Wydanie bieżące

1 listopada 21 (285) / 2015

Przemysław Owczarek,

WIERSZE

A A A
rewanż. dziennik żniwiarza



nie piszę wierszy dla esesmanów,

nie jestem trupem. jeżeli przyjdzie

bóg żywy, ten i ów zaczają się,



żeby mu wpierdolić. wolę ciuciubabkę,

drwinę z logiki dwuwartościowej.

przenikliwy krzyk rzeczy. pojebańców

na metafizycznych szczudłach.



od paru lat wypełnia mnie gniew

cwany jak wóda. nie radzę sobie,

krzyczę, ranię ludzi. córeczka podbiega

i uderza piąstką w moje biodro

przetrącone w bitwie, w której

nie zdołałem nazwać anioła,

a on się roześmiał i napluł mi w twarz.



brzmi to jak spowiedź wobec gołego księdza

na party dla gejów.



dlatego nie rozpieprzam składni.

wolę, żeby dowcip trzymał się kupy.

ale wkurwiony mogę pójść w zasiek,

byle była w tym jakaś pointa, choćby

nadpsuta metaforą.



jadę do pracy na rowerze. muzeum to niezła

kolekcja ludzików. jastrząb podnosi stawkę

unosząc kurzawę z kawek. jadę



wpatrzony w polot, mijając zapach smażony

w woku i pawilon „Gosia”.



jestem zapięty na ostatni budzik.



zapis. podmiot liryczny schowany w tekście, w którym można deklaratywnie pogrymasić, co ma zapewne moc oczyszczającą, ale kompletnie nie leczy z pewnych przypadłości, na co jest dowodem przypadek maminsynka z Retkini, który mógłby mieszkać wszędzie, tylko nie w Łodzi.



celebra. dziennik bębniarza



w tym świecie liczy się:

obraz, okładka, opakowanie.



klawesyn grający adagio Antonia Sorela

w pustym pniu, to dopiero sztuka.



gdybym przyszedł jako

papież, Yeti, Merlin Monroe,

pewnie byście klękali. załóżcie

te swoje hipsterskie gogle,

i jazda w wykurw.

puszczę wam parę fleszy

i bąbelków. zasługujecie na briefing,

inaczej wypieprzać na Triobriandy.



cała otoczka jest sfingowana. mucha fruwa

realnie, albowiem wie, po co leci.

przynajmniej w tym tekście. ale o czym to

chciałem powiedzieć, wyczuwając algorytm

i trans? pitu pitu na syntezatorach,

a przydałby się łomot w bęben, żeby na nowo

porodziła was ziemia. nachylonych



ku dźwiękom. wżytych w człowieka. bez krętactw.

jestem zawiedziony, aż muszę to zbadać. czy jutro

zasługuje na szelest? jeśli wszyscy jesteśmy

dziwkami, co będzie z burdelem?



bo to się skończy jednakim selfie dla wszystkich

idiotów. się sami nabijemy w obręcz. ja się rozbiłem.



bum bum.

biło. siadło



na brzegu

rzeki. nuciło.



sygyt.



zapis. podmiot liryczny, który nie istnieje, ponieważ nie posiada bloga, ale się zastanawia, czy warto się urodzić na to kurestwo.



między chmielem a winem. dziennik zbieracza



M.R., mojemu dystyngowanemu bratu w kolekcjonowaniu



który to raz do Mikołowa? jadę z M. doktorem

od czeskiego filmu, o manierach lorda, wyskokach Pepina

na szczycie komina. do rymu poniżej jest świat, co wygląda

na browar. teraz wiem, lordzie M., że twój wiersz musi



być prosty i żywy jak piwo, osiadać na ustach goryczką.

mam wieczór w Mikołowie, M. własne sprawy. trochę czytania

i trochę gadania. Siwy prowadzi z parapetu. potem knajpa i resztki

ze stołu burmistrza. noc włazi w łby po same czuby. spity Bies



rozdziany do pasa chce lać kumpla katolika, aż prawie burzą się

kelnerzy. siedzimy z M. pośród hanysów i sił nam brakuje

na śmiech. w końcu chłopcy płyną w miasto jak krople na szybie

w pędzącym pociągu.



na piętrze sen bierze nas w szwung, a słońce wywodzi

z miasta Wojaczka. mkniemy, bo M. kocha pielgrzymki

po antykwariatach. sam mam na półce stado kruków.

