Wydanie bieżące

15 listopada 22 (286) / 2015

Sebastian Smoliński,

ŚWIAT TO ZA DUŻO (SPECTRE)

A A A
Dlaczego nowa opera szpiegowska o 007, „Spectre”, jest tak zaabsorbowana samą sobą i tak nerwowo spogląda w kierunku przeszłości? Dlaczego Bond ciągle cytuje sam siebie (na dobre trend ten zaczął się od „Śmierć nadejdzie jutro”, jubileuszowego odcinka celebrującego 40-lecie serii) i niekiedy tak niezgrabnie próbuje pogodzić staroświeckość z nowoczesnością?

Najkrótsza odpowiedź brzmi: bo może – a niewykluczone nawet, że musi. Bo powoli przygniata go nawarstwiająca się mitologia, bo cykl ciągle wystawiany jest na ciężkie próby: zmieniają się obyczaje, modele kina akcji, sposób gry aktorskiej. Bond, chcąc nie chcąc, musi zakładać kamuflaż, przeistaczać się z jednej pustej figury (sprawny elegancik Pierce’a Brosnana) w drugą (ironiczny brutal Daniela Craiga). Żadna z tych postaci nie jest jednak bardziej „realistyczna”, jak chcieliby piewcy szorstkiego, pozbawionego wdzięku kina akcji, któremu patronuje agent Jason Bourne. Bond zachowuje resztki tożsamości właśnie dlatego, że jest bohaterem drugiej świeżości: odsyłającym do dawnych imperialnych, seksistowskich, gatunkowych kodów, które gnieżdżą się gdzieś pod warstewką „współczesności” i często dają o sobie znać. Oglądając rozdęte odniesieniami „Spectre”, oglądamy zarazem wcześniejsze 23 odsłony serii. Sam Mendes zaserwował nam eksplodujące przepychem déjà vu – nostalgiczne, nieudane arcydzieło, które przemyca najsmutniejszą z myśli: żyjemy w świecie, w którym nie ma już miejsca na przygodę godną Jamesa Bonda.

„Spectre” to cmentarzysko dawnych narracji o brytyjskim szpiegu, ubrane w intrygę doprowadzającą Bonda do Ernsta Stavro Blofelda (Christoph Waltz) – arcywroga, z którym 007 rozprawiał się przede wszystkim w filmach z Seanem Connerym. W tym blisko dwuipółgodzinnym spektaklu Bond spotyka ponętną wdowę graną przez Monicę Bellucci, sprzymierza się z Madeleine Swann (córką znanego z „Casino Royale” i „Quatum of Solace” Mr. White’a; w tej roli Léa Seydoux) oraz rozpracowuje w końcu globalną szajkę przestępców – tytułową organizację „Widmo”. Tak jak za czasów Connery’ego, tak i dziś składa się ona z wysoko postawionych członków politycznego i ekonomicznego establishmentu – włącznie z dowództwem brytyjskiego wywiadu.

Ośmiornica, symbol odciśnięty na pierścieniach członków zbrodniczej organizacji, służy w filmie za poręczną metaforę. Różnorakie macki oplatają tutaj niemal wszystko. Mendes zaplanował najnowszą odsłonę cyklu jako podsumowanie trzech wcześniejszych odcinków z udziałem Craiga – okazuje się, że wszystkich zbirów od „Casino Royale” w górę łączy właśnie osoba Blofelda. Po drugie, można bez końca wyliczać części składowe pastiszowego ładunku „Spectre”: olśniewająca sekwencja otwierająca (bez wątpienia jedna z najlepszych w historii serii) stanowi mieszankę karnawałowych scen z „Operacji Piorun” (1965) i „Moonrakera” (1979). Soczysta, wspaniale udźwiękowiona walka z Mr. Hinxem w marokańskim pociągu to oczywiście parafraza klaustrofobicznej potyczki z Grantem w przedziale Orient Expressu w „Pozdrowieniach z Rosji” (1963). Sam Mr. Hinx, osiłek od brudnej roboty, jest małomówny niczym Oddjob z „Goldfingera” (1964). Luksusowe sanatorium w Austrii to wierna kopia wysokogórskiej siedziby Blofelda z „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” (1969), a pustynne laboratorium ożywia trochę zapomniany element kojarzony z franczyzą: wielkie kompleksy budowane przez szalonych geniuszy zbrodni, żeby w dogodnych warunkach wysadzić w powietrze pół świata. Pamiętacie chyba fortecę ukrytą w kraterze japońskiego wulkanu z „Żyje się tylko dwa razy” (1967)?

