Wydanie bieżące

15 listopada 22 (286) / 2015

Michał Kazimierczuk,

KONTEKST RETORYKI, CZYLI RZECZ O OSAMOTNIENIU SPENGLERA (OSWALD SPENGLER: 'LATA DECYZJI')

A A A
Jak powiada w swym ostatnim większym dziele „Jahre der Entscheidung” Oswald Spengler, logika losu nie nosi w sobie przychylności dla ludzkich życzeń. Z pewnością owo credo morfologicznej analizy kultury, wybrzmiewające niemalże na każdej stronie słynnego „Zmierzchu Zachodu”, mogłoby stanowić dictum nie tylko w gronie historiozoficznych sceptyków i realistów, lecz także z powodzeniem wyznaczać szlak autokrytyki profetycznego ładunku myśli niemieckiego filozofa. „Lata decyzji” nie starają się być „akademicką” analizą rozwoju kultury, lecz stanowią wyraz myśli w pełni zaangażowanej, nigdy niewystępującej z czujności wobec stale czyhającego zagrożenia degeneracji osiągniętej formy kultury zachodniej, z wiodącą rolą Niemiec. Jeżeli dodamy jeszcze, że tekst „Lat decyzji” ukończony zostaje w lipcu 1933 roku, a więc tuż po narodowo-socjalistycznym triumfie partii Hitlera, a pisany jest, jak podkreśla Spengler, z myślą o przyszłości, lektura całości wymaga szczególnie krytycznego namysłu.

I choć autor podarował jeden z egzemplarzy „Lat Decyzji” kanclerzowi III Rzeszy, nie może być mowy o tym, że to książka nazistowska – choć nie oznacza to, że nie zawiera w sobie haseł brzmiących złowrogo dla (po?)nowoczesnej wrażliwości politycznej. Współczesnego czytelnika na pierwszy rzut oka razić mogą Spenglerowskie dywagacje na temat nordyckiego ducha i dziejowego powinowactwa Germanów bądź szafowanie pojęciami rasy białej i kolorowej, względnie wyraźnie windowanie Niemiec jako axis mundi i limes kultury zachodniej. W drodze uspokajającego wyjaśnienia zaznaczyć trzeba, że w przypadku newralgicznego pojęcia rasy autor „Zmierzchu Zachodu” wyraźnie krytykuje jej biologiczne (zoologiczne) ujęcie, typowe dla brunatnych „rycerzy” NSDAP, mając na myśli podejmowany etos ducha narodu, cechujący jakość indywiduum. Polskiemu czytelnikowi nie może pozostać całkowicie obojętny fakt, że według Spenglerowskiej metody kwantyfikacji kultur granica barbarzyńskiego azjatyzmu przebiega na Wiśle, wyłączając summa summarum wschodnią część Europy z obrębu kultury wyższej. Jeżeli jednak wzniesiemy się ponad te elementy szowinistycznej krótkowzroczności autora i potraktujemy „Lata decyzji” jako raport zachodniego stanu ducha pisany na gruzach Republiki Weimarskiej, będziemy mogli wgłębić się w zarys portretu czasów przełomowych, w których sprzęgnięte losy Europy i Niemiec miały po raz kolejny, choć z nieporównywalnie większą siłą, decydować o przyszłości już nie tylko Starego Kontynentu, lecz całego politycznego układu planetarnego.

