Wydanie bieżące

15 października 20 (284) / 2015

Kamila Czaja,

HAWAJ Z GOMBREM ('HAWAIKUM')

A A A
Sięgając po „Hawaikum”, spodziewałam się kolejnej książki o polskim bezguściu przestrzennym, następnej odsłony rozważań proponowanych w książkach Filipa Springera. Podtytuł „W poszukiwaniu istoty piękna” oraz fakt, że wstęp do tomu („Brakujące słowo”) napisał właśnie Springer, jeszcze ugruntowały moje oczekiwania. Okazało się jednak, że publikacja stawia diagnozy znacznie szersze niż te związane z chaosem w polskim krajobrazie. Autor wprowadzenia wyjaśnia: „»Hawaikum« to słowo, którego nam brakowało. (…) »Hawaikum« to ten zgrzyt, gdy w przestrzeni – wizualnej, muzycznej, kulinarnej – odkrywamy fałsz” (s. 11). Ale nie tylko uwzględnienie sfery muzycznej czy kulinarnej sprawia, że książka daje więcej niż zapowiada.

Palma a sprawa polska

Tytuł „Hawaikum” sugeruje, że tom traktować będzie o egzotyce – i to oczekiwanie zostaje spełnione. Chodzi bowiem o elementy egzotyki w Polsce i o frapujące zamiłowanie rodaków do takich zjawisk. Równocześnie jednak okazuje się, że zebrane w książce eseje więcej mówią o samej polskości niż o konkretnych polsko-egzotycznych hybrydach.

Już Springer zapowiada taką uniwersalizującą linię czytania „Hawaikum”. O krzykliwych elementach przestrzeni jako reakcji na monotonne ukształtowanie polskiego krajobrazu pisze, sięgając po sugestywną synestezję: „Ten krzyk jest widoczny z daleka, z wielu kilometrów. Nic nie znaczy. On po prostu jest. Wybrzmiewa w bezkresie. Intencja, jaka za nim stoi, jest szczera, wynika z silnej potrzeby zaznaczenia swojej obecności” (s. 9). Kompleks niewidzialności, pragnienie bycia zauważonym – to sygnały charakterystyki polskości wykraczające poza refleksję nad dziwnością przestrzennych rozwiązań, a tropy te znacznie mocniej zaznaczają się w kolejnych tekstach.

Ze skruchą przyznaję, że nie czytałam wcześniej „Chochoła sarmackiej melancholii” Józefa Tischnera i chwała „Hawaikum” za to, że pozwoliło mi nadrobić ten niewybaczalny, jak się przekonałam, brak. Nie da się oddać temu esejowi sprawiedliwości streszczeniem, warto jednak podkreślić, jak aktualne jest proponowane przez Tischnera rozróżnienie między odwagą a „zadzierzystością”, klęską a porażką, rozpaczą a melancholią. I jak prawdziwie wybrzmiewa koncepcja „chocholej” polskości. Wprawiła mnie w osłupienie informacja, że tekst pochodzi z 1970 roku – a więc powstał na długo przed inspirującymi rozważaniami Przemysława Czaplińskiego zebranymi w „Resztkach nowoczesności” (2011) i na prawie pół wieku przed poświęconym „zwrotowi sarmackiemu” numerem „Tekstów Drugich” (1/2015). „Chochoł sarmackiej melancholii” okazuje się ponadczasowy. I zostawia czytelnika z rzadkim poczuciem, że oto chociaż trochę zrozumiał mechanizmy wspólnoty, w której żyje.

