Wydanie bieżące

15 października 20 (284) / 2015

Anna Zagórska,

SZEŚĆDZIESIĘCIOLETNIA NOWOŚĆ (MAREK HŁASKO: 'WILK')

A A A
1.

„Wilk” nie jest po prostu kolejną nowością tej jesieni. To nie jest jedna z wielu książek, łatwa do przeoczenia w księgarni czy przegapienia w dziale recenzji. Wyjątkowość „Wilka” nie wynika jednak z miar, jakie zazwyczaj dotyczą powieściowych bestsellerów czy dzieł uznawanych za wybitne. O fabule „Wilka” nawet autor posłowia wyraża się z rezerwą. Z podobnym dystansem traktuje literackie rzemiosło autora tej książki. W tym miejscu – na prawach koniecznego wtrącenia – trzeba jednak dodać, że w posłowiu, poza słusznymi słowami ostrożnej krytyki, znajdziemy też sporo ciepłych i pozytywnych uwag oraz podsumowań: „Nawet przydługie opisy krajobrazów czy przemyśleń głównego bohatera przekazane są w sposób wartki, barwny i niezwykle bogaty – zwłaszcza gdy obfitują w wulgaryzmy. I choć narracja bywa momentami zmanierowana, naiwna i nieskładna, nie przeszkadza to w odbiorze powieści. W swym ogólnym kształcie »Wilk« jest utworem bardzo dobrym. Nie wybitnym, lecz z pewnością godnym uwagi” (s. 350).

Wulgaryzmy, o których wspomina Radosław Młynarczyk, komentując „Wilka”, na pewno elektryzują, niemniej i nie one są języczkiem u wagi, przechylającym szalę zainteresowania „Wilkiem” w stronę wydarzenia literackiego, komentowanego w prasie, telewizji, w sieci. Sedno wyjątkowości „Wilka” tkwi bowiem gdzie indziej. Wyróżniają go dwie kwestie, które zazwyczaj nie bywają siłą napędową, ale wielkim hamulcem dla powieści. „Wilka” zaliczyć można do juweniliów – to powieść napisana przez dziewiętnastolatka, na dodatek o czasach, których nie mógł pamiętać – a historia powstawania książki wiąże się przede wszystkim z niewywiązaniem się z wydawniczych umów, zaliczką przedwcześnie wypłaconą autorowi. To nie brzmi jak zachęta, jak dobra reklama dla powieści. Za tymi historiami kryje się jednak nazwisko, które w polskiej prozie powojennej zmienia wszystko. Nazwisko, które sprawia, że „Wilk” nigdy nie będzie traktowany jedna z wielu powieści. Marek Hłasko. 19-letni Marek Hłasko, autor nareszcie – po ponad sześćdziesięciu laty – opublikowanego „Wilka”.

2.

Młynarczyk pisze, że wydanie tej powieści jest dopełnieniem umowy, jaką Hłasko zawarł z Iskrami w 1954 roku (por. s. 351). „Wilk” jest więc szczególnym, spóźnionym o ponad 60 lat, dopełnieniem zobowiązania, a dzięki tej sporej retardacji staje się także niezwykłym prezentem dla czytelników oraz polskiej literatury. Można wręcz rzec, że historia z „Wilkiem” wydaje się do tego stopnia abstrakcyjna, niemalże filmowa, że aż niemożliwa, nieprawdziwa. Rzadko – jako czytelnicy – mamy możliwość obcować z taką wydawniczą nowością-nienowością. Nie może więc zaskakiwać zainteresowanie, jakie – słusznie, jak się wydaje – budzi wcześniej niepublikowana, młodzieńcza powieść autora „Pierwszego kroku w chmurach”. Intensywne, barwne i zbyt krótkie życie Marka Hłaski, doprawione doświadczeniami lat młodzieńczych i sławą lat późniejszych, sprawia, że autor „Następnego do raju” funkcjonuje nie wyłącznie jako pisarz, poczytny autor, ale i wytwór popkultury, jej ikona. Wystarczy przypomnieć, że fotografia nonszalanckiego Hłaski popalającego papierosa znalazła się na T-shirtach sprzedawanych zarówno przez sklepy z modą męską Bytom, jak i na koszulkach promujących Instytut Książki. Mając na uwadze te wszystkie zależności, stwierdzić trzeba, że „Wilk” nie mógł przejść bez echa.

3.

Nie mógł, ale i nie powinien. To powieść napisana przez nastolatka, ale język – który zawsze wyróżniał Hłaskę – nie jest już nastoletni. To mowa spisywana na gorąco, żywa, barwna, ale oddawana z dojrzałym, dociekliwym spojrzeniem. Wydaje się, że właśnie język stanowi jeden z mocniejszych punktów „Wilka”. Jest jego siłą napędową (zauważył to i wynotował w posłowiu także Młynarczyk). To język ulicy, pełen niedoskonałości, podatny na zniekształcenia. Te zapiski czyta się wieloma zmysłami, jakby nie tylko oczy, ale i uszy chłonęły opowiadaną historię.