Ten Spenglerowski raport przemian, a raczej próba pewnej aksjologicznej rekonstrukcji szlaku upadania wyższej kultury „białej rasy”, stanowi w istocie spiritus movens „Lat decyzji”, a więc etapu kultury, w którym zarysowujące się możliwości pozostają jeszcze w zasięgu korekty. Dwutorowość nadziei/upadku, cechująca podobne próby opisu dziejowego momentu, polega na metaforycznym niedopowiedzeniu, spowodowanym ostateczną niemożnością określenia przeczuwanej zmiany. W istocie, to właśnie owa polaryzacja stanowi zakulisowe tło narracji Spenglera, a jego areną inkarnacji jest los samookreślenia Niemiec względem pozostałych mocarstw świata. Paradoks Spenglerowskiego – by posłużyć się szeroko komentowanym (między innymi przez Heideggera) terminem Hölderlina – „czasu marnego” (dürftige Zeit) polega na tym, że Stary Kontynent, dysponując nieznanym wcześniejszym epokom arsenałem technicznym, kontrolę nad losami swej przyszłości oddaje liberalnemu pacyfizmowi partii rządzących oraz socjalistycznym rojeniom wyrównywania społecznych różnic. Ten dziejowy klincz wytrącania własnych witalnych sił kulturowych Zachodu, na którego biegunach leżą niespotykane dotąd możliwości technologiczne i podupadła pozycja Ducha rasy białej, to nerw stymulujący Spenglerowski namysł.

Od rewolucji Francuskiej do Październikowej. Kartografia czasu marnego

Jak jednakże klaruje się podglebie owego czasu, a więc kształt etapu epoki, który stanowi przedmiot namysłu Spenglera, a w którego tle stoi niezbite przekonanie o dziejowej roli Niemiec? Z pewnością nie jest to jedynie pogorzelisko idei, nad którym dominuje odczucie śmierci Boga (bogów), choć przyznać trzeba, że Spenglerowska maniera wyraźnie zdradza nostalgiczne nawoływania do rewitalizacji martwych autorytetów i prawdziwych mężów stanu à la Bismarck, zaś wszelkie nurty polityczno-emancypacyjne postrzega autor jako ostateczne świadectwo upadku wyższej formy kultury. Jeżeli pozbawimy nietzscheańskie hasło śmierci Boga odniesienia do platońskiej idei Dobra, a na jej miejsce wstawimy Tradycję rozumianą jako witalną moc kształtowania siły ludzkiej taktyki życia, otrzymamy przedmiot krytycznego ataku Spenglera. Ostrze filozofa jest bowiem wymierzone w jałowe i dogorywające formy białych narodów, głównie Francji, Anglii, Rosji, ale także Niemiec, które od czasów rewolucji francuskiej i rozprzestrzeniania się idei wolnościowych toczy wzmagającą się apatia stanów wyższych i uwiąd etosu silnych jednostek. Jest to zatem etap, parafrazując termin Spenglera, przybierającego na sile panowania pospólstwa, które roznosi tlącą się jedynie u progu XX wieku hierarchiczno-stanową strukturę społeczeństwa, w której moralno-polityczny ton nadawała arystokracja, rozwijając przy tym porządek twórczego ładu sztuki, smaku, obyczaju.

Na pomoc owemu pochodowi powszedniości wychodzi zresztą spora część mieszczańskich elit XVIII wieku, których „agitatorzy” (demagodzy) na mocy resentymentu domagają się partycypacji w majątku arystokracji, obwieszczając w tym celu populistyczne hasła utopijnych programów wolnościowych, niemających względu na nierówności naturalnych uposażeń jednostek. Powracającym motywem Spenglerowskich analiz ruchów liberalno-socjalistycznych jest w istocie przekonanie o tym, że teoretyczne dywagacje XVIII-wiecznych myślicieli politycznych, nastawionych na wizję dobrostanu society, w życie wprawia ruch resentymentu wielkomiejskich rojeń, polegający na chęci odebrania własności stanom wyższym. Proces teoretycznych ujęć filozofów politycznych, którzy coraz silniej uzależniają jakość politycznych systemów od ruchu ekonomii rynku, Spengler określa mianem racjonalizacji, przy czym zaznaczyć trzeba, że w optyce historiozoficznej analizy myśliciela termin ratio nie nosi w sobie konotacji pozytywnych. Rzecz ma się zgoła przeciwnie. Według Spenglera podwalin dla liberalnych prądów dochodzących do głosu w drugiej połowie XVIII wieku szukać możemy nie tylko w konkretnych historycznych kostiumach rewolucyjnych, lecz także w teoretycznych umocowaniach w postaci „Umowy Społecznej” J.J. Rousseau, traktatu ekonomii politycznej Smitha czy twórczości Voltaire’a. A kolejnym teoretycznym umocowaniem tego nihilistycznego ruchu racjonalizacji jest „Manifest Komunistyczny”.

