Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (287) / 2015

Marek Bochniarz, Hisako Matsui,

BYĆ KOBIETĄ W JAPOŃSKIM PRZEMYŚLE FILMOWYM

A A A
Kino japońskie się zmienia, a na pewno nareszcie ulega spóźnionej feminizacji. Z tego stanu doskonale zdawał relację najważniejszy punkt programu tegorocznej edycji Festiwalu Filmowego Pięć Smaków – sekcja „Kino japońskich reżyserek”. Jej kuratorka, Jagoda Murczyńska, przygotowała listę filmów fascynujących artystyczną różnorodnością. Polska publiczność po raz pierwszy mogła się zmierzyć z zupełnie dotąd jej nieznanymi dokonaniami tak wybitnych reżyserek, jak Miwa Nishikawa, Naoko Ogigami czy Yuki Tanada. Pokazom towarzyszył bogaty program edukacyjny „Akademia Azjatycka”, na który składały się m.in. panel dyskusyjny „Gender za kamerą. Kobiety w przemyśle filmowym” oraz specjalny pokaz filmu dokumentalnego „Nie ma się czego bać” autorstwa Hisako Matsui (19 listopada, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie). Reżyserka zdaje w nim relację z działań ruchu feministycznego w powojennej Japonii.

Marek Bochniarz: To imponujące, że zdecydowała się pani zrealizować swój debiut reżyserski w momencie, gdy niektórzy już kończą karierę. Jak do tego doszło?

Hisako Matsui: Zostałam reżyserką filmową stosunkowo późno, bo dopiero w wieku pięćdziesięciu lat. Wcześniej publikowałam w różnych czasopismach, gdzie pisałam o wydarzeniach kulturalnych czy przeprowadzałam wywiady ze znanymi osobami. Zdarzało mi się też pisać o samych artystach. Czasopisma te w znacznej większości były skierowane do kobiet.

M.B.: Czy przed zrealizowaniem własnego filmu miała pani doświadczenie w pracy na planie filmowym?

H.M.: Wcześniej byłam również producentką seriali telewizyjnych. W wieku czterdziestu lat miałam już swoją własną firmę produkcyjną, która była powiązana kontraktami ze stacjami telewizyjnymi. Bywało nawet tak, że codziennie emitowano cały dwugodzinny odcinek. Można powiedzieć, że były to moje pierwsze kroki w filmowym świecie. Co ciekawe – i paradoksalne – odbiorcami takich seriali były w większości kobiety… a pamiętajmy, że w tamtym okresie producentami filmowymi byli w zasadzie sami mężczyźni.

M.B.: Czy czuła się pani spełniona?

H.M.: To znaczy: czy to było dla mnie sukcesem? Trudno powiedzieć: po prostu cieszyłam się, że mogę napisać scenariusz czy stworzyć samodzielnie coś, co spotka się potem z pozytywnym odzewem ze strony żeńskiej publiczności. Stopniowo liczba odbiorców produkowanych przeze mnie seriali rosła, dzięki czemu nie musiałam narzekać na brak pracy.

W ten sposób funkcjonowałam przez pełnych dziesięć lat, ale, jak wiadomo, serial szybko ulega zapomnieniu – może się podobać przez jakiś czas, ale nie można go przecież ciągnąć w nieskończoność.

M.B.: I wtedy zdecydowała się pani pchnąć swoją karierę w innym kierunku?

H.M.: To wszystko kosztowało mnie naprawdę niemało wysiłku i w końcu pomyślałam, że muszę stworzyć coś znacznie większego, co pozostanie jako mój ślad na tym świecie. I tak narodziła się idea mojego pierwszego filmu pełnometrażowego, „Yukie”. Byłam jednocześnie jego producentką, ale scenariusz napisał dla mnie bardzo znany w Japonii reżyser filmowy Kaneto Shind?.

M.B.: Czego dotyczył ten film?

H.M.: Kobieta, która przyjeżdża z Japonii do Stanów Zjednoczonych, wychodzi tam za mąż. Pięćdziesiąt lat spędza na obczyźnie, po czym zaczyna chorować na Alzheimera. Jej mąż, Amerykanin, codziennie się o nią troszczy. To miłosna opowieść o parze ludzi, którzy zdecydowali się pobrać mimo dzielących ich różnic kulturowych.

M.B.: Dlaczego wybrała pani taką bohaterkę dla swojego debiutu?

H.M.: Ze względu na własną płeć zależy mi na tym, aby protagonistą moich opowieści była właśnie kobieta. Prosiłam Kaneto Shind?, aby to on został głównym reżyserem, ale stanowczo odmówił, upierając się, abym pozyskała większe doświadczenie. I tak w wieku pięćdziesięciu lat dojrzałam do tego, aby zostać reżyserką. 

M.B.: Trzeba przyznać, że wybór kobiety cierpiącej na Alzheimera na główną bohaterkę filmu był odważnym krokiem, zwłaszcza w kinie japońskim.

