Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (287) / 2015

Jakub Skurtys,

I PO JĘZYKACH MIŁOŚCI (MICHAŁ CZAJA: 'SFORY')

A A A
Jeśli porównać nowy tomik Michała Czai „Sfory” (Poznań 2015) z jego debiutem „Bo to nowa krytyka będzie o miłości” (Warszawa 2011), w oczy rzuci się przede wszystkim odejście od nadmiaru teoretycznie zapośredniczonych metafor, od pisania metaliteratury, która nie może uwolnić się od ciężaru przeczytanych lektur i przemawiających zza wszystkiego dekonstrukcjonistów, Michela Foucaulta oraz Rolanda Barthes'a (bo chodziło wszak o dyskurs miłosny i jego polityczno-ekonomiczne konsekwencje). Ale w debiutanckiej książce więcej było też eksperymentu formalnego, więcej odwagi w zabawach z typografią, do tego naddatek ilustracyjny, który trzeba potraktować jako jej integralny element. Był to też tomik na swój sposób osobisty, napędzany impetem monologu lirycznego, najczęściej w pierwszej osobie, pisany trochę jak rozprawa z samym sobą, z pragnieniem wspólnoty i zarazem lękiem przed nią, z niemocą i chęcią wywikłania się ze społecznych konwenansów oraz pokoleniowej optyki.

Lekturze „Sfor” towarzyszy wrażenie, jakby Czaja zrezygnował z walki z własnym tekstem, podmiotem i czytelnikiem na rzecz walki ze światem zewnętrznym, z rzeczywistymi problemami i konfliktami lub jeszcze szerzej: z rzeczywistością jako taką. Pozornie to ona odgrywa kluczową rolę w nowym tomie, choć nadal jawi się głównie przez pryzmat języka, jako zbiór haseł i obwieszczeń, dotyczących problemów o charakterze ekonomicznym, społecznym i politycznym (tu głównie konflikt syryjski). To świat widziany jako agon, którego nie można w żaden sposób rozstrzygnąć, który bombarduje zewsząd informacjami, przekrzywieniami, szumem i redundancją, ale też świat niesłychanych uproszczeń, przed którymi próbuje ocalić nas poezja i wpisana w nią metaforyczna nieokreśloność. Gdybym pisał w dawnym, partyjnym języku, stwierdziłbym, że jest to tom szlachetny, że serce autora bije po właściwej stronie, a jego literatura jest ideowo słuszna. Ale taka rekomendacja dziś nic dobrego Czai nie przyniesie, spycha go raczej w rejony archaicznego myślenia o polityczności jako pewnej ideologicznej nadbudowie, zamęczającej naszą literaturę. A to z kolei nijak ma się do bliskich mi deklaracji, jakie czynił autor w swojej krytycznej i teoretycznej działalności, np.:

„Śmiem twierdzić, że literatura nigdy nie pozbyła się swojego pierwiastka rewolucyjnego i jej podstawy bycia w świecie wciąż są opisywalne wedle maksymy: sztuka jako chwyt. Wcześniejszy, poststrukturalny zwrot, będący emblematem kryzysu i niemożności mówienia własnym głosem, był być może niezbędną próbą odreagowania traumy XX wieku. Koniec terapii! Czas odstawić leki dekonstrukcji, nadszedł moment działania!” (tegoż: „Nowa humanistyka a performatywność literatury”).