I tak na miejsce autorytetu i sceptycyzmu politycznych przywódców narodów wchodzi populizm programów partyjnych, zaś przestrzeń politycznej dalekowzroczności oraz odpowiedzialności męża stanu dzierżawi demagogiczny „krzykacz” partyjny, którego cel obliczony jest na krótkowzroczny sukces wyborczy i zniesienie wszelkich przywilejów urodzenia. Miejsce narodów piastuje wielkomiejskie społeczeństwo atomów, które wraz ze rozrostem ośrodków aglomeracji zastępuje society pojęciem bezkształtnej masy. U podstawy „liberalizmu”, który za swój oręż ma abstrakcyjny traktat, za kuglarza wiecowego mówcę, a za lutnię rodzące się dziennikarstwo, będące dla Spenglera synonimem degeneracji literatury, leży przekonanie o możliwości kontrolowania historii mocą racjonalnego namysłu. To w optyce Spenglera irracjonalny ruch „zawładnięcia żywą historią za pomocą papierowych systemów i traktatów” (s. 147), który nie bierze pod uwagę realistycznej charakteru człowieczeństwa.

Jak bowiem twierdzi Spengler, ton, który wytycza demokratyczno-parlamentarny dyktat ustrojowy, oznacza nihilistyczną aprobatę kategorii ilościowej w miejsce jakości, jaka była zarezerwowana dla wyższej kultury ducha. Jednakże mylne byłoby twierdzenie, jakoby Spenglerowi chodziło tylko i wyłącznie o negatywną w skutkach destrukcję hierarchicznej struktury społecznej. W uznaniu autora „Zmierzchu Zachodu” społeczeństwo stanowe wyrastało na niepodważalnym uznaniu naturalnych nierówności między jednostkami, które generowały pozycję panowania i rządzenia podług rang i zasług. Celem owej formy społecznej, wbrew późniejszym XIX-wiecznym trendom emancypacyjnym, nie było wyrównywanie poziomu socjalnego bądź zabieganie panujących o uznanie masy własnej legitymizacji władzy poprzez generowanie marzycielskich programów wyborczych „powszechnego szczęścia”. Kwestia awansu społecznego w „zdrowo” rozwijającej się kulturze to według Spenglera postawa autoafirmacji siły, a więc specyficznie rozumiana religijność, która nie oznacza instytucjonalnego kultu, lecz jest gotowością na przyjęcie losu i związanego z nim samowyrzeczenia. To bowiem ta cecha, tak kanoniczna dla arystokratycznego ducha, która wyznaczała polityczną rangę wychowawczej odpowiedzialności za los narodu, zostaje finalnie zdetronizowana przez odkrycie, dotąd przemilczanego, bohatera historii powszechnej: niejakiego proletariusza.

Wielki nieobecny realnej historii tzw. wielkich nazwisk i czynów, anonimowy proletariusz, wkracza zdaniem Spenglera w roli ofiary tyranii teoretycznej nowinki, jaką jest walka klas. Proletariusz, a raczej proletariat jako ogniwo zapalne teoretycznie spreparowanej walki klas, to w uznaniu autora „Lat decyzji” forma samospełniającego sie proroctwa, którego mit zostaje wygenerowany przez pacyfistyczne marzycielstwo, a nie przez twarde fakty zasług i rang, jakie wymagane są od bliżej nieokreślonego robotnika. Socjalne postulaty, których korzeniem są ideologiczna walka z własnością i rojenia o powszechnym dobrostanie, uderzają nie tylko w polityczną rangę Państwa, każąc się kolejnym bytom politycznym „rozbrajać”, ale także w formę rodziny, ulegającej wyraźnej destrukcji. Jak zaznacza Spengler, wielkomiejskie ośrodki, w których zaburza się proporcja pomiędzy „pracą ziemi” a kapitałem, stają się modelem życia jednostek skierowanych na siebie. Nie jest to jednakże twórczy indywidualizm, lecz umasowiona powszedniość miejskiej próżni ducha, w której społeczne atomy egzystują w horyzoncie niskich uciech zamkniętej teraźniejszości, podług dyktatu panem et circenses.