„Między Wschodem a Zachodem”, zamieszczony po eseju Tischnera fragment wprowadzenia do głośnej książki Jana Sowy „Fantomowe ciało króla”, to interesująca propozycja wyodrębnienia Europy Środkowo-Wschodniej. Autor pokazuje cechy łączące państwa, które widziałby w ramach tej konstrukcji – choćby ich „niedojrzałość” (s. 34) i to, że są „niewydarzone”, „jakby nie mogły się do końca wydarzyć, jakby nie były w stanie samodzielnie wypełnić treścią swoich nazw i musiały wciąż sięgać po wzory zapożyczone z zewnątrz, od idealnego Innego na Zachodzie” (s. 35). Marta A. Urbańska w tekście „»Marysia i Burek na Cejlonie«: wiejska architektura egzotyczna” uświadamia, że „kostka polska”, czyli domy będące zwulgaryzowaną realizacją koncepcji modernistycznych, to na polskiej wsi tak naprawdę „kostka egzotyczna”, umieszczona tam sztucznie na skutek socjalistycznej polityki. Chaos, który obserwujemy dziś, okazuje się reakcją na tamtą krzywdę: „Wyzwolenie spod dyktatu i dogmatu szarej kostki, nietynkowanej z powodu biedy, braku materiałów lub chęci ukrycia stanu posiadania (by uniknąć niesławnych »domiarów« podatkowych) skutkuje nie tyle wolnością złotą, ile – obłędnie kolorową” (s. 43). Opisując domy weselne, zajazdy i inne elementy wiejskiej „egzotyki”, Urbańska ma cel doraźny – zwrócenie uwagi na brak regulacji i niefrasobliwość prawodawców. Równocześnie jednak kreśli obraz polskich tradycji, ich wypaczenia i narodowej przewrotności. Z kolei Ziemowit Szczerek w cudownie prześmiewczym, ale i historycznie szokującym tekście „Polskie kolonie zamorskie” stawia świetną diagnozę: „Jesteśmy tak nietropikalni, jak tylko można być, dlatego tak nas tropiki wabią. Nasza rzeczywistość i codzienność jest błotnista, żytnio-polna, dąbrowna, kniejowa, rozjeżdżona, ciemna, śniegochlupna” (s. 56).

Następne trzy artykuły dotyczą egzotycznych naleciałości w muzyce, kulinariach i roślinności. „Piękny Hawaj. Egzotyka i pieśń” Dariusza Czai to drobiazgowa interpretacja tekstów piosenek w rodzaju „Hawaj jest piękny” czy „Mała Inez”. Esej pełen jest świetnych stylizacji („Mimo to elementarna radość jest w człowieku. Wesołość. Marzenia są. Niewygasłe tęsknoty. Sklepy salcesonowe dają z siebie wszystko. Kaszanka jest. I śpiew” [s. 68])” i celowo egzaltowanych zachwytów („Żeby nie uronić ani słowa z tej przecudnej pieśni, przytaczam dosłownie (…)” [s. 70]). Czaja dąży jednak do wniosków poważnych i uniwersalnych, zastanawiając się, jakie tęsknoty skłaniają Polaków w stronę zachwytów nad infantylnymi piosenkami o „Hawaju”. Wątek palmy na rondzie de Gaulle’a prowadzi autora do melancholijnego finału: „Odniesione do polskich realiów »Hawaj« i »palma« – to przecież dwie czytelne figury niemożliwości” (s. 76). Aż prosi się o kolejny tekst, dla którego ta frapująca konkluzja byłaby punktem wyjścia.

Monika Kozień w „Egzotycznym koktajlu z domieszką swojskości” pokazuje natomiast, że w podejściu do jedzenia Polaków od czasów szlacheckich cechuje „tendencja do ulegania fantazjom oraz brak kontaktu z realiami, zaprawione piorunującym miksem megalomanii i głębokich kompleksów” (s. 82), a za dziwnymi nazwami restauracji, ich – delikatnie mówiąc – eklektycznym wystrojem i niespójnym menu kryje się problem mentalnościowy: „Po raz kolejny rzetelna wiedza ustępuje miejsca sztucznym wizjom. Fantazmatyczność podejścia do tradycji rzuca się w oczy już od pierwszego spojrzenia na samą architekturę tych obiektów. (…) Polski krajobraz kulinarny jest taki jak cała Polska. Przede wszystkim dominuje w nim sztuczność i udawanie lepszego, niż się jest – zabawniejszego, bogatszego. (…) Nieprzyjmowanie do wiadomości realiów można uznać za naszą cechę narodową” (s. 85, 87, 88).

