Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (287) / 2015

Grzegorz Mucha,

CLOCKENFLAP 2015

A A A
Festiwal Clockenflap w Hongkongu zainicjowano w 2008 roku. Jest to impreza rozwijająca się, z roku na rok gromadząca coraz pokaźniejsze oraz coraz znamienitsze grono artystów. W tym roku jego propozycja artystyczna była wyjątkowo szeroka. Oczywiście wiele festiwali muzycznych rozrasta się, przypominając z czasem grające wesołe miasteczko. Ale Clockenflap od swego zarania pomyślany został jako festiwal prezentujący różne dziedziny sztuki, który dopiero z biegiem lat został zdominowany przez muzykę.

Impreza trwa trzy dni, rozgrywa się na czterech scenach oraz w licznych namiotach rozrzuconych w West Kowloon, które to miejsce obecnie ulega dynamicznym przemianom. W przyszłości ma tam powstać kompleks budynków mieszczących sale koncertowe i galerie sztuki. Tymczasem, co roku, pod koniec listopada, zjeżdżają się tłumy chętnych, aby obcować z muzyką, innymi rodzajami sztuk oraz… ludźmi z całego niemal świata.

Poniższy opis będzie dotyczyć wyłącznie wydarzeń trzeciego dnia festiwalu. Pierwszym wykonawcą, o którym chcę wspomnieć, był Shugo Tokumaru z Japonii. Ów multiinstrumentalista zebrał grono bardzo poprawnie grających muzyków, a przedstawiona przez niego stylistyka oscylowała pomiędzy ambitnym popem i rockiem alternatywnym. Wydaje się, że artysta ma szansę wkrótce przesunąć się wyżej w festiwalowych hierarchiach, co nieodmiennie skutkuje występami w coraz późniejszych porach. O ile Tokumaru wystąpił na scenie Atum, to następny zespół zaistniał na scenie głównej, zwanej Harbourflap. Było to trio Soak rodem z Irlandii Północnej. Właściwie jest to autorski projekt dziewiętnastoletniej dziewczyny Bridie Monds-Watson, która koncertuje wraz z basistą i perkusistą. Jej nieco marzycielskie, gitarowe ballady były czasami wzmacniane narastającymi lawinami dźwięków, które jednak kończyły się, aby Bridie mogła rozpocząć swą partię wokalną. Artystka mimo młodego wieku ma zakontraktowaną trasę koncertową, a jej występ w Hongkongu dzień wcześniej poprzedził koncert w upalnej atmosferze Singapuru. Mogę śmiało polecić jej występy na żywo wszystkim fanom nowej gitarowej ballady. Powrót pod scenę Atum przyniósł niespodziankę rodem z Mali. Kwartet Songhoy Blues przedstawił udaną stylistycznie mieszankę bluesa z szeroko rozumianą odmianą muzyki afrykańskiej. Zaimponowali dobrym zgraniem i sporymi umiejętnościami instrumentalnymi, a co za tym idzie, mocnym i skonsolidowanym brzmieniem. Sądzę że w Polsce, gdzie blues i jego okolice cieszy się sporym zainteresowaniem, mogliby się stać atrakcją niejednego festiwalu. Wkrótce potem na scenę główną wyskoczyły dziewczyny z francuskiego Nouvelle Vague. Zaprezentowały momentami nieco desperacko brzmiący retro-pop. Był to dobry koncert, ale można było odnieść wrażenie, iż liderki wraz z zespołem lepiej czułyby się w mniejszej, a przede wszystkim, zamkniętej sali koncertowej. Poza tym otwarta przestrzeń nie sprzyjała ich warunkom wokalnym. Podobno grupa zaliczana jest do odnowicieli francuskiej piosenki. Dziwić może zatem częste sięganie po anglosaskie covery (np. „Just Can’t Get Enough” z repertuaru Depeche Mode).



     