Nie ulega wątpliwości, że „Sfory” to poezja „zaangażowana”, czyli taka, która wprost porusza istotne współczesne kwestie społeczne, a czyni to z mocno lewicowej perspektywy (zwracali już na to uwagę poszczególni recenzenci). Nie ma się zresztą czemu dziwić, skoro Czaja od dłuższego czasu związany jest ze środowiskiem „Wakatu”. Problem polega na tym, że jego wiersz jest głównie i w pierwszej kolejności ideowo słuszny. Choć można go wywieść od Konrada Góry, Szczepana Kopyta czy Kiry Pietrek, trzeba by raczej ? choć może to dziwne skojarzenie ? zestawić go z afektywnym radykalizmem tekstów Rafała Gawina i skłonnościami do teoretyzowania Adama Pluszki („Zestaw do besztań”) i Pawła Kozioła („Metale ciężkie”). Nie czuć w poezji Czai tego, co cechowało tę patronacką w pewnym sensie trójkę: że wiersz jest aktem politycznym już na poziomie formalnym, estetycznym, że jest (aż) wezwaniem do działania i (zaledwie) artystycznym gestem o niewielkim symbolicznym znaczeniu. A przecież wiadomo, że rewolucyjny formalizm, oparty na analogii między formami sztuki i produkcji, bliski jest autorowi „Sfor”. W jednym z wierszy pojawia się na zasadach motta fragment o automatyzacji z Wiktora Szkłowskiego, który od razu projektuje nam afirmatywną koncepcję współczesnej „sztuki jako chwytu” ? zaskoczenia, udziwnienia i zarazem silnego gestu oporu.

W „Sforach” jest wszystko, co być powinno w dobrej literaturze społecznej, pojawiają się słowa, które wprost wprowadzają nam różne lewicowe porządki teoretyczne i socjalistyczną z ducha wrażliwość. Ale słowa te pojawiają się zaledwie jako etykietki wplecione w gorączkowy monolog. Wypływają z podmiotu w dziwny sposób zadowolonego z siebie, z tego, że ma o czym pisać, że tyle problemów trzeba jeszcze poruszyć i że są one właściwie nierozwiązywalne. Stają się przez to zaledwie sloganami, miejscami pustymi, o które trzeba dopiero stoczyć swoje symboliczne starcia: nomadyczność, gniew mas, wegetarianizm, przemoc instytucji, imigranci, opór ? wszystkie te idee wyglądają trochę jak wycięte z publicystycznych stron „Krytyki Politycznej”, z felietonów Kingi Dunin i Sławomira Sierakowskiego, wspartych może głosem Przemysława Wielgosza i Mikołaja Ratajczaka (żeby nie pozostawać tak zupełnie w jednym medium). Nie twierdzę bynajmniej, że w wierszach takich haseł być nie powinno. Przeciwnie: o taką właśnie literaturę walczę od dawna w kolejnych szkicach i recenzjach. Ale tomik Czai uświadamia mi, że jednak nie do końca o taką, że chodzi mi w literaturze o coś więcej, niż tylko ważne zagadnienie, poruszone z odpowiednią świadomością teoretyczną i wrażliwością społeczną. Pod słowem „odpowiednio” kryją się oczywiście szeroko pojęte ideologie lewicowe, ku którym się skłaniam i które uważam za ryzykowną, choć jedyną drogę w przyszłość. I tutaj się z Czają w pełni zgadzam, w pełni się z nim, że tak powiem, solidaryzuję i unomadyczniam zarazem. Możemy się oczywiście emocjonować narracyjnym kunsztem wierszy autora, możemy zastanawiać się, jak metaforyzuje obraz albo jak zręcznie wycina pewne słowa i wplata je w zdanie (choć widzę tu też wiele miejsc, które zwykle podchodzą pod kategorię młodzieńczego zauroczenia możliwościami eufonii, aliteracji i homonimii). Możemy, ale to wszystko działa jakby obok samego tomu, przykryte polityczną ideą, choć świetnych fraz oczywiście u Czai nie brakuje:

„skamlań o dokarmienie ciała nikt nie lubi skamlań one są tanie

ssą tanie esencje już nie będzie esencji tylko pusty plac zabaw”

(„będzie taniec nomadów”);



„twój jest język i ja go będę gryzł aż poczuję

w cudzym krzyku że przyłapałem siebie”

(„zakłady strategiczne”);



„no i mamy problem z naszym systemem produkcji

wiosną rodzą się psy i ludzie ale tylko u psów można

zauważyć znaczny przyrost masy bio logicznie rzecz

biorąc w lędźwiach zawiązuje się przeciw nam zabójczy układ”

(„oddajmy dzieci literaturze!”).



