Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (287) / 2015

Przemysław Pieniążek,

NOWY BLASK PERŁY Z LAMUSA (KONG THE KING)

A A A
Film… przepraszam, komiks, który za chwilę państwo obejrzą, trudno uznać za standardową przeróbkę klasycznej opowieści o smutnych (także sercowych) perypetiach gigantycznej małpy. Ale przecież już sam tytuł produkcji Osvaldo Mediny – urodzonego w Angoli, choć związanego z Portugalią wyjątkowo zdolnego rysownika i sprawnego scenarzysty – uczula odbiorcę na to, że doskonale znana mu historia kochliwego goryla (w doprawdy WIELKIM stylu podbijającego amerykańskie kina już w roku 1933) zostanie przedstawiona w co najmniej przewrotny sposób. I proszę mi wierzyć, tak też się dzieje.

Oczywiście, Medina nie od razu wyciąga wszystkie asy z rękawa. Ekspozycja mnoży fabularne klisze, dokumentujące przybycie ekipy filmowej na tropikalną wyspę, na której masywy skalne i jaskinie zdradzają wyjątkowe podobieństwo do złowieszczych czaszek. Malowniczy plener z wodospadem, sumiennie uchwycony przez oko kamery, w niedługim czasie staje się miejscem osobliwego spotkania. To właśnie w tym ustronnym zakątku ciemnowłosa piękność zażywa porannej kąpieli, która o mały włos nie kończy się dla bohaterki tragicznie.

W rajskiej lokacji nie mogło bowiem zabraknąć węża, aczkolwiek pozbawionego kusicielskich aspiracji. Z gadzich splotów ratuje dziewczynę… kto? Masywny, imponujący wzrostem autochton o łagodnym obliczu i równie spolegliwym charakterze. Efektywność oraz medialny potencjał drzemiący w tym niewinnym dziecięciu natury nie uchodzi uwadze reżysera, roztaczającego przed życzliwym osobnikiem wizję wielkiej przygody, czekającej nań w odległej wielkomiejskiej dżungli. Tym sposobem sympatyczny łowca dobrowolnie opuszcza rodzinną ziemię, by na własnej skórze poznać jasne i ciemne strony życia w amerykańskiej metropolii.

Brzmi obiecująco, prawda? Zapewniam, że „Kong the King” jest spełnioną obietnicą dobrej rozrywki – zaskakującej, dowcipnej, chwilami wzruszającej, a w dodatku fantastycznie wykorzystującej pozawerbalne środki artystycznej ekspresji. Nieme, czarno-białe (aczkolwiek podkolorowane sepią) dzieło Osvaldo Mediny to wysokiej klasy widowisko, które urzeknie czytelników kompozycyjną maestrią. Ten montaż kadrów, pamiętne ujęcia, ta brawurowa zmiana planów, lekkość w prowadzeniu narracji! O, tak, „Kong the King” uraduje miłośników kina przygodowego, choć zadośćuczyni nadziejom także tych odbiorców, którzy lubią solidną rozrywkę wzbogaconą o tak zwane „drugie dno”.

Produkcja portugalskiego autora – szczędząc widzom wizualizacji górnolotnych tez czy zanudzania patetycznymi sekwencjami – celnie trafia w czułe punkty ludzkich przywar i słabości. Chciwość, chorobliwa zazdrość, małostkowość, żądza sukcesu – to kategorie obce tytułowemu bohaterowi wrzuconemu w świat zblazowanych celebrytów oraz wszelakich grup interesu pragnących uprzedmiotowić, a w konsekwencji do cna wykorzystać marketingowy fenomen „szlachetnego dzikusa”. Metaforyczny aspekt opowieści Mediny skłania do uniwersalnej refleksji nad tym, jak często zapominamy o takich pozornych oczywistościach, jak konieczność bycia sobą niezależnie od okoliczności. Albo o potrzebie dostrzegania wokół siebie osób, rzeczy i zjawisk, dzięki którym nasze życie nabiera niepowtarzalnego charakteru. Pozbawione słów, a przecież tak wymowne dzieło Osvaldo Mediny świetnie sprawdza się jako komiksowy odpowiednik nastrojowego seansu filmowego, utrzymanego w naprawdę „starym”, ale wyjątkowo żywotnym stylu.
Osvaldo Medina: „Kong the King”. Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy. Warszawa 2015.