Wydanie bieżące

15 lutego 4 (76) / 2007

Ryszard Chłopek,

SZTUKA ZMARTWYCHWSTAWANIA

A A A
Złość. Od niej zaczyna się lektura. Choć nie mam takiego zwyczaju, tym razem przed czytaniem spojrzałem na ostatnią stronę – gdzie Olga Tokarczuk składa podziękowania – między innymi – Kindze Dunin za „lekturę pierwszych wersji i mądre uwagi”. Nerwowo przekopuję pamięć, a potem Internet. Znajduję. Jest! Dodatek do „Gazety Wyborczej” – „Wysokie Obcasy” (30.09.2006), a w nim płomienny felieton Kingi Dunin „Prostactwo i władza”, w którym ta (w sposób, oględnie mówiąc, niewyszukany) atakuje niejaką Magdalenę Miecznicką za krytyczną recenzję „Anny In w grobowcach świata”. Skoro Dunin czytała książkę w roboczych wydrukach, skoro brała udział w powstawaniu ostatecznej wersji powieści, skoro w końcu występuje w obronie koleżanki (jak wynika z podziękowań) – skąd u niej bierze się przekonanie, że zachowuje dystans i obiektywizm niezbędny (mimo wszystko) w dyskusji literackiej? A może to już nie polemika, ale szarpanina, bo ktoś odważył się bić naszych, a naszych bić nie wolno.

Niesmak. Faktycznie mamy do czynienia z szarpaniną, jakąś obleśną polityczną awanturą. Bo Dunin zaczyna swój tekst właśnie tak: „Kiedy po raz kolejny słyszę, że krytycy pisolicji to histerycy, mam uczucie déja vu. Kiedy dzisiejsi histerycy byli u władzy, to za oponentów mieli oszołomów. Teraz oszołomy opanowały centrum nadawania znaczeń, a ich oponenci zostali, dla odmiany, histerykami”. Nie śmiem nawet dociekać, co to wszystko ma wspólnego z literaturą czy książką Tokarczuk. Dalej felietonistka pisze: „wszystko w swoje ręce weźmie ‘Kartoflany Dziennik’ i wystawi swoją słuszną kobietę, na przykład Magdalenę Miecznicką. Odkąd Marta Sawicka z piórkiem jak gąska z ‘Wprost’ poleciała za Bronkiem do telewizji, pojawił się wakat, miejsce dla dyspozycyjnej recenzentki, która nie bacząc na jakiekolwiek walory literackie, załatwi pisarza lub pisarkę z wrogiego obozu”. Niech państwa nie zwiodą pozory – to nie są przytyki personalne, to merytoryczna i rzeczowa dyskusja o micie i jego reinterpretacjach oraz znaczeniach. Telemach wypija bełta, bierze kij i wraca do swojego sektora; jest nieco zamroczony, nie wie, kto z kim gra, kto wygrywa, kto komu kibicuje; ale pamięta jedno – sędzia kalosz!

Uspokojenie. Odkładam książkę. Patrzę w sufit. Przypominam sobie, że moja złość i moje zniesmaczenie nie są winą Olgi Tokarczuk. Ona w końcu tylko napisała powieść. Książka leży przede mną. Jest czerwona, wydano ją w serii „Mity”. Mit będzie pradawny, sumeryjski, pierwotny. W końcu lubię mity – otwieram i czytam.

Zaciekawienie. Oto Anna In schodzi do grobowców. Gdzie jak gdzie – tam nie można się nudzić. Ma walizkę, której „płaskie stopki mlaskają o podłogę”. Idzie w towarzystwie swojej powierniczki Niny Szubur – „każdej, która opowiada”. Najpierw jadą windami przez miasto. Wielkie, mityczne – miasto wszędzie, miasto zawsze. Takie, który każdy z nas nosi w sobie. Takie, w którym wszyscy żyjemy. Ono przez wieki rosło w górę i w dół. Jego część żywa i martwa, mieszkania, windy, kondygnacje, ulice, a pod spodem groby, katakumby, korytarze i ciemność. Ono jest dwojakie – biofilne i nekrofilne. Teraz te dwie części spotkają się ze sobą, bo oto In Anna schodzi do grobowców. Wzywa ją jej siostra – Pani Druga Strona.

