Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (288) / 2015

Jędrzej Dudkiewicz,

RASISTOWSKI ROCK (ROCK THE KASBAH)

A A A
Ani scenarzysta Mitch Glazer, ani reżyser Barry Levinson nie są w kinie debiutantami. Zwłaszcza ten drugi potrafi robić filmy wybitne („Good Morning, Vietnam”, „Rain Man”). Tym bardziej dziwi fakt, że – na dodatek przy tak dobrej obsadzie – ich współpraca przy filmie „Rock the Kasbah” zakończyła się spektakularną klęską.

Richie Lanz jest podstarzałym muzycznym managerem, zajmującym się głównie wspominaniem, z jak wielkimi sławami kiedyś współpracował i jak wiele szalonych przygód przeżył. Pewnego dnia bohater dostaje propozycję, by jego podopieczna, Ronnie, pojechała w trasę koncertową zorganizowaną dla żołnierzy stacjonujących w Afganistanie. Przypadkowo na miejscu Richie spotyka Salimę, Pasztunkę o niesamowitym talencie wokalnym.

Aż trudno zdecydować, od czego zacząć litanię negatywów, którymi raczy publiczność „Rock the Kasbah”. Z dziełem tym związane są dwa główne problemy. Pierwszy to taki, że zupełnie nie wiadomo, po co film ten powstał. Po ostatniej scenie pojawia się plansza informująca, że twórcy dedykują go Setarze Hoseinzadah, która miała odwagę wystąpić w afgańskiej edycji programu przypominającego „Mam talent” lub „X Factor”. Bardzo jednak wątpię, aby była ona zadowolona z takiego hołdu. „Rock the Kasbah” w większości składa się ze scen zupełnie niepotrzebnych, nic nie wnoszących i w żaden sposób ani nie posuwających akcji do przodu, ani nie rozwijających bohaterów. Mam wrażenie, że nawet Levinson nie wie, o co dokładnie mu chodziło i co chciał przekazać. Drugim problemem i największą, moim zdaniem, wadą omawianej realizacji jest rasizm. Wielokrotnie „żartuje” się tu z afgańskiej kultury, sami zaś tubylcy pokazani są albo jako zapatrzeni w amerykański styl życia i marzący o cywilizacji, albo jako barbarzyńcy powarkujący o honorze i zabijaniu wszystkich dookoła. Wymowa filmu jest zwyczajnie obrzydliwa i rechotać na niej będą chyba tylko zwolennicy skrajnej prawicy.

Wydaje się to tym bardziej prawdopodobne, że chociaż „Rock the Kasbah” zostało zaklasyfikowane jako komedia, to humoru w filmie nie ma za grosz. Na palcach jednej ręki policzyć można momenty, w których widz może co najwyżej uśmiechnąć się pod nosem. Żarty sytuacyjne i dialogi są po prostu żenująco nieśmieszne. Dodajmy do tego w większości bardzo źle dobrane piosenki, sporo scen, które nakręcone są w taki sposób, jakby nadzorował je amator, a otrzymamy kompletny obraz nędzy i rozpaczy.

Tym bardziej szkoda dobrej obsady. Na drugim planie zupełnie niewykorzystani przemykają Zooey Deschanel oraz Bruce Willis – o ich postaciach wiadomo tyle co nic, są całkowicie jednowymiarowe, więc trudno wymagać od odtwórców aktorskich popisów. Richiego Lanza z kolei gra Bill Murray, aktor znakomity, ale nawet on nie jest w stanie uratować „Rock the Kasbah”. Nie wydaje się też, aby specjalnie mu na tym zależało. Chyba dobrze wie, że jego bohater jest złożony ze schematów oraz trzech cech charakteru na krzyż.

Dla wszystkich najlepiej by było, gdyby „Rock the Kasbah” nigdy nie powstało. Skoro jednak już jest, należy o nim jak najszybciej zapomnieć.
Rock the Kasbah”. Reżyseria: Barry Levinson. Scenariusz: Mitch Glazer. Obsada: Bill Murray, Bruce Willis, Zooey Deschanel, Kate Hudson i in. Gatunek: komedia. Produkcja: USA 2015, 106 min.