Z drugiej strony „Wilk” to próba stworzenia panoramy środowiska marginesu, mikrorzeczywistości lumpenproletariatu – świata, który zawsze pociągał Hłaskę, stanowił znaczące tło jego twórczości. Te obrazki – gorzkie, mocne, pozbawione lukrowania, ten brutalny krajobraz odmalowany bez szminki, pociąga, sprawia, że od „Wilka” trudno się oderwać. Nawet jeśli potknięcia narratora, jego ton czy maniera, nieraz mogą razić. Opowiadana w „Wilku” historia Ryśka Lewandowskiego mocno współgra z dobrze ugruntowanym i rozpowszechnionym w dwudziestoleciu międzywojennym modelem powieści środowiskowej. Klimaty znane polskiemu czytelnikowi z powieści Gojawiczyńskiej, Worcella, Uniłowskiego, z książek pogranicza prawa i bezprawia, jakie zostawił Sergiusz Piasecki, stanowią dla młodego, początkującego pisarza Hłaski istotną matrycę.

4.

Historia opowiadana przeze Marka Hłaskę nie jest wybitna. Romans z komunistyczną ideologią, któremu poddaje się główny bohater, wydaje się dobrze umotywowany (środowiskowo, ale i jednostkowo), lecz wciąż może nieco razić dzisiejszego czytelnika. Warto nadmienić, że ideologiczny wydźwięk książki, jej powiązania z poetyką socrealistyczną, również przyczyniły się do zepchnięcia „Wilka” w wydawniczy niebyt. Niektóre z przypadków, które spotykają Lewandowszczaka w jego marnym, marymonckim żywocie, trącą przewidywalnością, tendencyjnością, niepotrzebną ckliwością (np. historia z poszukiwaniem butów dla umierającego kolegi). Inne mocno zarysowują nie tylko fabułę, motywując rozwój dalszych wydatków, ale i pozostają w pamięci niczym jątrząca się rana.

5.

Marek Hłasko umiejscawia akcję „Wilka” na warszawskim Marymoncie. Za jedną z piękniejszych polskich nazw nadawanych miejskim dzielnicom („Marymont” oznacza górę Marii; teren, który na letnią rezydencję upatrzyła sobie Marysieńka Sobieska) kryje się ponury, szary i przytłaczający świat. Mikrorzeczywistość, którą tworzą liche marymonckie zabudowania, te Cygańskie Budy, w których na gruźlicę umiera Henek, ówczesne slumsy przepełnione fetorem, błotem i dziećmi marzącymi o jednej, jedynej parze butów, poznajemy wraz z dorastającym na czytelniczych oczach Ryśkiem. Upływ czasu nie zbliża jednak Ryśkowego Marymontu do wygód XX-wiecznej cywilizacji (z przypisów i fabularnego tła wyczytać możemy, że jedyne, do czego Marymont z „Wilka” się zbliża – choć bohaterom wydaje się, że gorzej na Marymoncie już być nie może – to wojenna hekatomba lat 1939-1945).

6.

Świat, do którego uchyla drzwi Marek Hłasko, nie przymila się do czytelnika. To bezwzględna rzeczywistość, która nie wybacza, nie wspiera i nie daje nadziei. Warto zestawić ten miejski krajobraz nie tylko z powieścią środowiskową dwudziestolecia (do czego słusznie odwołuje się Młynarczyk w posłowiu), ale i powieściami doby późniejszej, współczesnej – miejskimi opowieściami powstałymi dziesięciolecia po napisaniu przez Hłaskę „Wilka”. Najnowsze polskie historie z miastem tle mają bowiem wiele wspólnego z krajobrazem, jaki zarysował autor „Sonaty marymonckiej” w omawianej książce (notabene, „Wilk” miał być prozatorskim wyprowadzeniem dziejów głównego bohatera „Sonaty”). Klimat przedwojennego Marymontu, którego granice wydają się być jednocześnie granicami świata Ryśka Lewandowskiego, przypomina (zachowując oczywiście odpowiednią skalę) swoją beznadzieją, marazmem i zgodą na pospolite zło szare blokowiska odmalowywane przez Dorotę Masłowską, Sławomira Shutego i Andrzeja Wasilewskiego czy małomiasteczkową aurę z powieści Jarosława Maślanka. Powieściowy klimat, którego niezwykle istotnym budulcem staje się język: niedoskonała mowa ulicy, wulgaryzmy i potocyzmy, wyczulenie na wszelkie poszumy, chodnikowe świsty, także i dla wspomnianych autorów najnowszej prozy jest niezwykle ważny. Hłasko i jego „Wilk” – wyjęci (autor i jego dzieło) więc z własnego czasu – stają się literackim pomostem pomiędzy powieścią środowiskową dwudziestolecia międzywojennego a współczesnymi realizacjami inspirowanymi tym modelem pisarstwa (porównanie i zespolenie nie jest bezzasadne, na żywotność wspomnianej tradycji powołują się badacze najnowszej prozy polskiej, choćby Izabella Adamczewska).