Nieustannie upominam się o to, żeby nie traktować rozłącznie treściowych i formalnych elementów wiersza, jako zaangażowanych albo klerkowskich, żeby pokazać, jak bardzo to właśnie poetyckie, językowe, formalne aspekty (wciąż są to wiersze, wciąż jesteśmy w literackim polu!) mają znaczenie dla lektury, dla potencjalnie projektowanej wspólnoty, dla ekonomii afektów, sytuacjonistycznego przechwycenia czy nowego, otwartego podmiotu. Dlatego nie mogę ot tak napisać: książka Michała Czai kontynuuje linię zaangażowanej, lewicowej poezji, od ? powiedzmy ? Góry, przez Kopyta, Bąka, Taranka po Domagałę-Jakucia. Z różnym skutkiem, ale jednak to kwestia formy prowokowała tam zwykle do zadania pytań o granice suwerenności, o relacje ze zwierzętami, o kapitalizm i utowarowienie, a wreszcie o siłę i skuteczność poezji. Najgorsze, co lewicowej literaturze można zrobić, to przegadać ją, zagadać czytelnika na śmierć, zamęczyć bagażem ważnych haseł, bez obudowania ich artystycznie, zrobienia z nich wiersza czy powieści (chyba że wiersz ten ma celowo zostać unicestwiony, przekroczony, dialektycznie zniesiony na oczach czytelnika, ale to zupełnie inna kwestia). Michał Czaja balansuje na tej niebezpiecznej granicy dyskursywności, nie przekracza jej, ale niewiele mu brakuje, nawet jeśli mówienie z(za) marginesu to część jego założeń.

Świadomość, jak lewicowy w założeniach jest ten tomik, sprawia, że traktuję go bardziej surowo od np. propozycji „Toposu” czy noworudzkiego Mamiko. Kiedy jednak Czaja pisze w imieniu wspólnoty, o „naszym działaniu” i „naszym oporze”, przypomina mi się literatura stanu wojennego i reaguję alergicznie, jak kiedyś Grzegorz Wróblewski: „gatunek / to ja i on // jeśli my razem / to ja / nie” („Razem” z tomu „Ciamkowatość życia”). Nie jestem zwolennikiem silnego, zawłaszczającego wszystko, modernistycznego podmiotu; przekonują mnie nadal utopijne projekty otwarcia, teologicznego zerwania, wspólnoty afektu, ekonomii daru, nawet ironii czy śmiechu, jako podstawy przedefiniowania egocentrycznego „ja”, szczególnie podatnego na neoliberalne kompromisy. Ale to się w wierszach Czai raczej nie dzieje i nawet wtedy, gdy pompuje on zacne „my” albo zwraca się wprost do „ty”, odnoszę wrażenie, jakby jego podmiot oczekiwał nie rozmowy, a adoracji ze strony czytelnika, jakby się nieustannie wywyższał i czekał na uznanie zasług. Jeśli to jest właśnie próba wyjścia poza dekonstrukcję, poza postmodernistyczną bezradność i odwlekanie działania, to mnie ten nowy, „usilniony” podmiot na razie nie przekonał i do boju nie zachęcił, chociaż poetyka chwytliwych haseł zapada w pamięć: „wasza ekonomia ma wobec naszych dzieci szczególne roszczenia” („oddajmy dzieci literaturze!”), „przemoc jest w słoikach a ferment jest w słownikach” („lewą stroną”) „ich złość nie mieści się w nas ich złość mści się na nas” („wiec pop parcia dla syrii chleba i palestyny”).