Radykalnemu przeorientowaniu ulegają więc nie tylko „skostniała” struktura polityczno- społecznego esprit, lecz także formy wartościowania tego, co „wysokie”, i tego, co „niskie”. Cezura czasowa 1789-1917 wytycza okres permanentnej rewolucji społecznej, której kulminacją jest „dyktatura proletariatu” jako forma społecznej inżynierii powszedniości. Nawiązując do nietzscheańskiego przewartościowania wartości, wraz z dyktatem XVIII-wiecznego racjonalizmu politycznego następuje przewartościowanie ekonomicznych osiągów gospodarki, w której umasowiony indywidualizm umacnia swą siłę, lokując jakość w ilościowo przeliczalnym symbolu władzy: pieniądzu. Zdaniem Spenglera nie jest zatem zasadne rozdzielanie fenomenu politycznych prądów drążących mocarstwa XIX/XX wieku na antagonistyczne bloki ideologiczne socjalizm-liberalizm, lecz październikowy przewrót 1917 roku postrzegać należy jako jedno z odgałęzień wijących się od połowy XVIII wieku w sercu Europy i mających wspólne podłoże w urojonych przekonaniach filozofii politycznej. Azjatyckie zagrożenie, czyli komunizm w postaci krwiożerczego bolszewizmu, zdetronizował ostatecznie ducha Piotra Wielkiego w Rosji, co w rozumieniu Spenglera jest ponurym papierkiem lakmusowym dla tego, co wewnętrznie i zewnętrznie zagraża rasie białej Starego Kontynentu. Wróg bowiem nie stoi jedynie u bram Europy, lecz koczuje już od dwóch stuleci w połaciach jej ducha, ubrany w kostiumy politycznych „ulepszaczy ludzkości”, przyjmując tylko odmienne maski, raz bolszewizmu, innym razem liberalnych utopii, zamykając oczy politycznych marzycieli na to, że „walka to prafakt życia” (s. 40).

Przyrost urodzeń rasy białej na skutek destruktywnych czynników liberalno-socjalnych wyraźnie słabnie, co zdaniem Spenglera obnażyła wielka wojna, ukazując, że straty istnień ludzkich nie są biologicznie możliwe do odrobienia na Starym Kontynencie – a co w bolszewickiej Rosji pomimo krwawego terroru nie jest już tak odczuwalne. Etos małżeństwa, które rezygnuje z dzietności jako swego przeznaczenia oraz upatruje partnera tylko i wyłącznie w apetycie erotycznym, sprawia, że przyrost naturalny względem ras kolorowych i zbuntowanych postkolonialnych ludów wykazuje drastyczne różnice. Dłuższe życie Europejczyków dokonuje się więc kosztem malejącej dzietności oraz rozwoju XIX-wiecznej medycy, która przedłuża życie człowieka bez względu na to, czy „jest ono coś warte, czy nie” (s. 259). Pomimo mrocznie brzmiących westchnień do „naturalnej selekcji” urodzin oraz równie niedoprecyzowanych dywagacji Spenglera na temat pożądanej treści życia faktem jest, że populację przyszłości, która wiąże się z dzietnością, zajmuje na Starym Kontynencie populacja starców, czego nie da się zaobserwować wśród uwolnionych od kolonialnego panowania ras kolorowych. Jak zatem prezentuje się paleta możliwości dla pożądanego samookreślenia Niemiec, które znajdują się z jednej strony w okowach wzrastającej siły bolszewizmu i postkolonialnego przyrostu świadomości wśród kolorowych, a z drugiej strony apogeum cieplarniano-parlamentarnego etapu rozkładu formy cywilizacji zachodniej?

