Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (288) / 2015

Magdalena Kempna-Pieniążek,

BÓG. SPÓŁKA Z O.O. (BÓG WE WŁASNEJ OSOBIE)

A A A
Zaczyna się iście biblijnie: jest państwowy spis ludności i towarzyszące mu objawienie, jest szeroko komentowana publiczna działalność, a nawet proces, w którego trakcie Stwórca zasiada na ławie oskarżonych. Cała reszta to ciąg mniej lub bardziej szalonych spekulacji na temat tego, co by było, gdyby Bóg we własnej osobie pojawił się we współczesnym świecie.

Nie ufam komiksowi Marca-Antoine’a Mathieu. Nie dlatego, że „Bóg we własnej osobie” to praca słaba – wręcz przeciwnie, pod względem kompozycyjnym i estetycznym jej lektura stanowi źródło dużej przyjemności. Opowieść o niespodziewanym, choć mało spektakularnym przybyciu Boga i jego konsekwencjach oferuje sporo inteligentnego humoru, garść wartych przyswojenia cytatów z rozmaitych klasyków, a nawet co nieco intermedialności, chociaż bowiem z komiksem mamy tu do czynienia, to autor nie stroni od sięgania po narracje zakorzenione w telewizji, teatrze, kinie czy radiu. „Bóg…” jest też, oczywiście, dziełem w pewnej mierze autotematycznym: przecież w pewnym momencie komentuje nawet tworzenie komiksów o Bogu.

Z szalonego pędu tekstów i kontekstów wyłania się podstawowa koncepcja dzieła Mathieu, którą można byłoby określić jako ukazywanie zaniku idei na rzecz komentarza do idei. Początkowo fenomen Boga opiera się na bezpośrednich interakcjach z otoczeniem; im dalej w las, tym więcej jednak zapośredniczeń: Bóg zostaje otoczony szczelnym kordonem prawników, a na jego wizerunku i działalności nadbudowuje się olbrzymia franczyza, obejmująca literaturę, komiksy, filmy, spektakle teatralne, blog, park rozrywki oraz rozmaite gadżety. Stopniowo Bóg, którego oblicza nigdy zresztą nie poznajemy (zawsze prezentowany jest od tyłu lub za zasłonami uniemożliwiającymi pełne rozpoznanie rysów jego twarzy), znika; pozostaje po nim zaledwie „problem Boga”.

„Jestem wyższą formą zorganizowania, której nie należy lekceważyć. Jestem bytem o prawie zerowym współczynniku entropii. A przez to mój współczynnik entropii może też dążyć do nieskończoności” (s. 77) – mówi o sobie tytułowy bohater, wyraźnie akcentując własną paradoksalną naturę. Postrzeganie Absolutu na zasadzie coincidentia oppositorum wydaje się bliskie Mathieu, który ukazuje Boga jako przeciętniaka (jednak o aparycji wręcz starotestamentowej), posiadającego niezgłębioną wiedzę (a równocześnie twierdzącego, że pragnie pozostać niemowlęciem), chętnie rozmawiającego z tymi, którzy chcą go poznać, a jednak nie udzielającego żadnych wiążących odpowiedzi. W dyskusji toczącej się wokół jego osoby padają odwieczne pytania o istnienie/nieistnienie, o pierwszą przyczynę, a nawet klasyczne zawołanie: „Unde malum?”. Stosy dokumentacji rosną w nieskończoność, a fenomen wciąż wydaje się niezbadany.

W na poły humorystycznej spekulacji Mathieu pojawiają się tony silnie antykonsumpcjonistyczne. „Bądźmy szczerzy: Bóg to chodzące bogactwo, w sensie komercyjnym. No dobrze, w duchowym też” (s. 98) – słowa padające na sali sądowej odzwierciedlają kierunek rozwoju fabuły komiksu. Chociaż bowiem Bóg spotyka się z rozmaitymi naukowcami, a nawet z psychoterapeutą, to najbardziej brzemienne w skutki są jego interakcje z popkulturą, proces, na mocy którego tytułowy bohater stopniowo przeistacza się w rozpoznawalną markę. Nie do końca wiadomo, co właściwie za pomocą tego motywu autor zamierzał poddać krytyce: czy tabloidyzację współczesnych mediów, z łatwością zamieniających każdą świętość w tani towar? Czy może ogólną tendencję współczesnej kultury, zgodnie z którą wszystko – w tym abstrakcyjną ideę – da się sprzedać, o ile ma się odpowiedni plan kampanii promocyjnej? A może krytyka uprawiana przez Mathieu ma wymiar bardziej uniwersalny, będąc drwiną z kompulsywnej potrzeby racjonalizowania i nadawania utylitarnego charakteru niemal każdemu przejawowi życia, także duchowego?

Bóg w jego komiksie zostaje zamieniony w newsa, news zaś zostaje sprzedany i zanalizowany przez ekspertów; wszelkie świadectwa są zbierane, wszelkie opinie uwzględniane, aż wreszcie sytuacja osiąga taki poziom absurdu, że fizyczna obecność Boga nie jest już do niczego potrzebna – nakręcona za jego sprawą spirala popytu i podaży świetnie funkcjonuje i bez niego. W tym aspekcie dzieło Mathieu opowiadałoby o zawłaszczeniu idei – już nie konkretnie idei Boga (choć ten aspekt wydaje się najistotniejszy), lecz w zasadzie każdej idei, która raz utknąwszy w trybach medialnej machiny, staje się czymś w zasadzie nieosiągalnym (zamiast do Boga, mamy dostęp do jego tekstów lub tekstów o nim), a zarazem podatnym na niekończące się manipulacje.

Co ciekawe, Mathieu jak ognia unika tematu politycznego zawłaszczenia idei Boga. Jego komiks chce być quasi-filozoficzną ciekawostką, lecz zostawia po sobie zaskakująco gorzkie wrażenie już nawet nie niedopowiedzenia, lecz przemilczenia. Być może dlatego tak trudno jest mi tej pracy zaufać. Godland, jaki w pewnym momencie kreują eksperci od wizerunku Boga, w swojej kiczowatości jest zaskakująco poprawny politycznie – koncentrując się na chrześcijańskim postrzeganiu Absolutu, całkowicie pomija kontrowersje związane ze zideologizowaniem (nie tylko współczesnych) religijnych dyskursów. Mam wrażenie, że znacznie ciekawszy komiks powstałby, gdyby Mathieu zapytał nie o to, jak Bóg odnalazłby się w realiach szalejącego konsumeryzmu, lecz o to, jakie stanowisko przypadłoby mu w udziale w rzeczywistości zdominowanej przez dyskusje o fundamentalizmach i świętych wojnach. Bez tego kontekstu propozycja autora pozostaje erudycyjną, lecz w głębi dość miałką rozrywką.
Marc-Antoine Mathieu: „Bóg we własnej osobie” („Dieu en personne”). Tłumaczenie: Olga Mystowska. Wydawnictwo Kultura Gniewu. Warszawa 2015.