Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (288) / 2015

Andrzej Juchniewicz,

RUINY ISTNIENIA (LAWRENCE L. LANGER: 'ŚWIADECTWA ZAGŁADY')

A A A
Mów, jak Ty się czujesz z moim bólem…”

Pierwsze polskie wydanie książki Lawrence’a L. Langera „Świadectwa Zagłady. W rumowisku pamięci” (wydanej w 1991 roku przez Yale University Press) przez Żydowski Instytut Historyczny świadczy o chęci budowy homeostazy wewnątrz holocaust studies; z jednej strony obserwujemy pojawiające się z zawrotną szybkością, godną pochwały, świadectwa, dzienniki i relacje ocalonych, z drugiej zaś, zaangażowanie polskich badaczy i ich pasję gromadzenia i wydawania bogatego materiału badawczego z komentarzami, dysertacje autorów doskonale znanych w środowisku badawczym (Alina Cała, Bożena Keff, Anna Landau-Czajka, Andrzej Żbikowski) oraz wznowienia kanonicznych dokumentów Zagłady m. in. „Walka i zagłada białostockiego getta” Szymona Datnera. Brak jednak kluczowych i o wiele starszych opracowań zagranicznych. Nie posiadamy pełnych przekładów prac Shoshany Felman, Berela Langa (poza książką „Nazistowskie ludobójstwo. Akt i idea” [Lublin 2006]), Marianne Hirsch ani tomów „Women and the Holokaust” pod redakcją Dalii Ofer i Lenore Weitzman oraz „Experience and Expression. Women, Nazis, and the Holokaust” pod redakcją Elisabeth Baer i Myrny Goldenberg.

Sytuację częściowo zmienił miesięcznik „Literatura na Świecie”, zamieszczając w numerze 1-2 z 2004 roku przegląd najwybitniejszych prac o Holokauście. Znajdziemy tam teksty Langera „Neutralizowanie Holokaustu”, „Scena pamięci. Rodzice i dzieci w tekstach i świadectwach Holokaustu”, „Nauczanie i kryzys albo meandry edukacji” Felman, „Lekcja praworządności a pamięć heroiczna” Douglasa, „Przedstawianie zła: etyczna treść a literacka forma” Langa, „Awangarda i kicz raz jeszcze. O etyce reprezentacji” Saltzman i wielu innych teoretyków. Jednak ten wachlarz reprezentatywnych i niewspółmiernych do reszty dokonań artykułów to zbyt mała propozycja dla zainteresowanych problematyką Shoah. W polskich rejestrze bibliograficznym Lawrence L. Langer należy do grona badaczy pomijanych i spychanych na margines. Specjaliści wciąż posiłkują się zagranicznymi wydaniami, zaś laicy pozbawieni są możliwości zaznajomienia się z długą listą prac autorów zagranicznych, którzy przystąpili do badania zeznań i świadectw kilka lat wcześniej niż Jacek Leociak, Aleksandra Ubertowska, Barbara Engelking, Dorota Krawczyńska i Sławomir Buryła. Wydaje się, iż polskie wydanie pracy Langera zmieni tę sytuację, jesteśmy bowiem gotowi przyjąć z entuzjazmem trzytomowe dzieło Raula Hilberga „Zagłada Żydów europejskich” (Warszawa 2014), które stało się bestsellerem, wznawiane są pamiętniki dziecięcych diarystów, m.in. „Dziennik. Pięć zeszytów z łódzkiego getta” Dawida Sierakowiaka, który jest kompletnym wydaniem dziennika (w 1960 roku przez Wydawnictwo Iskry opublikowane zostały dwa pierwsze tomy pod tytułem „Dziennik Dawida Sierakowiaka” ze wstępem Adolfa Rudnickiego, zaś w 1966 roku odnaleziono kolejne trzy zeszyty), literatura wspomnieniowa powraca do łask, badania nad Holokaustem osiągają niebywałe rozmiary, wchłaniają reprezentacje popkulturowe i nowe formy przekazu (komiks, film, zdjęcia). Jesteśmy świadkami budowania multiinstrumentalnego archiwum Zagłady, w którym sąsiadują ze sobą albumy, reportaże, dokumenty, świadectwa, relacje, komiksy, filmy i muzyka. Lawernce’a L. Langera nie może w nim zabraknąć z dwóch powodów.