Ale trzeba też dostrzec drugą stronę owego „my” ? krytyczną i słabą. Jeśli w poprzednim tomie nieustannie konfrontowana była relacja ja–ty, obowiązująca w obrębie dyskursu miłosnego, z ja–my, funkcjonującym na zasadzie plemiennego urzeczenia i pozoru (np. tzw. „towarzystwo literackie”), to w „Sforach” tak pojęta plemienność nie stanowi już przedmiotu zainteresowania. Bohater wydoroślał i tym samym osamotniał jeszcze bardziej:

„nikt nie poda mi nogi za którą mógłbym się ukryć jak kiedyś

gdy była to noga matki w windzie teraz każdy mój krok jest tylko mój

dlatego chodzę ostrożniej po nazwach ulic”

(„wojna nie ma w sobie nic z kobiety”).

Pisała trafnie po pierwszym tomie Katarzyna Lisowska, że choć „ukazana przez niego [Czaję] zbiorowość boryka się z kryzysem wartości, a dostępne jej wyznaczniki tożsamości są powierzchowne i nietrwałe […] to stanowi ona jedyną wspólnotę, w imieniu której podmiot może się wypowiadać” (Lisowska 2012: 151). Kwestia reprezentacyjności, ten główny problem współczesnej lewicy, pozostaje w tomie Czai bardzo ważna. O ile poprzednio „w imieniu” rzeczywiście dotyczyło pewnej pokoleniowej optyki, o tyle w „Sforach” przesuwa się na bliżej niezdefiniowane obszary przygodnych wspólnot powiązanych afektywnie. Toczy się taktyczna, partyzancka walka o pozycje, w której „my” równie dobrze może oznaczać grupę zwierząt, co skłotersów. Każda zawiązywana teraz przez Czaję wspólnota musi funkcjonować trochę inaczej, poszukiwać jakiejś podstawy poza plemiennością, poza zasadą przynależności, na marginesach: w języku ofiar, zwierząt, nie-ludzi, czasem w erotyku, uzupełnionym jednak o świadomość ekonomicznych zależności, które opisał Foucault („miłość w fukushimie”, „w nocnym klubie”, „skłot”, doskonała i najbardziej „formalistyczna” „składnia”). Nie wiem, jak miałoby to wyglądać w praktyce, ale w teorii rozbroił poeta łatwość nowej lewicy, jej tęsknotę za byciem razem, za komunami i artystycznymi kolektywami. Oba tomy Czai warto przy tym czytać razem, obserwując, jak zmienia się podeście autora do wspólnotowości i gatunkowości, jak słabnie jego wiara, i tak już mocno nadwątlona w pierwszej książce. W debiucie znalazł się wiersz „las jest trzeźwy”, w „Sforach” zaś wersy: „w naszych trzeźwych przedsądach poza granicami miasta / lasy są pijane i nikt nie zmusza nas do wspólnych zabaw”, które sygnować mają inny porządek, inną utopię („po imprezie poetyckiej zdjęcie drugie”). Cały ten wiersz odnosi się zresztą do debiutanckiego „po imprezie poetyckiej zdjęcie z komórki”. Hipsterska, poetycka, późnonowoczesna wspólnota o charakterze towarzyskim, wspólnota zabaw, imprez i zapośredniczonych w autonomii literackiej pustych gestów (przypomina się Times New Roman Kopyta) może zadeklarować tylko ironicznie:

„więc koledzy zróbmy sobie wspólne zdjęcie

to ostatni gest na jaki nas stać przed kolejnym

zrywem ciepłych kołder by utrwalić resztki

twarzy i dać sobie możliwość powrotu w tę opowieść

o naszej próbie wyłudzenia kolejnych wejściówek

o naszym świętym i świeżym jeszcze szaleństwie”

(„po imprezie poetyckiej zdjęcie z komórki”, z tomu „Bo to nowa krytyka...”).