Marta Miskowiec w eseju „Rośliny” pracuje na innym aspekcie rzeczywistości, ale dochodzi do podobnych wniosków: „Prawdopodobnie jest jakaś trzecia rzeczywistość, z której czerpiemy pomysły – konglomerat mitów i wyobrażeń o świecie egzotycznym, oswojonych przedmiotów-symboli i dobrze utrwalonych stereotypów” (s. 96). Na przykładzie zapożyczeń w polskich ogródkach autorce udaje się wykazać tęsknoty za cudzym i minionym: „Powszechny styl jest właśnie taki – niedorobiony i niezdecydowany, z pretensjami do tego, co mają gdzie indziej (ogrody japońskie) albo mieli kiedyś (parki pałacowe)” (s. 100). Znów pojawia się polska ucieczka przed prawdą, skłonność do przedkładania fantazmatów nad fakty: „Po co nam rzeczywistość w miejscach, gdzie chcemy od niej uciec albo przynajmniej nad nią panować” (s. 101).

Mimo pozornie szerokiego spektrum tematów (sarmackie naleciałości, koncepcja Europy Środkowo-Wschodniej, wiejska architektura, polskie zapędy kolonialne, muzyka, jedzenie, rośliny) teksty prezentują dużą zbieżność w kwestii diagnoz dotyczących szeroko rozumianej polskości, naszych tęsknot, kompleksów i ucieczek, a zbiór „Hawaikum” okazuje się w dużej mierze spójny.

Sprawy inne (i Innego)

Odnoszę wrażenie, że kolejne dwa teksty tematycznie wymykają się koncepcji całego tomu – czy to tej zakładanej (zapożyczone egzotyczne elementy w polskiej rzeczywistości i związana z tym konieczność innego zdefiniowania piękna), czy też tej, która wyłania się z dotychczasowej lektury książki (czyli co czerpanie z egzotyki mówi nam o polskości nie tylko w ujęciu estetycznym, ale także historycznym, geograficznym i – przede wszystkim – mentalnym).

Włączenie do „Hawaikum” eseju Marcina Smerdy „Krytyka wydziaranego rozumu” zostaje uzasadnione następująco: „Żeby spotkać Innego, nie trzeba od razu jechać do dalekich, egzotycznych krajów (…)” (s. 107), a tekst to stylizowana na relację z obserwacji dzikich plemion analiza subkultury „dresiarzy”. Od parafrazy w tytule aż po starotestamentowy finał esej Smerdy to erudycyjny i retoryczny popis – chwilami aż do granicy wyczerpania czytelnika. Korzystając z całej sieci kontekstów, autor opisuje zachowania „Innego”, jego język, wierzenia, styl macho jako reakcję na wyparty homoseksualizm, grafficiarską „twórczość” i tatuaże. Mam wrażenie, że do „Hawaikum” jako całości esej ten nie wnosi zbyt wiele, mimo że pojawiają się ciekawe intuicje (na przykład naczelna dla tekstu metafora „ciało to miasto” [s. 118]). Nieco za dużo tu „popisów”, a za mało wyważonych wniosków. Jednak jeśli przyjmie się koncept i jego prześmiewczą realizację, to podczas lektury można się dobrze bawić. Zwłaszcza że trudno odmówić finezji stwierdzeniu, że „dres” ma nadzieję, iż stanie wobec Boga niczym „ziom wobec Zioma” (s. 117).

Większy problem mam ze zrozumieniem opublikowania w „Hawaikum” tekstu „Miasto. Twarz. Masyw” Huberta Francuza. Ten esej o wpływie cyfryzacji na zachowywanie wizerunków ludzi i miejsc – a przez to na postrzeganie rzeczywistości – lepiej broniłby się w innym kontekście, w dialogu z pracami właśnie o wpływie technologii na sztukę i poznanie. W tym zbiorze sprawia wrażenie nieco na siłę doklejonego do reszty, a próba ujęcia w krótkim eseju szerokiego zagadnienia sprawia, że tekst ma dość ogólnikowy, publicystyczny charakter.