Rysiek bez wątpienia kształtowany jest przez środowisko i moment historyczny, w którym się znajduje. Jego szkolne epizody wyznacza próżniacze przesiadywanie w domu zimową porą (nie ma butów, nie może więc chodzić do szkoły), niezrozumienie nauczycieli, którzy pochodzą z innych dzielnic, więc jakby innych światów, i ogólnomarymoncka niechęć do systematycznego wysiłku umysłowego, który z założenia nie przynosi pociechy ani ulgi w głodnym życiu (czego przykładem Henek i jego marzenia o edukacji, które rozbijają się o gruźlicę). Wczesna dorosłość Lewandowskiego, której towarzyszy narrator, to pasmo upokarzających zajęć, którymi para się Rysiek nie z moralnego wyrachowania, ale przejmującej biedy (jest „wysiudajką” – chłopakiem od bicia, który przepędza małoletnich sprzedawców gazet, często ubogich jak on sam).

7.

Dzieje Ryśka Lewandowskiego – sposób ich kreacji oraz prezentacji – wpisują się także w model literackiego flâneura. Lewandowczak to oczywiście szczególny przypadek flâneura, swoisty flâneur na opak. Jego wędrówki po Marymoncie (oraz nieliczne wyprawy – to chyba najwłaściwsze określenie, mając na uwadze skromną odzież i brak obuwia – poza granice dzielnicy) stają się przyczynkiem snutych przez Ryśka przemyśleń. Nie są to ciepłe myśli, raczej pełne wyrzutów, poczucia niesprawiedliwości. Rysiek działa w świecie, w którym ewentualne możliwości i wszechobecne przekleństwa rozdziela siła wyższa, a człowiekowi trudno wyrwać się z narzuconych ograniczeń. Wydaje się, że gniew aż w nim kipi, niewiele brakuje, by młody Lewandowszczak zaczął wprowadzać swe butne myśli w czyn, bo preteksty czają się nawet w ludzkich cieniach: „I zapragnął nagle wyrwać jakiś kamień spod nóg i wyrżnąć w tamtą mordę lśniącą pijanym zachwytem. Za to, że tamten cień jest wesoły i posuwisty, a mój nawet chwiać się nie chce. I odwrócił głowę, bo już patrzeć nie mógł na tamtych” (s. 158).

8.

Życie Lewandowskiego, podobnie jak jego myśli, wyróżnia nieustanny ruch. Można nawet zasugerować stwierdzenie, że to właśnie ruch jest słowem-kluczem całej powieści. Kolejne przygody Ryśka (nieraz chciałoby się dodać: awanturnicze przygody, mając na uwadze całą moc tego określenia) wydają się kierowane bezustanną potrzebą ruchu. Jak gdyby ruch miał przezwyciężyć marazm i atrofię woli w jakiej pogrążył się przedwojenny Marymont. Koleje losu Lewandowszczaka – „Wilk” zdaje się być przewrotnym Bildungsroman – wyznaczają jego nerwowe przechadzki po dzielnicy, odwiedziny u umierającego na gruźlicę kolegi, wypady poza Marymont, w końcu przejście przez bramę strajkującej fabryki. Niespokojnym, pozbawionym obuwia, co niezwykle istotne dla fabuły, nogom Ryśka towarzyszy więc równie niespokojna głowa. Co więcej, wydaje się, że potok myśli – gwałtownych, brutalnych, ordynarnych – nieraz napędza właśnie pośpieszne przemykanie marymonckimi zaułkami.

9.

„Wilka” Marka Hłaski, wydanego właśnie teraz – w połowie drugiego dziesięciolecia XXI w. – ze świadomością zarówno podążającej za nim legendy, jak i obciążenia fabularno-warsztatowego, nie można pominąć. To książka, o której jest i będzie głośno. Książka-paradoks, bo żyje więcej legendą, niż broni się samą treścią. Niemniej nie sposób przejść obok „Wilka” obojętnie. Co więcej – nie warto. Nie warto odkładać tej książki nieprzeczytaną. Brak lektury byłby niewdzięcznością w stosunku do utworu, który naczekał się na czytelników już ponad 60 lat. Nie dajmy więc „Wilkowi” dłużej czekać.
Marek Hłasko: „Wilk”. Oprac. i przygot. do druku R. Młynarczyk. Wydawnictwo Iskry. Warszawa 2015.