Wydanie bieżące

15 października 20 (284) / 2015

Dominik Szcześniak,

LEX LUTHOR, NASZ BOHATER (LUTHOR)

A A A
Przez lata Lex Luthor ewoluował. Z prostackiego rzezimieszka, którego jedynym celem było uprzykrzanie życia Supermanowi, stał się geniuszem zła oraz przenikliwym idealistą, polegającym na wyrachowaniu i sile intelektu. Wraz z rozwojem tej postaci wzrósł poziom historii publikowanych na łamach komiksów z udziałem Człowieka ze Stali. Podczas gdy psychologiczny rys głównego bohatera właściwie nie ulegał zmianie (harcerzyk stojący na straży amerykańskich wartości), charyzmatyczny adwersarz systematycznie przymierzał się do przekierowania uwagi czytelników na swoją nieskromną osobę. Aż w końcu, dzięki pomocy Briana Azzarello i Lee Bermejo, skradł Kryptończykowi show.

Intencje scenarzysty zasygnalizowane są już na okładce polskiego wydania albumu: Lex – uśmiechnięty, wzbudzający zaufanie dżentelmen kontra demoniczny Superman z rozżarzonymi oczami i w przerażającej pozycji bojowej. W pierwszych scenach recenzowanego komiksu to Luthor jest superherosem: zawsze skorym do pomocy, bratającym się z podwładnymi znacznie niższego szczebla i zatroskanym o los ludzkości. Natomiast latający trykociarz jest złem wcielonym, bo niepoznanym, nieobliczalnym i niebezpiecznym. Z prowadzonej przez tytułowego bohatera narracji wyłania się jego własna, oparta na uprzedzeniach wizja świata. „Wszyscy ludzie są równi. Wszyscy ludzie. A ty nie jesteś człowiekiem” – nic dziwnego, że przy takim podejściu biznesmen z Metropolis przygotowuje się do odparcia spodziewanego ataku ze strony kosmity z literą „S” na piersi. Jednak relacja pomiędzy „dobrym” L.L. a „złym” Supermanem w zręcznych dialogach scenarzysty „100 naboi” szybko nabiera dodatkowych znaczeń. Sprawiedliwość i prawda stają się pustymi słowami, a dobro – pojęciem względnym.

W „Luthorze” Azzarello przeżywa absolutny rozkwit formy. Już samo założenie – oparte na próbie udzielenia odpowiedzi na pytanie: „Co by było, gdyby Luthorem kierowało nie przyziemne zło, a przepełnione altruizmem dobro?” – jest interesujące, innowacyjne oraz bezbłędnie zrealizowane. Od ujmujących, nakreślających psychologię postaci pierwszych scen (strasznie długich i bogatych w detale), aż po finał, w którym metaforycznie ujmowana nadzieja umiera jako jedna z pierwszych – w każdym z elementów Amerykanin zdaje się pracować według jakiegoś matematycznie opracowanego planu. Jego efektem jest również ciąg fantastycznie napisanych dialogów oraz – co być może stanowi największą wartość komiksu – idealnie rozpisani bohaterowie. Azzarello to reżyser tego albumu. Człowiek, który porozstawiał wymyślone przez siebie postaci na scenie i powiedział im, co mają robić. Jednym dał do dyspozycji przejmujący monodram, innym przyporządkował tylko jedno, ale równie emocjonujące zdanie.

W początkowych scenach do gabinetu Lexa Luthora wkracza jego asystentka, Mona –żywiołowa, energiczna, z rozwianymi włosami. Tak Bermejo będzie ją rysował aż do końca opowieści. Jego prace są konsekwentnie dynamiczne, a każda postać, mimo że wymyślona lata temu, sprawia wrażenie, jakby to właśnie tutaj została zaprojektowana. Rysownik po mistrzowsku poradził sobie z zadaniem, fenomenalnie opracowując nie tylko pierwszy plan, ale i skupiając uwagę na drugim.

Poprzedni album duetu Azzarello/Bermejo – „Joker” – był świetny. A „Luthor” ten świetny komiks bije na głowę. Jest jeszcze bardziej brutalny i bezwzględny. Znacznie lepiej napisany i o niebo piękniej narysowany. Redefiniuje mit największego amerykańskiego herosa i daje odpowiedź na pytanie, dlaczego Supermanowi potrzebny jest Lex Luthor. To zdecydowanie jedna z najważniejszych historii o Człowieku ze Stali spośród wszystkich, które ukazały się w ostatnich latach w Polsce.
Brian Azzarello, Lee Bermejo, Dave Stewart, José Villarrubia: Luthor” (Absolute Luthor”). Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2015.