Ta świetna rytmicznie i składniowo końcówka, opisująca jednak bezradność literatury i literatów, w nowym tomie przechodzi w gorzkie:

„widziałem jak jeden z kolegów przyszedł w klapkach kubota

miał poranione kostki i chyba spał gdzieś na skłocie

właśnie tak wygląda rewolucja ma chude brudne nogi”

(„po imprezie...”).

Najbardziej nie-ludzkim nośnikiem znaczenia pozostaje w tomiku Czai dobrze już zakorzeniony w poetyckim języku pies. Bliżej mu jednak do figury warczącego i skamlącego kundla z poezji Konrada Góry, do stawania-się-psem jako podgatunkiem, zmuszonym do przyjęcia roli ofiary w niesymetrycznej relacji z człowiekiem, niż np. do bezpańskiego, ironicznego „psiego losu” z wierszy Adama Wiedemannna czy transgatunkowej empatii u Ilony Witkowskiej. To dobre, kunsztowne i ważne wersy: „gryźć rękę pana która karmi siebie gryźć rękę pana która gryzie / nie wszystko jest przyjemnością tekstu nie wszystko jest nagrodą” („litania”), „ubój jest w nas jak pies czujny szuka granic oporu”. Wyraźny naddatek uzyskany tu dzięki pominięciu interpunkcji tworzy niebanalne połączenia między „ubojem”, „psem” i „poszukiwaniem granic oporu”. Inny fragment, na zasadzie pewnej dźwięcznej zbieżności, przywodzi na myśl pozorny wybór z fraz „sos keczup sos keczup” z wiersza Kopyta:

„jak klasa średnia jest wiara średnia jest wyobraźnia

i czucie zupełnie nie wspólne pies czy suka pies czy suka

spróbujcie nas otagować to macie w ryj! chodź i poczuj ten mój gest



miłosny bo tylko na tyle można się do nas zbliżyć na tych zasadach

wolnorynkowych bliżej się nie da niż na odległość smyczy

chcesz to warcz na mnie warcz a na pewno nasze wołanie usłyszą”

(„do władz lokalnych”)

„Do władz lokalnych” to w ogóle najbardziej problematyczny wiersz w tomie: w pewnym sensie programowy, traktujący o działaniach aktywistów, które przechodzą w metafory pozaludzkiej koegzystencji, afektywnie nacechowany, dynamiczny, trochę partyzancki, a przez to zyskujący charakter ponowoczesnego manifestu, odpowiedzi na brak sił i brak możliwości.

W debiutanckiej książce Czai znalazło się kilka świetnych tekstów. To te, którym najbliżej do płomiennej dykcji Kopyta: „z lewej strony naszego miasta”, „tu w pracy czyli nigdzie”, „pożycz mi swoje majtki” czy „secondhand”:

„za dużo podniet uzależnień i innych głosów pokolenia

uwikłani w politykę życia codziennego ekonomię fraz

testujemy na sobie jak króliki manię grafu grafo manię

nieustającego powrotu szprych z kijem w kole społecznie



pozwólcie się odkleić od skandalu rzeczy samej w sobie

bo i nasze języki połykane zabierają nam oddech

trzeba by było usiąść i popatrzeć jak zostawiamy Las Vegas

jak mądrze zbawimy się udławieni metafizyką nieobecności



ja już prawie zostawiłem się w tym secondhandzie

i niech robią co chcą niech mnie opylą gdy tylko przyjdzie wiosna

reszta może sobie płynąć w światełkach i gwarze My rozproszona

w melasie wszystkich ośrodków stylu i przyzwolenia”

(„secondhand”, z tomu „Bo to nowa krytyka...”)

