W.: Nigdy nie jestem usatysfakcjonowany na sto procent. Chociażby dlatego, że nie w każdej sali projekcyjnej mam sterylne warunki odsłuchowe.

M.B.: Z wykształcenia jesteś altowiolistą. W którym momencie Twojego życia pojawiła się kompozycja?

M.W.: O kompozycji zacząłem myśleć w szkole podstawowej. Mam nawet notatki w pamiętniku z tamtych lat. Odwiedził nas profesor Marek Chołoniewski, który wykłada kompozycję współczesną w Akademii Muzycznej w Krakowie, przywiózł sporo sprzętu komputerowego do tworzenia muzyki elektronicznej. I to był dla mnie taki pierwszy impuls. Choć na studiach jeszcze grałem na altówce. Ale takie doświadczenie bardzo się przydaje, można przyjrzeć się utworowi tak jakby “od środka”, zwłaszcza podczas grania w orkiestrze - to bardzo pomaga potem w pisaniu muzyki.

M.B.: Masz również doświadczenie jako realizator dźwięku.

M.W.: I to jest nie do przecenienia. W pewnym momencie światy kompozycji i reżyserii dźwięku się krzyżują. Dzięki temu mogę pracować nad finalnym brzmieniem mojej własnej muzyki. Aczkolwiek rozważam w przyszłości zaproszenie jakiegoś dodatkowego, zaufanego realizatora do współpracy – zawsze to druga para uszu, ktoś, kto ma do materiału dystans.

M.B.: Na stałe jesteś też związany ze stacją radiową RMF Classic. Można na jej antenie usłyszeć Twoją muzykę?

M.W.: W RMF Classic pracuję już od dziesięciu lat. Co jakiś czas emitowane są utwory z mojej ścieżki muzycznej do filmu „Pani z przedszkola”. No i wszystkie jingle radiowe są moje. A za muzykę do „Pani z Przedszkola” moja macierzysta stacja postanowiła mnie w zeszłym roku nominować do nagrody MocArta, co było niezwykle miłe.

M.B.: No właśnie, napisałeś muzykę do dwóch polskich filmów kinowych: „Obława” i „Pani z przedszkola”. Jak doszło do współpracy przy tych projektach?

M.W.: Z reżyserem Marcinem Krzyształowiczem znamy się od dawna, a poznaliśmy się – jak to zwykle bywa – przez znajomego, który mnie polecił. Zaczęliśmy od etiud filmowych, następnie przyszedł czas na szalony western „Eukaliptus”, który był również filmem kinowym. Sporo wspólnych projektów już za nami.

M.B.: „Obława” to film o tematyce wojennej, jednocześnie wcale nie ogląda się go jak film wojenny. To kino bardzo kameralne. Czy było to dla Ciebie wyzwanie – stworzyć muzykę do filmu o wojnie, ale równocześnie subtelnego, jeśli chodzi o prowadzenie akcji?

M.W.: Właściwie to w „Obławie” muzyki jest niewiele, bo taki był zamysł reżysera, a ja się zazwyczaj poddaję reżyserowi, bo zdaję sobie sprawę, że wie o opowieści znacznie więcej niż ja i ma swoją określoną koncepcję.

M.B.: „Pani z przedszkola” to zupełnie inne kino. Pokazuje Cię od całkiem innej, muzycznej strony – dla kompozytora w branży filmowej to chyba idealna sytuacja?

M.W.: Tak, bardzo lubię różnorodność stylistyczną. W „Pani z przedszkola” było sporo pastiszu i tu z kolei muzyki musiałem napisać naprawdę dużo, bo wyszła z tego ponad godzinna płyta. To zawsze spore wyzwanie dla kompozytora. Prawie pięćdziesięciu muzyków brało udział w nagraniach, mieliśmy do dyspozycji orkiestrę smyczkową Aukso, a muzykę nagrywaliśmy częściowo w Alvernia Studios.

M.B.: Czy jest jakiś gatunek filmowy, o którym marzysz?

M.W.: Niedoścignionym marzeniem jest oczywiście Hollywood, a póki co, zdaję się na to, co przyniesie życie. W każdym projekcie staram się dawać z siebie wszystko i mam nadzieję, że będzie to przynosić coraz ciekawsze wyzwania.

M.B.: Co nie zawsze jest łatwe. Zdarzyło się kiedyś przy rozdaniu Polskich Nagród Filmowych „Orły”, że w kategorii muzyki filmowej nominowano kilku kompozytorów już nieżyjących, których oryginalną muzykę wykorzystano w filmie, mimo że pierwotnie nie była do tego przeznaczona.

M.W.: Tak, jeden z kompozytorów ze środowiska wystosował nawet list otwarty w tej kwestii. Nagroda za muzykę do filmu ma być nagrodą za muzykę do filmu. Jeśli powstała dwadzieścia lat przed filmem, to nią nie jest. Równie dobrze można by dać nagrodę temu, który robi opracowanie muzyczne w danym projekcie. Na szczęście świadomość roli kompozytora muzyki filmowej powoli zaczyna się zmieniać.
Fot. Łukasz Marek Łuszczek.