Wydanie bieżące

15 października 20 (284) / 2015

Joanna Soćko,

CZY MĘŻCZYŹNI ZOSTANĄ ZBAWIENI? (ZUZANNA RADZIK: 'KOŚCIÓŁ KOBIET')

A A A
Ale jak to: „Kościół kobiet”? – można by zapytać, biorąc do ręki książkę Zuzanny Radzik. – Czy Kościół, o którym pisze polska teolożka, nie powinien być przypadkiem Kościołem katolikos, to znaczy: powszechnym, a zatem Kościołem zarówno kobiet, jak i mężczyzn? Tytuł książki faktycznie może zmylić, tym bardziej, że – jak wyznaje autorka – jest on niemal dosłownym tłumaczeniem anglojęzycznego terminu woman-church, określającego amerykańskie wspólnoty ekumeniczne, które dopuszczają kapłaństwo kobiet. „Kościół kobiet” okazuje się więc organizacją „kościelnych separatystów”, tymczasem Zuzannie Radzik daleko do partyzantki: w oparciu o fakty i wywiady stara się odpowiedzieć na pytanie o miejsce kobiet w „mainstreamowym” Kościele po Soborze Watykańskim II. Tytuł książki nie jest jednak bynajmniej nietrafiony: odnosi się bowiem nie tyle do oderwanej od Watykanu wspólnoty, ile raczej do ograniczonej przestrzeni, którą w obrębie Kościoła wydzielili kobietom męscy hierarchowie. Problem ten nie zostaje, rzecz jasna, poruszony po raz pierwszy – autorka na każdym kroku powołuje się na zagraniczne źródła, które dowodzą, że o równorzędne traktowanie kobiet i mężczyzn apeluje się w Kościele od wielu lat. Jednak w Polsce wciąż mówi się o tym rzadko, a jeśli już, to zbyt cicho. Ta książka jest tymczasem głosem donośnym, a zarazem bardzo dla polskiego Kościoła niewygodnym: ujawnia bowiem (w sposób mniej lub bardziej bezpośredni) wiele słabych punktów jego aktualnej kondycji, będąc przy tym „głosem z wewnątrz” – sformułowanym w oparciu o znajomość teologii, prawa kanonicznego oraz religijnych praktyk; jest zatem głosem upominającym się o zmiany i pokazującym, że są one możliwe.

Podanie w wątpliwość doniosłej roli kobiet w Kościele może u niektórych budzić zdziwienie. Żyjemy przecież w kraju, w którym Kościół nie bez powodu określa się mianem „żeńskokatolickiego”, a jego konserwatywnych i narodowo zorientowanych wyznawców wyzywa się od „moherowych beretów”, niebędących bynajmniej męską częścią garderoby. Radzik rozpoczyna jednak swoją książkę od analizy udziału kobiet w organach decyzyjnych i doradczych Kościoła, a wówczas wszystko staje się jasne: niezależnie od tego, jaki odsetek wiernych stanowią przedstawicielki płci żeńskiej, ich wpływ na kształt wspólnoty jest rażąco ograniczany. I nie chodzi jedynie o to, że Kościół katolicki nie widzi miejsca dla „kapłanek”. Radzik pokazuje szereg restrykcji i uprzedzeń, które współczesnemu człowiekowi – nawet temu głęboko wierzącemu – muszą się wydać absurdalne.