Ten przedostatni wiersz z „Krytyki…” był zarazem pewnym przekroczeniem i zapowiedzią innej poetyki: odejściem od ponawianych wciąż deklaracji niemocy, od egocentrycznego poszukiwania własnego miejsca w zdezorganizowanej przestrzeni języków i głosów, od wtórnych już idei polityczno- i teoretycznoliterackich na rzecz nomadycznej wspólnoty, działającej zawsze na marginesie konkretnego terytorium. Ale taka gromadna („sfory”) optyka broni się tylko w szaleńczym pędzie „połykanych języków”, w gwarze i rozproszeniu, w szumie komunikatów. I tutaj pojawia się patronat już nie Barthes'a (dyskursu miłosnego) i Foucaulta, ale przede wszystkim Deleuze’a, jego deterytorializacji, od której w pewnym sensie zaczynają się „Sfory” wierszami „granica gatunkowa”, „będzie taniec nomadów” i „gdy wychodzimy z domu”, a kończą tekstem „stołecznie”:

„wystarczy wsłuchać się w rytm gazet by zrozumieć

że ziemi jest coraz mniej a terytorium nas przerasta

ale nie ma nas bo my to przemoc wspólnoty gdzie jest

ten nowy kod do twoich zamieszkań i rozmów

które tak bardzo chcieliśmy wyprowadzić z lęku”

(„gdy wychodzimy z domu”);



„no więc to są nasze stada można po nas oprowadzać jak na wybiegach

pozbierane zewsząd podobnej szarej maści wszystkośmy kundle psze pani

[…]

oni o tym wiedzą chowają się za wzgórzem gdzie są żyźniejsze ulice

tak długo tworzyliśmy szczeliny przez które nomadyczne dupska

nie są w stanie się przecisnąć tam tylko pysk sterczy i ślina cieknie

nie ma odwrotu trzeba utrzymać pozycje i wygryzać dalej”

(„stołecznie”).

Jeśli wspólnota, to odpowiedzią na tęsknotę za nią pozostają tytułowe „sfory”. Tytuł tomu wprowadza pewien buntowniczy, niepokorny ruch, ale pozwala zarazem zadać pytanie: „jaka sfora?”. Ta dawna, myśliwska, jako określenie psów gończych lub nawet rzemienia, na którym je prowadzono, a więc sfora ujarzmiona? Ta współczesna gromada dzikich psów lub wilków, a więc anarchiczna, groźna i niepodległa, bo nie-ludzka? Czy ta metaforyczna, czyli gromada ludzi, a więc pejoratywna i mizantropijna wobec własnego gatunku? Innymi kategoriami: humanistyczna, posthumanistyczna czy antyhumanistyczna?

Napisał Paweł Kozioł afirmatywnie o tym tomie:

„W przeciwieństwie do Szczepana Kopyta, Kiry Pietrek czy Konrada Góry, Michał Czaja proponuje bowiem poetykę głosu fundamentalnie niepewnego. Głosu, który nie formułuje gotowych recept, lecz stara się określić swoje miejsce w świecie słabo podatnym na jednoznaczny opis. […] Kiedy zaś język dobrego poety zaczyna wykazywać podobną bezradność, wówczas najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie głosi, że stoi za tym proces myślowy, który dotarł do ściany. Że w tym wierszu się myśli, a nie tylko referuje. I przede wszystkim: że myśli się o czymś, co sprawia trudność” (P. Kozioł: „Nasze mięso miesza się z resztą zwierząt…”).