Intertekstualny łańcuszek, podparty mrugnięciami okiem do miłośników Alfreda Hitchcocka („Ptaki”, „Północ – północny zachód”), w połączeniu z nieprzyzwoitą wręcz długością filmu, zbliżają urzekającą formalnie, choć lichą scenariuszowo konstrukcję Mendesa do ostatnich wysiłków Quentina Tarantino, który w „Bękartach wojny” i „Django” również reżyseruje kolejne sceny tak, jakby nic już nie musiał: okopuje się w dobrze znanej konwencji (przygodowe kino wojenne, western), rozpycha ją na boki, przemierza wzdłuż i wszerz – wszystko po to, by choć na trzy godziny zamieszkać w ukochanym fragmencie kinowej mitologii. Mendes też ani trochę się nie śpieszy, mnoży wyrafinowane ustawienia kamery (w czym pomaga mu operator Hoyte van Hoytema, godny zastępca Rogera Deakinsa, który za wybitną pracę przy „Skyfall” dostał nominację do Oscara), ogrywa smaczki, misternie konstruuje świat luksusu i bogactwa – a wszystko po to, by tym „późnym” Bondem zasugerować, że seria jest już poniekąd pieśnią przeszłości.

By zrozumieć, w jakim kierunku porusza się ostatnio 007, wystarczy na chwilę zapomnieć o samym bohaterze i spojrzeć na jego otoczenie. Filmy o Bondzie nigdy nie były aż tak wizualnie zniewalające, jak za czasów Sama Mendesa – najlepszego z pracujących przy cyklu reżyserów, umiejętnie balansującego między ścieżką autorską a twórczym dopasowywaniem się do hollywoodzkiej fabryki. Przed Mendesem bondowska elegancja odnosiła się głównie do przedmiotów i ludzi widocznych na ekranie: kasyn, szampanów, smokingów i powłóczystych sukien. Mendes, zatrudniając kolejno dwóch najlepszych operatorów pracujących dziś w Hollywood, wzbogacił serię o niespotykany blichtr formalny. Sekwencja rzymska w nowym filmie – krótki romans z Monicą Bellucci, wizyta 007 na posiedzeniu organizacji „Widmo”, nocny pościg wąskimi uliczkami miasta – to popis filmowców, którzy trafili na bardzo bogatego sponsora („Spectre” kosztowało wyjątkowo wysokie 245 milionów dolarów – podaje serwis Box Office Mojo). Van Hoytema nie przepuszcza okazji, żeby podkreślić piękno pełnego przemocy świata: we wnętrzu domu Bellucci panuje lepki, miodowy półmrok, światło rozprasza się między meblami, ale też zawisa w powietrzu – wyraźnie widzimy wirujące w pokoju pyłki nadające rzymskiej willi antyczne dostojeństwo.

W tej aspiracji do wizualnego elitaryzmu tkwi jednak pewne niebezpieczeństwo. Pełne ornamentów „Spectre” (który z wcześniejszych Bondów pozwoliłby sobie na poetycki obraz 007 płynącego melancholijnie łódką po sinym jeziorze?) to kino szpiegowskie, które pobłogosławiłby zapewne Luchino Visconti – widowisko skupione na krajobrazach, urodziwych rekwizytach i kadrowaniu zdradzającym szlachecką wyobraźnię twórców. Stąd już tylko krok do estetycznej degeneracji, do wsobnego kina zmierzchu spod znaku późnego Viscontiego – gatunkowej żonglerki, która zjada własny ogon. Solidny, ale pozbawiony szczególnych ambicji cykl o szpiegu przepoczwarzył się pół wieku później w wehikuł nostalgii i atlas kulturowych tropów. W efekcie możemy się poczuć jak „Kevin sam w Nowym Jorku”, który z przedmieść stanu Illinois trafił do apartamentu w hotelu Plaza.