Katowice zryte, drzemią buldożery. u pierwszego z listy



bukinisty znajduję awangardę Orskiej i zbiorczą

po konfie o karnawale. u następnego płyty:

Cocteau Twins i Fado. witaj kasiorki piękna zagłado.

M. przestroił się na winyle. wracamy syci, a tu kontener.



wystaje fotel z lat 60. i pełno dobra po czyjejś śmierci.

grzebiemy jak lumpy w stanie hipsterii. M. zdobywa

gipsowego sfinksa – mądra wróżba dla piwnej prostoty.

ja trafiam na fauna i Buddę bez dłoni, widocznie droga



wiedzie w dół albo w górę. M. rusza po skodę,

chce zwinąć fotel. i wtedy znajduję ruskie pudełko

ciapane w kwiaty. odkrywam wieczko, a tam

stówa, jakby los dbał o zwrot kosztów podróży.



M. parkuje, zwijamy fotel. jeszcze drapiemy za fantem i forsą,

aż wkładam palec w kamionkę ze smalcem. starczy, gęby

mamy jak sępy. na powrót McDonald częstochowski

i trochę plotek o kumplu z firmy. o jego życiu jak Big Mac.



usta ma klauna w euforii, gdy drze się w tubę na wyścigach

wraków. ale to dziwny koniec dla wiersza,

skoro pointa utknęła w śmietniku.



zapis. podmiot liryczny, który z paru kolekcji mógłby ułożyć chwiejną konstelację życia. po cholerę? kto to posprząta?



motto. dziennik winiarza



Przez ostatnie 25 lat uczyliśmy się zarabiać na życie,

teraz musimy nauczyć się żyć.

Marek Kondrat, „Tygodnik Powszechny”



przez ostatnie 25 lat uczyłem się żyć,

ale nie nauczyłem się zarabiać. wygląda na to,

że świat nie jest dla mnie wystarczająco cenny.



odkąd wszystko da się wywabić z mądrości

przez horyzont, tak wąski, że różnią nas tylko rzeczy

nie jestem rozrzutny, więc na tęgiego burgunda stać mnie

raz w roku, Panie Kondrat. polecam wino z dzikiej róży



„moja matka”.



ma czerwień złamaną, jakby fermentował w niej

kurz z dzianiny (matka nadal pracuje w szwalni).



jest tłuste niczym oliwa do maszyny i jędrne

po pierwszym przymrozku, który dosłodził owoc.



więc kwaskowatość wydaje się zbyt chłopska.

równoważy ją cierpki zapach kruchty i dworku.



alkohol roznosi we krwi ciepło jak wiatr z południa,

kiedy odwleka kres jesieni, przynosząc wielostrunne nuty

lasu i pól.



jeśli miałbym określić trunek jednym przymiotnikiem

to jest „serdeczny”, ale chuj nas to obchodzi, gdy chcemy

się nawalić, co często wiedzie ku paranoi. aczkolwiek



znane są właściwości lecznicze krzewu, na który nakłuło się

tyle słów, żeby rozkwitnąć, zawiązać się i dojrzeć

w solidny amalgamat złota, żelaza i miedzi. dzięki czemu



otrzymujemy mocny kolor, aromat i smak. jakby to było

wino z najwyższej półki.



ja pierdolę, Kondrat, nie świruję!



zapis. podmiot liryczny, który jeszcze nie otworzył burgunda, którego zakupił na narodziny syna, ale może go przechowa, aż syn dorośnie i obalą razem. no chyba, że świat skończy się w podmiocie lirycznym, synu albo w nich zarazem.



Fot. Agnieszka Kowalska-Owczarek