Podziw. Mało kto zna język polski tak dobrze, jak Olga Tokarczuk – z jego odcieniami, smaczkami, melodiami, z jego warstwami znaczeń. Niewielu umie opowiadać tak spokojnie, a jednocześnie dynamicznie. Świat przedstawiony jest niezwykły. Być może tylko Jacek Dukaj w „Innych pieśniach” potrafił zbudować kosmos tak odmienny od wszystkiego, co znamy, czego potrafimy się spodziewać po książce. Obie powieści są zresztą do siebie podobne – jeśli chodzi o nastrój, rytm, przedstawianie świata i sposób budowania bohaterów. Tyle że Dukaj trafia bardziej w science-fiction, a Tokarczuk w fantasy. Bo fantastyka oparta na micie tak się właśnie nazywa. Tyle że nie mamy do czynienia z literaturą popularną. Być może zresztą Tokarczuk wymaga od czytelnika zbyt wiele, bo...

...w pewnym momencie przychodzi znużenie. Anna In zostaje w grobowcach, a jej powierniczka, Nina Szubur, odczekuje trzy dni (ech, te mityczne trzydniówki!) i rusza po pomoc. Szuka ratunku u Ogrodnika (kochanka swojej pani) oraz trzech bogów Ojców. Ale mężczyźni są nieczuli, mają swoje zajęcia – muszą sadzić rośliny i wymyślać świat. Bez nich ten by się zawalił, a do tego przecież nie można dopuścić. Jeśli kto poszedł do grobu, sam jest sobie winien. Nina Szubur przypadkiem trafia do Anny Enhudu, a ta opowiada jej o bogini Matce. Na koniec powierniczka udaje się właśnie do niej i otrzymuje pomoc. Szkielet fabularny dobry jak każdy inny. Można i na tej kanwie utkać wspaniałe rzeczy. A jednak brnie się przez te rozdziały niezbyt przyjemnie. Nudzą. Mają wszelkie cechy literatury pisanej na zamówienie dla międzynarodowej serii przez kogoś, komu skończyła się opowieść, ale że pobrał zaliczkę, to musi nabić wierszówkę, więc gada, gada i gada...

Zdziwienie. Już całą recenzję miałem przecież w głowie – „Olga Tokarczuk ponosi porażkę, jej proza jest martwa i zimna”. Ale Anna In wychodzi z grobowców, a razem z nią na karty powieści wraca ikra i życie. I wieloznaczność, jaką wnoszą mity.

Podziw. Kiedyś opowieść o sumeryjskiej bogini i jej podróży w zaświaty przepadła. Nie było jej z nami tak długo. Ktoś ją wykopał spod ziemi, ktoś poskładał kawałki glinianych tabliczek w jeden tekst. Ktoś inny go przełożył. Ale to Tokarczuk nam go przywróciła. Pradawną narrację o... No właśnie – o czym?

Jedni znajdą w Annie In opowieść o romansie życia ze śmiercią, o rozłamie między Erosem a Thanatosem. Inni odnajdą historię o surowej konsekwencji ojców i miłości matek – w ich odwiecznych, archetypicznych rolach. Jeszcze inni pomyślą być może, że ci ojcowie przestają być konsekwentni, gdy im to nie jest na rękę, natomiast matki są do końca wytrwałe nawet mimo miłości; więc istnieje możliwość wyjścia poza owe role, a życie to sztuka podejmowania decyzji. Ale mit o Inannie mówi jeszcze więcej. O podziale na świat męski (konkretny, zadaniowy, pozbawiony empatii) i kobiecy (czuły, wrażliwy, ale też impulsywny i mściwy). O tym, że na mężczyznach nie można polegać – ich miłość jest zbyt krucha, a przed uczuciem kobiety nie można się uwolnić, nawet kładąc ją w grobie lub umierając samemu. O flircie ze śmiercią, która zawsze już pozostawia w nas jakiś obszar destrukcji. O wierności i poświęceniu, bo te potrafią dokonać reparacji.

Możliwości odczytań jest nieskończenie wiele. Tokarczuk zadbała o to, aby żadnego nie zabić, by ocalić jak najwięcej. Spośród wszystkich innych przychodzi mi do głowy i takie, że jest to opowieść o odwiecznej rywalizacji sióstr. O tkwiącej między nimi zazdrości. O złości i wyszarpywaniu sobie czegoś. Tak jak In Anna i Pani Druga Strona wyrywają sobie Ogrodnika, choć być może obie wiedzą, że nie jest tego wart. Tak jak Kinga Dunin i Magdalena Miecznicka kłócą się o marny szpargał słuszności, jakby w ogóle istniał...
Olga Tokarczuk: „Anna In w grobowcach świata”. Znak. Kraków 2006.