H.M.: Temat choroby Alzheimera nie był jeszcze wtedy w Japonii tak popularny, ale stopniowo zaczęły powstawać filmy o opiece nad chorymi osobami oraz istocie więzów rodzinnych. Mój kolejny film, „Oriume”, nie bez powodu był kolejną opowieścią powiązaną z tematem tej choroby. Obserwujemy w nim relacje synowej z teściową, która zaczyna chorować na Alzheimera. Rodzina zostaje zderzona z trudnymi problemami. W Japonii bywa, że osoby chore na Alzheimera są dyskryminowane. Jeśli nie zrozumie się chorego, nie można się nim zaopiekować.

M.B.: Czy film spodobał się publiczności?

H.M.: Największym moim sukcesem był właśnie „Oriume”. Film zobaczyło przeszło milion widzów. Wtedy jeszcze w Japonii kobiety nie zaistniały jako reżyserki, a „Oriume” otrzymał wiele nagród i był pokazywany na licznych zagranicznych festiwalach! To film, który wszedł do dystrybucji w 2002 roku, ale do tej pory ogląda go wiele osób. Zaraz po nim nakręciłam „Leonie”, który pokazywany był również w Polsce, trzy lata temu na Festiwalu Transatlantyk. Muzykę do niego skomponował zresztą Jan A.P. Kaczmarek. To była już wysokobudżetowa produkcja. Chociaż nie umiem mówić dobrze po angielsku, udało mi się dwa filmy zrealizować w Stanach Zjednoczonych. Jakoś od razu potrafiłam się zasymilować w tamtym społeczeństwie.

M.B.: Czy trudno było pani jako kobiecie pełnić funkcję reżyserki?

H.M.: Kobiety nie mają w Japonii dużego doświadczenia w kwestii przejmowania inicjatywy. Na czele filmu stoi reżyser, a pod sobą ma wyłącznie innych mężczyzn. Japończycy, nawet obecnie, czują się bardzo nieswojo, kiedy kobieta stoi na czele przedsięwzięcia. Może rzeczywiście powoli się to zmienia, ale kiedy zaczynałam karierę reżyserską, bardzo dotkliwie to odczuwałam. I było mi momentami naprawdę ciężko. Zwróćmy też uwagę na to, że rola producenta jest przecież zupełnie różna od zadań reżysera filmowego. Na samym początku nie ma się zresztą wielkiego doświadczenia. Dlatego wyreżyserowanie pierwszych dwóch filmów było dla mnie szczególnie trudne. Przedtem rola kobiet reżyserek w kinie japońskim była właściwie marginalna…

M.B.: Dlaczego?

H.M.: Kobiety po prostu nie parały się kręceniem filmów pełnometrażowych. Trochę inaczej sytuacja wyglądała, jeśli chodzi o kino dokumentalne.

M.B.: Mogłaby pani podać przykład ze swoich doświadczeń?

H.M.: Bardzo trudziłam się przy pracy nad „Yukie”. Aktorzy nie słuchali moich poleceń, gdy tłumaczyłam im, jak chciałabym, by grali. Współpraca przebiegała opornie. Realizacja filmu była niejednokrotnie wstrzymywana. Gdy ich prosiłam, by grali w określony sposób, oni mówili, że to nienaturalne i w ten sposób ciągle się kłóciliśmy. Wszyscy na planie patrzyli na mnie z pewnym dystansem, bardzo chłodnym wzrokiem. Aktorka, która grała główną rolę, w pewnym momencie powiedziała, że rezygnuje i wraca do Japonii. Przy pierwszym filmie męczyłam się niemiłosiernie. Przy drugim wszystko szło już znacznie sprawniej. Chciałam, aby widzowie zrozumieli problem choroby Alzheimera i zobaczyli, w jaki sposób członkowie rodziny współpracują ze sobą, aby pomóc choremu. Może dzięki temu filmowi ktoś zrozumie, że właśnie tak, a nie inaczej, należy postępować.

M.B.: Czy mogłaby pani opowiedzieć o pisarzu i tłumaczce – bohaterach swojego trzeciego filmu, „Leonie”?

H.M.: Zarówno Léonie Gilmour, jak i Yone Noguchi byli wybitnymi postaciami. O Léonie jednak właściwie mało kto słyszał. Zazwyczaj to mężczyzna znajduje się w centrum zainteresowania. To na niego spływają sława i chwała. Celowo zamiast Noguchiego umieściłam w centrum Léonie, by to właśnie o niej widz się czegoś dowiedział.

M.B.: Jaki los przypadł w udziale Léonie Gilmour?

H.M.: Zakochała się w mężczyźnie i miała z nim dziecko, ale ostatecznie on ją porzucił. To naprawdę przykry los. Ona jednak nie przejmowała się zanadto tym nieszczęściem. Odwróciła kartę swojego losu i przezwyciężyła go, myśląc pozytywnie i samodzielnie się realizując. To jest właśnie kobieca siła. Kobieta samodzielnie wybiera sposób, w jaki żyje i idzie naprzód, na przekór przeciwnościom losu. Dlatego Leonie tak bardzo chce, aby jej syn Isamu też stał się artystą. Artyści stoją bowiem ponad wszelkimi granicami.