Przyszłość, czyli marginesy literackiego gorsetu Spenglera

Zarysowując zagrożenia „liberalnym pacyfizmem” oraz azjatyckim bolszewizmem, Spengler nie pozostawia swego czytelnika z gotową i klarowną kartą odpowiedzi. Nie jest to, podobnie jak „Zmierzch Zachodu”, lektura jednoznacznych recept i praktycznych rozwiązań, choć zza mglistych sformułowań Spenglera wyziera potrzeba powrotu do etosu zdyscyplinowanego pruskiego ducha oraz wybrzmiewają niebezpieczne pomruki nieuchronnych konfliktów na tle klasowo-rasowym. Nie jest bowiem bez znaczenia fakt, iż Spengler jako jeden z pierwszych znaczących intelektualistów niemieckich wyraźnie zaznaczał, że mówiąc o tzw. wielkiej wojnie, powinniśmy przeformułować naszą nomenklaturę wojny światowej z określenia „wielka” na „pierwsza”, co w latach trzydziestych, a więc okresie wciąż żywej powojennej traumy, nie było wcale zapatrywaniem częstym. Czy pomimo wyraźnie sceptycznego podejścia Spenglera, w myśl którego bez silnych batalionów nie tworzy sie wielkiej polityki, tendencje, o których u początków lat trzydziestych XX wieku wspomina filozof, nie noszą w sobie wyraźnego posmaku współczesnej sytuacji Europy? Czy sformułowania odnoszące się do losów rasy kolorowej, która może wprzęgnąć się w nurt walki klasowej i wyposażona w zachodnie zdobycze techniki zwrócić się triumfalnie przeciwko swym byłym „białym” ciemiężycielom, nie trącą często spotykanym pomrukiem lęku nawiedzającego współczesnych? Może znaczna cześć analiz Spenglera, których osią jest dogmatyczne przekonanie autora o dziejowej roli Niemiec, powinna być nam obecnie o wiele bliższa, niż jesteśmy w stanie podejrzewać na pierwszy rzut oka – oka, które kłuje radykalny wydźwięk niepoprawnych politycznie sformułowań?

Oczywiście, błyskotliwe ustępy „Lat decyzji” nie mogą przesłonić ponurego faktu, jakim jest dojmująca ambiwalencja intelektualnego namysłu względem brunatnej mistyki krwi obozu Hitlera oraz wręcz karykaturalnie przedstawionych tendencji liberalno-socjalistycznych. Nie chodzi rzecz jasna o próbę polemicznego rozliczenia krytyki Spenglera i jego „metafizyki irracjonalności”, jak określał ten styl myślenia Herbert Schnädelbach, jednakże bardziej wytrawny czytelnik z pewnością odczuje, że gorsety intelektualne, jakie Spengler nakłada swym liberalnym przeciwnikom, są nie tylko zbyt ciasne, ale ich krój szyty jest podług wygodnej dla autora miary.