Mendes czyni jednak ze stylizacji swoją siłę. „Spectre” reanimuje Bonda-pozera, nieustannie teatralizując personę stworzoną przez Craiga. Tych, którzy liczyli na to, że 007 stanie się „prawdziwszy” i „bliższy życiu”, scenarzyści – z nieukrywaną satysfakcją – rozczarowują. Esencja tej postaci to absurdalne, pozornie nieznaczące gesty: szarmanckie upuszczenie dwóch kieliszków przed zbliżeniem się do dojrzałego ciała Bellucci, miękkie lądowanie spadochronem na ulicy po pościgu w Rzymie, zatrzymanie przestraszonego i zdezorientowanego napastnika pojedynczym ruchem dłoni oraz, crème de la crème, walka wręcz z czarnym kapturem na głowie. Im dalej od zdrowego rozsądku, tym lepiej, mówi w „Spectre” Mendes, a zagorzałym miłośnikom Bonda trudno się z tym nie zgodzić.

Daniel Craig – wyraźnie znudzony, zaprogramowany na obojętność – wygląda tak, jakby na własnej skórze doświadczył przygód swoich poprzedników we wszystkich krajach świata. W jego ruchach i sposobie mówienia odbija się zmęczenie wytartej ikony – resetowanego bez końca popkulturowego herosa, który nie wie, czym jeszcze może nas zaskoczyć. Nie dysponuje już gadżetami – kto ich zresztą potrzebuje, kiedy w kieszeni mamy smartfony, a otacza nas bystrzejszy od człowieka (ale równie groźny) internet rzeczy. Ideę klasycznego Bonda zabija więc, jak na ironię, ta sama technologia, której przez lata był on tak gorącym orędownikiem. Nawet karykaturalne, zbrodnicze umysły, którym stawiał czoło, doczekały się własnej utopii: ultranowoczesna, wysadzana ekranami siedziba Blofelda (obsadzenie w tej roli Waltza było niestety niewypałem) pozwala z precyzją i w czasie rzeczywistym manipulować losami ludzkości. Jak zauważył 007, to „trochę więcej niż wojeryzm”.

Świat sam stał się gadżetem – podniesioną do potęgi ośmiornicą, której macki ze światłowodów sięgają już właściwie wszędzie (M, świadkujący praktykom totalnej, globalnej inwigilacji obywateli, rzuca w „Spectre” kwestię o spełnionym koszmarze George’a Orwella). I jak pokracznie nie wypadałaby u Mendesa ta warstwa opowieści, stanowi ona jasny komentarz do kondycji Bonda w XXI wieku. W takim systemie nie istnieje już „egzotyka” (fundament starych Bondów) ani pojęcie „dalekich krajów” (kiedy 007 Seana Connery’ego opuszczał Londyn, czuliśmy dreszczyk zwiastujący prawdziwą wyprawę). Nie jest też możliwa donkiszoteria, którą od 1962 roku uprawia tajny szpieg brytyjskiej królowej: samodzielne ratowanie świata. Co to za Bond, w którym nawet Londyn, począwszy od „Skyfall” nękany potężnymi atakami terrorystycznymi, nie jest już bezpiecznym miejscem? Siła mięśni i charyzmy 007 to nic w porównaniu z potęgą klawiatury Q – młodziutkiego speca od komputerów (Ben Whishaw). Mendes nieustannie tematyzuje to starcie pokoleń i strategii działania, punktując w ekskluzywnej formie anachroniczność swojego bohatera. „Spectre” zatem, niezależnie od tego, czy agent powróci jeszcze na ekrany, może być ostatnim filmem o Jamesie Bondzie, jakiego znamy.
„Spectre”. Reżyseria: Sam Mendes. Scenariusz: John Logan, Robert Wade, Neal Purvis, Jez Butterworth. Obsada: Daniel Craig, Christoph Waltz, Léa Seydoux, Ralph Fiennes, Monica Bellucci, Ben Whishaw i in. Gatunek: film szpiegowski. Produkcja: USA / Wielka Brytania 2015, 148 min.