W poszukiwaniu sceny Electriq, na której miał wystąpić DJ (turntablist) Kid Koala, można się było znaleźć w zasięgu ostrzału moździerzowego sceny Yourmum. Trwał tam występ chińskiej grupy death-metalowej Flesh Juicer. Wokalista z głową wieprza dość trafnie definiował prezentowaną stylistykę. Była to iście metalowa rzeźnia. Widać Chińczycy także dostali się w wir światowego ruchu death-metalowego. Wynikłe z tego małe opóźnienie nie było wielką stratą. Na scenie Electriq, albo raczej na stołach owej sceny, trwało w najlepsze „kręcenie talerzami”. Obserwując niezmiennie fascynujące otoczenie Hongkongu, można stwierdzić, że zaprezentowana ścieżka dźwiękowa miała szansę stać się na chwilę miłym dodatkiem. Ale dotąd chyba nikomu jeszcze nie udało się stworzyć właściwej oprawy muzycznej dla tego miasta-państwa. Powrót pod scenę Harbourflap spowodowany był ciekawością, z jaką chodzi się czasami do cyrku, albowiem Nile Rodgers ze swoim flagowym zespołem Chic jest jak stary, jeżdżący na dwóch kołach, chevrolet. Jego bezustanne nawoływania „dance, dance, dance” zdradzały wszystko, co grupa miała do zaoferowania. A jednak hity złotej epoki disco brzmiały znakomicie, bo jego instrumentaliści potrafią grać, jak mało kto (najmniej ciekawie wypadł lider). Ale Chic to teraz, jak wiele innych grup, prawdziwy cover band. Nile Rodgers bowiem postanowił przypomnieć wszystkim, jak bardzo jest znanym i cenionym producentem i bezceremonialnie, z udawanym namysłem, w jednym ze swoich licznych przemówień, wyliczył ze sceny wszystkich swoich „podopiecznych”. W związku z tym usłyszeliśmy także „Notorious” Duran Duran, „Like a Virgin” Madonny oraz „Let’s Dance” Davida Bowie. Zdaje się, że ten ostatni utwór przeżywa ostatnio swój koncertowy comeback, gdyż całkiem niedawno słyszałem go „na żywo” w wykonaniu grupy Morcheeba. Widać upodobali go sobie artyści zbliżeni do wszelkich tanecznych rytmów r'n'b czy soul. Najjaśniejszymi punktami występu zespołu były bez wątpienia dwie szykowne i bardzo dobrze śpiewające wokalistki, które sprawnie wymieniały się partiami wokalnymi.

Chcąc usłyszeć coś oryginalnego, należało oddalić się w trakcie występu Chic ponownie pod scenę Atum, bo tam prezentowało się już trio The Battles. Był to niezwykle dynamiczny występ, który swoim bezkompromisowym przekazem prawdopodobnie zmusił część słuchaczy do oddalenia się w bezpieczniejsze okolice. Znani ze współpracy z wydawnictwem WARP muzycy zaprezentowali swoiście minimalistyczne podejście do muzyki, która, głównie poprzez mocne użycie bębnów, wciąż pozostaje rockiem. Agresywnie brzmiąca gitara i bas, wspierana przez elektronikę oraz wspomnianą, intensywną perkusję, tworzyła dosyć awangardowy pas transmisyjny dla przeniesienia idei minimalistycznej rodem ze współczesnej, amerykańskiej sceny muzyki „poważnej”. Zespół zakończył swój występ przed czasem i dosyć szybko pożegnał się ze słuchaczami.



      



Tymczasem już po chwili na główną scenę wyszli muzycy New Order, będący największą tego wieczoru atrakcją koncertową. Grupa po niedawnych przetasowaniach personalnych, spowodowanych przez odejście Petera Hooka, powróciła z nowym albumem „Music Complete”. Nie zawiesiła też życia koncertowego. Przyjęto nowego muzyka, a także powitano z powrotem, nieobecną przez jakiś czas, Gillian Gilbert. Zespół zagrał kilka utworów z ostatnich lat (także najnowszy „Restless”), by po nich rozpocząć wędrówkę wstecz. Pojawiały się i znikały kolejne tematy z lat 90., a zwłaszcza 80. Galop w czasie doprowadził do bisu, kiedy to zabrzmiał „Love Will Tear Us Apart” z repertuaru Joy Division. Muzyka, wraz z którą na ogromnym ekranie pojawił się napis „Joy Division Forever”, sprawiła, iż na chwilę Hongkong zamienił się w Manchester. Zaraz potem był drugi bis, którym, jak można było się spodziewać, było „Blue Monday”. Ten dynamiczny, taneczny, a zarazem nieco nostalgiczny występ zakończył ósmą edycję festiwalu Clockenflap. Rok 2015 przyniósł największą liczbę wydarzeń muzycznych ze wszystkich dotychczasowych festiwali. Być może nawet sztuki wizualne na tym nieco ucierpiały. Dla porządku przypomnę jedną z nich. Był to barak „Magnet Palace”, w którym można było wejść w świat sztuki konceptualnej. Tamtejsze instalacje, mające swój wspólny mianownik w magnesie, reagowały na pojawienie się odwiedzających. Był to swoisty gabinet krzywych luster w mini świecie zwichrowanej grawitacji. Należy przypuszczać, iż kolejny festiwal będzie bogatszy o ile pozwolą na to plany zagospodarowania przestrzennego West Kowloon. Ale idea Clockenflap z pewnością pozostanie.
Clockenflap Hong Kong’s Music & Arts Festival: 27/28/29 listopad 2015; West Kowloon Cultural District.

Fot. Kinga Owczennikow.