Czy jednakże przepowiadana przez Spenglera forma pracezaryzmu, która oznacza zamknięcie historii na programy partyjne i otwarcie jej na siłę władczej jednostki, nie jest, jak pokazały to późniejsze wypadki historii, w istocie realnym końcem pewnej formy cywilizacji? Oczywisty pod adresem osoby interpretującej tekst z perspektywy osiemdziesięciu lat po jego wydaniu jest zarzut pychy spowodowanej zajmowanym punktem widzenia, z którego mylną profetycznie narrację z lat trzydziestych można empirycznie rozliczyć na podstawie nieugiętych twardych faktów XX stulecia. Przykładem jawnie nietrafionych przeciwwskazań Spenglera pod adresem chociażby rodzącej się III Rzeszy jest zarzut dotyczący niemożliwości zbudowania przez narodowych socjalistów „napowietrznych zamków” bez odczuwalnego przeciwdziałania zewnętrznych mocarstw. Czy najdobitniejszym kontrargumentem na tę obawę nie jest otwarcie ekspansyjno-aneksyjna polityka Hitlera lat 1933-38, która nie tylko mury tych zamków wzmocniła, lecz wręcz inkorporowała nowe? Czy brak zdecydowanej ingerencji ówczesnych mocarstw, które Spengler posądza o uwiąd Ducha przenikający cały parlamentarno-demokratyczny Zachód, nie stał się przyczyną politycznych sukcesów Hitlera, nadając tym samym Spenglerowskiej wizji Niemiec jako ratunku dla Europy wyraz morderczej ironii par excellence? Nie w tym jednakże rzecz, aby z rzekomo „wyższej” czy, lepiej rzecz ujmując, wygodniejszej perspektywy historycznej rozliczać profetyczne gesty Spenglera – nawet jeżeli obecna sytuacja wzmagającej się po naszej wschodniej granicy mocarstwowości i kryzysu na Wschodzie nasuwać może pewne skojarzenia z opisywanymi przez filozofa procesami.

Równie złowrogo w witalistycznej topografii kulturowej Spenglera wybrzmiewa afirmacja wojny, która traktowana jest przez autora „Zmierzchu Zachodu” jako przedłużenie dyplomacji innymi środkami, w myśl zasady Carla von Clausewitza. Czy rzeczywiście my, współcześni, możemy po doświadczeniach hekatomby irracjonalnych maszyn śmierci, jakie zagwarantowały totalitarne demony XX wieku, aprobować w równie lekki sposób kwestię rzekomej konieczności wojny? Czy jej bezapelacyjna obecność w najnowszych dziejach nie powinna być raczej traktowana jako zenit i faktyczny impas polityki, a nie jej kolejna burzliwa faza, na przekór przekonaniu Spenglera, iż bez silnych batalionów nie ma wielkiej polityki? Dziwi bowiem, że afirmacja wojny, którą dyktują Spenglerowi przekonania o drapieżności gatunku ludzkiego, odbywa się tak mimowolnie, zwłaszcza że filozof celnie odrysowuje zmiany w sposobie jej prowadzenia podczas okresu tzw. Stalowych Burz. Maszynowe przyspieszenie powszechnej mobilizacji wojennej, którego obrazem są żyzne od krwi i błota okopy Sommy, gdzie, jak twierdzi Spengler, ilość wygrywa z jakością (duchem), nie daje jednakże prorokowi we własnym kraju wyraźnego impulsu dla krytycznej autoweryfikacji bądź cienia zwątpienia co do jej apodyktyczności, nawet jeżeli z przekonaniem wygłasza on tezę o planetarnym wymiarze kolejnego konfliktu zbrojnego. Zapowiadana przez Spenglera wojna o panowanie mundi universalis, rozstrzygana w opcji wszystko albo nic, nie byłaby we współczesnej optyce, gdzie dostęp do broni jądrowej występuje w zdecydowanym nadmiarze, wojną do jakiegokolwiek pomyślenia – nie mówiąc już o ewentualnej wygranej. U podłoża Spenglerowskiej analizy, która nie tylko polemizuje z typem systematycznych ujęć filozofii politycznej, ale sama usiłuje wymknąć się ostatecznemu dookreśleniu, tkwi pojęcie, które w pełni oddaje janusowe oblicze trudu profetyzmu jutrzenki. To niechciane i groźne brzmiące słowo to wspomniana przeze mnie we wstępie możliwość, której teoretyczno-praktyczna sfera permanentnego niedookreślenia, powiązana z afirmacją życia jako pola walki i bliżej nieokreślonym ideałem „taktyki bycia”, pozostawia retorykę Spenglera otwartą na, jak mówił Thomas Mann, wzmaganie nędzy, której sama jest odbiciem.

Oswald Spengler: „Lata decyzji. Niemcy a bieg dziejów powszechnych”. Przeł. Bogdan Baran. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2015.