Po pierwsze: amerykański badacz przejrzał ponad trzysta relacji wideo zdeponowanych w Fortunoff Video Archive for Holokaust Testimones założonym przy Uniwersytecie Yale w 1982 roku, część zaś włączył do swej książki. Pośrednio sięgamy do relacji nieosiągalnych, więc praca Langera ma charakter popularyzatorski (podobnie jak książka Leociaka „Tekst wobec Zagłady. O relacjach z getta warszawskiego” [Wrocław 1997], który zbiera i analizuje teksty zdeponowane w Yad Vashem w Jerozolimie oraz kibucu Lohamei Hagetaot, czyli Bojowników Getta w Izraelu). Po drugie: zrywa z martyrologicznym sposobem celebrowania świadectw ocalonych. Asumpt do tego sądu daje Langerowi autor artykułu zamieszczonego w „Boston Globe” z 2 września 1989 roku, zachęcający do obejrzenia dokumentu „Partisans of Vilna” wyświetlanego w telewizji edukacyjnej, w którym Aba Kowner wyznaje, że wyprowadził matkę z domu będącego jej kryjówką, co równało się z wydaniem jej w ręce oprawców. Wspomniany autor artykułu klasyfikuje ów czyn jako „opowieść o świeckim zbawieniu” (s. 21) i wszelkiej działalności ruchów oporu w Europie. Demistyfikatorski projekt Langera opiera się na przywracaniu głosu ocalonym, ale bez intencji heroizacji ich czynów oraz ferowania wyroków wobec usłyszanych historii, w których ocalał jeden członek rodziny (często przyczyniając się do śmierci pozostałych). Kodę książki stanowi celebrowanie pamięci neurotycznej, która jest konceptem Franka Ankersmita: „(…) są rzeczy w naszej wspólnej przeszłości, których nigdy nie przyswoimy, które powinny powodować powracające i przewlekłe choroby i nerwice. (…) Są bowiem rany, które stale powinny boleć, a w życiu cywilizacji choroba jest czasami lepsza niż zdrowie” (Ankersmit 2004: 422; podkr. F.A.). Langer pisze: „Materia ustnych narracji dotyczących Zagłady w swojej treści i sposobie prezentacji opiera się porządkującemu impulsowi teorii moralnej i sztuki. Czy za sprawą tego oporu narracje pozostają bliżej swojego źródła, tkwiącego w bólu prześladowań? Wyłania się z nich coś na kształt nagiej prawdy, dzięki której odzyskujemy dla nowoczesnego ducha anatomię melancholii – części naszej udręki i naszego losu. Dla byłych ofiar Holokaust jest nieuleczalną zbiorową raną. Oto podtekst ich świadectw, lament zagłuszany ozdrowieńczym gwarem na powierzchni życia. Słuchanie tego gwaru nie sprawia nam kłopotów. Natomiast gdy podtekst ich historii stanie się dla nas wspomnieniem tej zbiorowej rany, będzie to oznaczało, że zaczęliśmy pojmować dziedzictwo pamięci nieheroicznej i znaczenie »ja pomniejszonego« dla naszych czasów” (s.200; podkr. A.J).