M.B.: Dziś Isamu Noguchi uchodzi za wyjątkowego amerykańskiego artystę!

H.M.: Syn Leonie był w połowie Japończykiem. Z tego powodu matka obawiała się, że może być dyskryminowany. Uważała, że jeśli stanie się artystą, to będzie mógł żyć swobodnie w jakimkolwiek kraju. Pewnie to jej ambicja i talent sprawiły, że chciała, aby syn poszedł w jej ślady. Leonie kochała mocno swojego męża, ojca Isamu, który był rzeźbiarzem. Kompleks artysty był w tej rodzinie niezwykle silny.

M.B.: Czyli był to film o artystach, ale z silnym pierwiastkiem feministycznym.

H.M.: Tak jak mówiłam, kobieta ma ograniczony dostęp do wykonywania określonych zawodów; w swoim życiu przeżywa wiele ciężkich chwil. Chciałam zamierzyć się z tematem pozycji kobiet, patrząc wstecz na ich rolę w Japonii. W filmach często widzimy kobietę walczącą o swoje prawa, postawioną w trudnych sytuacjach. Na szczęście obecnie kobiety w Japonii mają się trochę lepiej.

M.B.: Dlaczego postanowiła pani zrealizować film „Nie ma się czego bać”, w którym udokumentowała dzieje powojennego ruchu feministycznego w Japonii?

H.M.: Chciałabym, aby widzowie zrozumieli, że poprzednie pokolenie włożyło wiele wysiłku w to, by rzeczywistość była inna. Kobiety w Japonii obecnie normalnie pracują. Nie są już dyskryminowane. Stało się tak wyłącznie dzięki temu, że starsze pokolenie to wywalczyło. W filmach zawsze ujawniam pierwiastek siebie – to, że jestem samodzielną kobietą i jako jednostka zderzam się z rożnymi problemami. Przede wszystkim muszę pomyśleć o rzeczach, które mnie bezpośrednio dotyczyły. Tylko wtedy mogę stworzyć film.

M.B.: Co było najtrudniejsze w przypadku realizacji tak ambitnego filmu?

H.M.: Najtrudniejsza sprawa to wciąż pozyskanie środków finansowych. Jestem zarówno producentem, jak i głównym reżyserem. W przypadku „Yukie” pozyskanie funduszy zajęło mi trzy lata; podobnie było przed nakręceniem „Oriume”, natomiast zanim nakręciłam „Leonie”, zbierałam pieniądze aż sześć lat! W Ameryce mężczyzna chce iść do wojska, wyruszyć na wojnę. W Japonii jest inaczej i to chciałam w tym filmie pokazać. 

M.B.: Odniosłem wrażenie, że pani dokument uzupełnia niekompletny obraz studenckich protestów z lat 60. i 70. ubiegłego wieku z dokumentu K?jiego Wakamatsu „Zjednoczona Armia Czerwona” (2007), gdzie wydaje się, że tylko faceci walczą o niby „męską” sprawę. Czy chciała pani nawiązać do tego filmu, aby sprzeciwić się takiej osobliwej wizji japońskiej historii, zdominowanej przez mężczyzn?

H.M.: Widział pan ten film? Co za zbieg okoliczności! Po zobaczeniu mojego filmu jeden ze znanych dziennikarzy filmowych powiedział mi właśnie, że powinnam nakręcić wersję „Zjednoczonej Armii Czerwonej” Wakamatsu z kobietą w roli głównej! Powiedział to dziennikarz z gazety „Asahi”.

M.B.: Czy pani zdaniem kino japońskie już się zmieniło i czasy dominacji „męskiego punktu widzenia” odejdą w niepamięć?

H.M.: Na czele japońskiego społeczeństwa stali wówczas mężczyźni. Ostatnio wiele uwagi poświecą się takiej aktorce, jak Sakura And?. Po typach kobiet, jakie gra, widać wyraźnie, jak wielki postęp już dokonał się w japońskim kinie. Swoją drogą, uważam za wspaniałe to, że w polskich filmach wiele uwagi poświęca się kobietom, które na dodatek często mają silne charaktery!

M.B.: Jakie są pani filmowe plany?

H.M.: Po II wojnie światowej Japonia zmieniła konstytucję; nie mogła ani posiadać własnej armii, ani dalej walczyć. W ostatnich czasach japońska polityka zmierza w bardzo niedobrym kierunku. Obecny premier Japonii Abe Shinz? dąży do zmian w konstytucji i walki ramię w ramię ze Stanami Zjednoczonymi. Jest to bardzo trudny i ryzykowny temat, ale chciałabym kiedyś nakręcić dokument traktujący o japońskiej konstytucji. Młodzież w Japonii obecnie nie chodzi na wybory, dlatego ludzie tacy jak Abe je wygrywają. Powoli przygotowuję się do nakręcenia filmu o tym, jaką wartość ma nasza konstytucja, która przecież przez siedemdziesiąt lat pozwoliła Japonii utrzymać stan pokoju.

M.B.: Bardzo dziękujemy za rozmowę – to zaszczyt nareszcie poznać panią osobiście!

Tłumaczenie i redakcja: Nikodem Karolak.