Słowo/obraz

Mimo pewnych niedoskonałości „Hawaikum” jest zwycięstwem słowa i obrazu. Zwycięstwo obrazu nie dziwi – prawie połowa książki to „Esej fotograficzny” Agaty Pankiewicz i Marcina Przybyłki. We wprowadzeniu („Hawaikum. W poszukiwaniu istoty piękna w gminach”) do zdjęć Pankiewicz wyjaśnia: „Przez ostatnie dwa lata fotografowaliśmy obiekty – parki rozrywki, budynki, rzeźby, reklamy, kompozycje roślinne – w zwykłych kontekstach prowincjonalnej polskiej rzeczywistości. Zafascynowała nas niczym nieskrępowana inwencja autorów, ich niepohamowana chęć uatrakcyjnienia pejzażu i ściągnięcia uwagi otoczenia. To ekspresja pragnień, nadziei i ambicji ludzi, którzy nagle włączeni w kapitalistyczny wyścig możliwości realizują nie tylko swoje praktyczne potrzeby, ale też fantazje. (…) Jesteśmy więc świadkami tęsknoty za pięknem, za piękniejszym życiem, chociaż rezultatem jest dzieło przypadkowe i absurdalne” (s. 134, 135). Te wyjaśnienie i zamieszczone w tomie fotografie są najbliżej zakładanego, estetycznego tematu książki, ale równocześnie doskonale współgrają z szerszymi diagnozami z wcześniejszych tekstów. A uwiecznione na zdjęciach „egzotyki”, w których – jak zauważa ich współautorka – najbardziej uderza brak kontekstu, trzeba zobaczyć. Nie da się oddać ich słowami (za to niektóre naprawdę mogą się przyśnić w nocnym koszmarze).

Chociaż zdjęcia są nie do opisania, to da się tu mówić również o zwycięstwie słowa. Nie tylko dlatego, że dużo trafnych rzeczy pisze się w „Hawaikum” o Polsce i jej egzotycznych tęsknotach, ale także dlatego, że na łamach tomu zwycięstwo w objaśnianiu świata odnosi literatura. Witkacy wprawdzie dowodzi w tym wypadku mocy obrazów („Arcykolorowy olej pod ślicznym tytułem »Marysia i Burek na Cejlonie«, z lat 1920–21, idealnie antycypuje współczesną architekturę polskich gmin” [s. 38] – pisze Urbańska), ale literaci i tak są licznie reprezentowani. Prym wiedzie Gombrowicz, którego niesłabnącą trafność w diagnozowaniu polskiej kondycji wykorzystują Tischner i Sowa, a fragment „Wędrówek po Argentynie” służy jako komentarz do jednego ze zdjęć w „Eseju fotograficznym”. Przydaje się też poezja, choćby Leśmian i Staff w „Chochole sarmackiej melancholii” – eseju, którego przecież nie byłoby bez „Wesela” Wyspiańskiego. Urbańska szuka argumentów u Mickiewicza i Conrada, Kozień w eseju o posiłkach „posiłkuje się” Krasickim, a Miskowiec w rozważania o roślinach wplata cytaty z Jerofiejewa i Szczerka. W mocno interdyscyplinarnym tomie autorzy spotykają się na gruncie literatury, która doskonale sprawdza się w mówieniu o polskiej mentalności. Trochę szkoda, że do pełnego zwycięstwa słowa zabrakło bezbłędnej korekty („Spoglądając na te »dzieła«, poraża nas ich brzydota i brutalność (…)” [s. 112], „wyabstrachowania” [s. 134]).

Szukajmy dalej

„Hawaikum” zdecydowanie warto przeczytać (i obejrzeć). Spodziewałam się dopowiedzenia do „Wanny z kolumnadą” Springera, a dostałam książkę, z którą można zapoznać się przed pracami tego młodego reportera. Zbiór dostarcza przydatnego „mentalnościowego” kontekstu do ujęć bardziej zawężonych. Zebrane w „Hawaikum” teksty to właściwie zagajenie, zarysowanie pola dla szczegółowych analiz – kilku już zaproponowanych i, miejmy nadzieję, wiele przyszłych. Tom wprawdzie pozostawia pewien niedosyt, ale głównie dlatego, że bardzo dobre (w znakomitej większości) teksty otwierają wiele furtek i na pewno warto dodać jeszcze licznych kolejnych autorów i inne perspektywy spojrzenia na polską egzotykę. „Poszukiwanie istoty piękna” zaledwie się w tej książce zaczęło – ale za to ile ciekawych rzeczy udało się znaleźć przy okazji.
Hawaikum. W poszukiwaniu istoty piękna”. Red. Monika Kozień, Marta Miskowiec, Agata Pankiewicz. Wydawnictwo Czarne. Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie. Muzeum Historii Fotografii w Krakowie. Kraków 2015.