Langer udowadnia, iż los ocalonych nie układa się w spójną, logiczną historię, dla której opowiedzenia potrzebna jest rama modalna wyznaczana przez klasyczne kwantyfikatory narracyjności: koniec i początek. Zazwyczaj świadectwa te urywają się (w sensie teleologicznym i aksjologicznym) po wyzwoleniu z obozu. Świadkowie prezentują osobowości naznaczone traumatycznymi przeżyciami, ich pamięć funkcjonuje wedle odmiennych reguł, powracając do pewnych sekwencji wydarzeń, naświetla nowe (dla interlokutora) reguły i zasady funkcjonowania w sytuacji opresyjnej. Nieustanne napięcie zmysłów i strach doprowadzały do stępienia odruchów współodczuwania, (pozornego) wygaszenia reakcji emocjonalnych (quasi-egoizm). Relacje ocalonych przybierają formę lakonicznej, telegraficznej informacji o zagładzie braci, sióstr, dzieci, rodziców, przyjaciół, co dla interlokutorów pozostaje kwestią problematyczną, ale to pamięć – upokorzona i udręczona – podsuwa makabryczne obrazy i degraduje rolę ocalonego, wywołuje poczucie winy z powodu fatalnych pomyłek i zwrotów akcji. Wystarczy przywołać świadectwo Abrahama P. (znamienne, że Langer nie ujawnia personaliów rozmówców, choć niektóre świadectwa wideo dotyczą osób znanych; wydaje się, iż woli się koncentrować na semantycznej roli przekazu niż indeksalnej informacji nominalnej): „Powiedziałem młodszemu bratu, a był jeszcze dzieckiem, powiedziałem mu: »Solly, gej Cu Tate un Mame« [Idź do taty i mamy]. A on poszedł – jak to małe dziecko. Nie miałem pojęcia, że posyłam go do krematorium. Jestem… czuję się, jakbym go zabił. Mój [starszy] brat, który mieszka teraz w Nowym Jorku… mówi o nim przy każdym spotkaniu ze mną; powtarza: »Nie, to ja jestem odpowiedzialny, bo powiedziałem ci dokładnie to samo. I też nie daje mi to spokoju«. Zastanawiałem się, czy dotarł do mojej matki i ojca, i że chyba naprawdę do nich dotarł. Pewnie powiedział: »Awrum hot mir gezugt, Dos ich zol gejn mit ajch« [Abraham powiedział, że mam iść z wami]. Zastanawiam się, co myśleli matka i ojciec, zwłaszcza jak ich wszystkich… kiedy wszyscy poszli do krematorium [czyli do komory gazowej]. Nie mogę przestać o tym myśleć. Boli mnie to, męczę się, i nie wiem, co zrobić” (s. 184; podkr. L.L.L.). Takich świadectw Langer przywołuje dziesiątki (zwraca też uwagę na dużą liczbę relacji dotyczących kanibalizmu). Sytuacje te pozbawione są logiki i kwantyfikatora moralnego; w obozach panował całkowity brak zasad i reguł, które pozwoliłyby nowoprzybyłym dokonać szybkiej dedukcji, która uratowałaby rodzinę. Do komór gazowych odsyłano całe rodziny, pozostawiając przy życiu pojedynczych ich członków, których dręczyły wyrzuty sumienia i poczucie winy. Świadectwa holokaustowe pełne są takich rozłąk i spotkań w zaskakujących miejscach budzących grozę. Żywulska wspomina: „Któregoś dnia przyjechała transportem starsza Żydówka z Węgier. Syn jej pracował w Sonderkommando. W obrębie krematorium matka zauważyła syna, jak układał drzewo. (…) Syn podał matce ręcznik i mydło i wszedł z nią razem do wnętrza. Zniknęli w czeluściach komina” (Greif 2001: 81).

Projekt Gideona Greifa również wpisuje się w poczynania Langera. Przeprowadzone przez niego rozmowy z byłymi członkami Sonderkommando ujawniają trapiące ocalonych poczucie odczłowieczenia oraz temporalnego i topograficznego zawieszenia między tu i tam oraz teraz i wtedy: „Już nie potrafię płakać. Wszystkie ludzkie uczucia. łzy, płacz, to wszystko we mnie umarło. Tak jak już powiedziałem, ja już nie jestem człowiekiem” (tamże, s. 239). Greif na zadane Shaulowi Chasanowi pytanie: „Czy któryś z Was znalazł tam swoich krewnych?” uzyskuje odpowiedź: „Raz przyszedł jeden taki, którego brat pracował w Sonderkommando. Znał zatrudnionych tam esesmanów i poprosił jednego z nich, żeby ratował jego brata przed zagładą. Ten odpowiedział: »Tak czy siak, jeśli nie umrze dzisiaj, to na pewno jutro«. Wprawdzie „uratował” go przed krematorium, ale i tak gdzie indziej brat dostał kulkę w głowę. Pewnego dnia przyjechał transport z Korfu. Razem ze mną w krematorium pracował pewien były oficer greckiej armii zwany Peppo – Josef Baruch. Dowiedział się, że jego rodzina przyjechała z Korfu i została skierowana do krematorium IV [V – wyd.]. Pracowali tam polscy kapo, którzy mieli jakieś układy z esesmanami. Powiedział im, że przyjechała jego rodzina i poprosił o pozwolenie na spotkanie z nimi w krematorium IV [V – wyd.]. Poszedł tam i zobaczył się ze swoją rodziną. Po powrocie zapytałem go: »Josef, powiedziałeś im, że zostaną zabici?« A on odparł: »Jak miałem im to powiedzieć? Po prostu nie mogłem«. Spotkał się z nimi, ale nic im nie powiedział. No i co miał im powiedzieć? Cóż by z tego mieli, gdyby się dowiedzieli?” (tamże, s. 293).