Nie jestem aż tak afirmatywnie nastawiony do propozycji Czai, bo i nie całkiem mogę ją odczytać w kategoriach bezradności zamierzonej, zaplanowanej, wiersza, który celowo rozkłada przed nami ręce w geście kapitulacji. Przeciwnie: mam wrażenie, że bezradność dotyczy tu nie głosu jako takiego, ale właśnie języka i warsztatu. Głos przemawia z pełnym przekonaniem, sygnuje ten tomik nader mocno, nawet jeśli nie udziela prostych odpowiedzi. Czy proces myślenia powinien przebiegać jednak w samym wierszu? Czy to, że się „w nim” myśli, jest argumentem broniącym pewnego komunikacyjno-publicystycznego chaosu? A może czytam nieuważnie, za mało wnikliwie, może nie chcę zobaczyć w książce Czai tego emancypacyjnego potencjału, którego poszukuję na ogół w poezji (poza wrażeniami estetycznymi i egzystencjalnymi)? Podobnie jak w poprzednim tomie, pojedynkuje się autor ze swoją warszawskością, z „warszawką” jako ucieleśnieniem tego, co w zbanalizowanej kulturze, pełnej chit-czatów, hipsterów i infotainment, najbardziej szkodliwe. Zauważał to już Roman Kurkiewicz na okładce „Bo to nowa krytyka…”: „szuka w socjologicznym języku młodych i wykształconych własnego rytmu i dystansu”. Ale młodość i wykształcenie, którymi na każdym kroku odznacza się wiersz Czai, są na dłuższą metę męczące, zniechęcające, to nadal „lewica studentów i hipsterów” (jak określił kiedyś partię Razem w felietonie TP Paweł Reszka, zob. tegoż: „Razem i osobno…”).

Zasługują na szacunek próby wyłamania się z prostego klucza ideowego. Zasługuje na szacunek podstawowa kwestia: obraz transgatunkowej wspólnoty formułowanej ze zwierzęcych pozycji, będący wyrazem ekokrytycznej wrażliwości. Z łatwością da się do tych wierszy wracać, jako do ważnego dla polskiej poezji świadectwa postępów lewicowej wrażliwości. Im dłużej czytam ten tom, tym lepiej się w tych wierszach czuję, tym lepiej odnajduję w nich również swoją perspektywę. Tylko czy tak powinno być? Nie jestem pewien, bo „Sfory” to przecież wyraz nieufności, braku zaufania jakimkolwiek lewicowym dyskursom. Choć są one niezbędne do przemyślenia świata, są równocześnie bezradne w starciu z nim, i tomik Czai pokazuje tę aporię całkiem przekonująco. Od rozmawiających ze sobą poetów-intelektualistów wolę mimo wszystko nieobliczalną twórczość Ryby, bluźnierczego Szymona Domagały-Jakucia i Piotra Parulskiego czy surrealistycznie ukierunkowanego Piotra Przybyły. I nie jest tak, że w ich tekstach nie występuje refleksja o współczesnym świecie, podparta lewicową wrażliwością. Po prostu refleksja ta nie wyprzedza języka, nie sytuuje wiersza, nie usadza go w jednym miejscu, w jednej pozycji. Z tomikiem Michała Czai mam właśnie taki problem: że ideowe zaplecze unieruchamia sam wiersz. Ale to z pewnością jeszcze nie koniec, a warszawski poeta jeszcze bardziej zradykalizuje swój sposób pisania. Jeśli będzie równocześnie rozwijał marginalną pozycję, z jakiej chce do nas mówić podmiot, i pozostawał w poetyce miejskiej guerilli, możemy spokojnie czekać na kolejne, ciekawe i ważne teksty.



Literatura:

M. Czaja: „Nowa humanistyka a performatywność literatury”. http://wakat.sdk.pl/nowa-humanistyka-a-performatywnosc-literatury/ (dostęp: 15.11.2015).

P. Kozioł: „Nasze mięso miesza się z resztą zwierząt”. „Dwutygodnik” 2015, nr 172, http://www.dwutygodnik.com/artykul/6232-nasze-mieso-miesza-sie-z-reszta-zwierzat.html (dostęp:15.11.2015).

K. Lisowska: „Puls wielkiego miasta w poezji”. „Czas Kultury” 2012, nr 1.

P. Reszka: "Razem i osobno", https://www.tygodnikpowszechny.pl/oczekiwana-zamiana-30801 (dostęp 15.11.2015).
Michał Czaja: "Sfory". WBPiCAK. Poznań 2015.