Autorka zaczyna swoją książkę od Soboru Watykańskiego II, który miał na celu uwspółcześnienie Kościoła katolickiego, a zatem dostosowanie go do czasów, w których świadomość konieczności równouprawnienia była już dobrze rozwinięta. Ten istotny moment dziejowy stanowi dla Radzik bardzo dobry punkt wyjścia: po pierwsze, był to najprawdopodobniej pierwszy sobór w historii Kościoła, na który w ogóle zaproszono kobiety; po drugie, sobór znacząco dowartościował rolę świeckich, co znalazło swoje odzwierciedlenie w powierzeniu świeckim wielu istotnych funkcji, które teoretycznie powinny otwierać przed kobietami więcej możliwości aktywnego uczestnictwa. Radzik pokazuje jednak, że sobór – choć przyniósł pewne zmiany – to pod względem emancypacji kobiet wydarzenie zmarnowanych szans. Po pierwsze, liczba zaproszonych kobiet (23 niewiasty) była, rzecz jasna, nieproporcjonalna w stosunku do liczby mężczyzn (około 3 tysięcy). Po drugie, zaproszono je dopiero na przedostatnią (trzecią) sesję soboru i w dużej mierze uniemożliwiono realny wpływ na rezultaty obrad („Nie jestem feministką, ale stwarzanie różnicy między audytorami mężczyznami i audytorkami kobietami jest formą dyskryminacji bardzo nieodpowiednią w dzisiejszych czasach” – miała powiedzieć Anne-Marie Roeloffzen, jedna z nielicznych uczestniczek soboru [s. 21]). Po trzecie w końcu, zmiany dotyczące dostępu świeckich do kościelnych posług nie dotknęły kobiet w tym samym stopniu, co mężczyzn. Kobieta nie może na przykład sprawować funkcji diakona – przywróconej po wiekach posługi, która umożliwia przygotowanym uprzednio świeckim m.in. nauczanie, rozdawanie komunii czy błogosławienie małżeństwom. Przez długi czas zabraniano też osobom płci żeńskiej pełnić funkcję ministrantów (zakaz ten został uchylony w 1992 roku).

Skąd ta niechęć do powierzania kobietom ważnych funkcji związanych ze służbą przy ołtarzu? Radzik sugeruje, że jest to nie tyle problem formalny, co mentalny. Kobieta w liturgicznych szatach, która w czasie liturgii dzierży dzwonki, może przecież wyciągnąć rękę po kielichy. Dopuszczenie kobiet do służby przy ołtarzu w znaczący sposób mogłoby wpłynąć na postrzeganie uświęconego tradycją podziału ról na kobiece i męskie, a w konsekwencji uchylić kobietom furtkę do kapłaństwa. O tym, jak duży wpływ na rolę kobiet w polskim Kościele mają uprzedzenia mentalne, świadczyć może niechęć do powierzania dziewczynom roli ministrantek mimo teoretycznej zgody Watykanu. Aż trudno uwierzyć w przytaczane przez Radzik argumenty, mające na celu podtrzymanie status quo (te same argumenty przedstawiła jednak choćby Alina Petrowa-Wasilewicz [2009: 7]). Jednym z uzasadnień jest na przykład to, że ministrantki odstraszyłyby od służby przy ołtarzu „mniej porządnych” chłopców, a mniej ministrantów to mniej potencjalnych kandydatów na księży i mniej powołań kapłańskich – i koło się zamyka. Dochodzimy tu, jak mi się wydaje, do jednego z najistotniejszych, choć nieujętych wprost, przesłań książki Radzik.

Praktyka pokazuje, że udział świeckich w życiu Kościoła zwiększa się tam, gdzie zmniejsza się liczba księży. To brak duchownych sprawia, że rozdzielanie Komunii Świętej i odwiedziny chorych przejmują diakoni i szafarze, a ministrantki bardziej popularne są tam, gdzie do służby przy ołtarzu brakuje chętnych chłopców. Nasuwa się więc uzasadnione przypuszczenie, że przeszkadzanie dziewczynom i kobietom w pełnieniu istotnych liturgicznych funkcji wiąże się z – mniej lub bardziej uświadomionym, ale tak czy owak patologicznym – dążeniem hierarchów do utrzymania władzy. Czy faktycznie lepsi są „nieporządni” chłopcy, których powołanie okazuje się tak słabe, że rękami i nogami trzeba ich przy ołtarzu przytrzymywać? Czy faktycznie lepsi są byle jacy, słabi księża niż większa aktywność świeckich wiernych, w tym kobiet? Oczywiście nie: słabi księża nie tylko wyrządzili wiernym wiele krzywd, ale też zepsuli wizerunek całego Kościoła. Mają oni jednak nad świeckimi tę niepodważalną „zaletę”, że ślubują posłuszeństwo, co sprawia, że faktyczna władza nad Kościołem – jako całą wspólnotą wiernych – skupia się w rękach biskupów. Jeżeli jednak Kościół faktycznie jest obszarem działania Ducha Świętego, to warto zastanowić się, czy spadek powołań kapłańskich nie byłby przypadkiem (przewrotnym) działaniem Opatrzności, które mogłoby przyczynić się do uzdrawiających zmian w obrębie niedoskonałej kościelnej struktury, odstraszającej coraz więcej wiernych.

Tymczasem kobiety w roli szafarzy i diakonów są potrzebne, żeby Kościół mógł realnie wykonywać swoje zadanie. Zarówno Radzik, jak i Petrowa-Wasilewicz zwracają uwagę na utrudnienia, które powoduje brak wyświęconych przedstawicielek płci żeńskiej. Brak ten odczuwają na przykład siostry zakonne, którym możliwość samodzielnego wystawiania sakramentów czy przynoszenia Komunii Świętej innym chorym zakonnicom ułatwiłaby klasztorne życie. Kobiety roznoszące Komunię przydałyby się również na oddziałach położniczych, gdzie nie tylko mogłyby bez obopólnej konsternacji roznosić opłatek, ale też wspomóc dobrym słowem. Próżno takiego wsparcia oczekiwać od księży – nie tylko ze względu na brak rodzicielskiego doświadczenia, ale też dlatego, że jeśli w ogóle odwiedzają oddział karmiących matek, to robią to najczęściej w pośpiechu i „niemal z zamkniętymi oczami” (s. 92). Wyobrażam sobie, że wiernym sprzyjałoby również dopuszczenie kobiet do wygłaszania nauk rekolekcyjnych, które tradycyjnie dzielone są na nauki dla mężczyzn i kobiet. Czy naprawdę nie byłoby rozsądniej, gdyby głos mądrości popłynął też od doświadczonej w roli bycia kobietą niewiasty?

Wprowadzenie takich zmian wymagałoby jednak, by osoby w Kościele decyzyjne zadawały sobie przede wszystkim pytanie o to, co sprawi, że będzie on lepiej służył, nie zaś: lepiej sprawował władzę. I choć, zwłaszcza dla polskiego Kościoła, byłby to zwrot o 180 stopni, to jednak reakcje na pontyfikat Franciszka wskazują, że postawa służby dużo lepiej odpowiada na współczesne duchowe potrzeby niż nieustanne dążenie do umacniania swojego społecznego autorytetu. Polscy hierarchowie mogliby na przykład, idąc śladem indyjskich biskupów, zapytać o to, jak kategoria gender mogłaby posłużyć lepszemu zrozumieniu kulturowych aspektów rozróżnienia na męskość i kobiecość, nie zaś o to, jak mogłaby umocnić władzę biskupów – ostatnich obrońców prawdy, walczących z wrogą człowiekowi ideologią. Tymczasem demonizacja słowa gender nie tylko zamyka w dużej mierze drogę do wewnątrzkościelnego przemyślenia ról przypisywanych kobietom przez tradycję, ale też wypacza przekaz Kościoła, który – gdyby był rozsądnie sformułowany i poparty odpowiednią postawą – mógłby stanowić sensowny komentarz współczesnej ludzkiej kondycji.

Z recenzenckiego obowiązku wypada mi jeszcze wspomnieć, że książka Radzik – mimo że potrzebna i rzetelna – nie jest najlepiej napisana. Problem tkwi nie tyle w kompozycji czy słabym wydźwięku retorycznym (choć i nad tym autorka mogłaby z korzyścią dla siebie popracować), ale już w samym formułowaniu zdań. W „Kościele kobiet” wiele jest błędów językowych i stylistycznych, które osłabiają ogólny przekaz i utrudniają lekturę. Nie najlepszym pomysłem – zwłaszcza w kontekście ogólnej językowej nieporadności – wydaje się też stosowany miejscami przez autorkę zabieg zastępowania zdań przez rozdzielone kropkami równoważniki, np. „Jestem katolicką teolożką. Nie z zawodu, raczej z wykształcenia. Ale i z powołania” (s. 5). Wspominam o tym z nadzieją, że głos Zuzanny Radzik mógłby w polskim życiu społecznym brzmieć z jeszcze większą siłą oddziaływania.

LITERATURA:

Petrowa-Wasilewicz A.: „Czy Kościół traci kobiety”. „Więź” 2009, nr 1-2.
Zuzanna Radzik: „Kościół kobiet”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2015.