Prezentowany tu (szczupły) wycinek relacji ocalonych zdradza stałą zasadę przybliżania sylwetek i biogramów zmarłych członków rodzin. Langer zauważa tę powtarzalną regułę wynikającą z obowiązku godnego uczczenia imion zmarłych. To oni powinni zająć szczególne miejsce w linearnym porządku narracji. Relacjonujący swe życie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że to zmarli są prawdziwymi świadkami Zagłady, którzy nie mogą złożyć świadectwa. Ich śmierć w konfrontacji z relacją ocalonych potwierdza tezę o niemożności przekazania potomnym doświadczenia Shoah (podobnie twierdzą francuscy tanatolodzy w kwestii śmierci; prawdziwym, niemym świadkiem jest ten, kto zmarł). Byłe ofiary (choć konsekwentnie używam frazemu „ocalony”, sam Langer stanowczo odrzuca możliwość jego funkcjonowania ze względu na katarktyczny i konsolacyjny charakter) z pietyzmem i czułością wspominają najbliższych, ich relacje podporządkowane są zamysłowi sentencji łacińskiej „memini tui, memento mei” („pamiętam o tobie, pamiętaj o mnie”) oraz dyrektywie zawartej w Księdze Izajasza (Iz 56, 5): „dam im miejsce w moim domu i w moich murach oraz imię lepsze od synów i córek, dam im imię wieczyste i niezniszczalne” (Biblia Tysiąclecia, http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=528). Tak też tłumaczona jest nazwa Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem w Jerozolimie (yad-pomnik, shem-imię). Narracja może podlegać zapętleniom, przeskokom i meandrom, jednak zawsze świadkowie umieszczają imiona swych zmarłych w ramie akcentującej ich prymat w historiach, które z każdym kolejnym detalem i sytuacją graniczną destabilizują się i kruszą, wysuwając na plan pierwszy jaźń rozdwojoną, upokorzoną i umęczoną.

Twych strun głosowych nie próbował stryczek, / mojej krtani nie dławił gaz”

Frazę tytułową zapożyczam z wiersza Juliana Przybosia „Oświęcim” pochodzącego z „Próby całości”. Ważnym składnikiem publikacji Langera jest polemika z zakończeniem książki Martina Gilberta „The Holocaust: A History of the Jews of Europe Turing the Second World War” (Nowy Jork 1985). Otóż autor tej publikacji, zgromadziwszy sążnisty materiał dotyczący prześladowań ludności na obszarach Europy Wschodniej i dodawszy je do znanych relacji z obozów koncentracyjnych, obozów pracy, obstaje przy konsolacyjnym i heroicznym dyskursie związanym z formami oporu prezentowanymi przez ofiary. Gilbert chce nadać cierpieniu ofiar wartość – stąd predylekcja ku „gramatyce heroizmu i męczeństwa” (s.165). Jednak zebrany w książce materiał przeczy mocnej i kontrowersyjnej tezie, którą czytelnik ze względu na delimitacyjny charakter zapamięta najlepiej, gdyż wieńczy ona ponadośmiusetstronicowe dzieło. Gilbert posługuje się słownikiem ukonstytuowanym przed Zagładą i stale w trakcie jej opisu do niego sięga. Langer określi go jako „budowlę werbalną, pozbawioną ludzkiej treści” (s. 167). Warto przywołać jego rekapitulację kontrprzykładu dla gramatyki heroizmu: „Pamięć nieheroiczna, (…) czuje się przytłoczona realiami, które sama odkrywa. Kiedy jednak uważnie wsłuchamy się w świadectwo Sola R., zrozumiemy, że w grę wchodzi coś więcej, a mianowicie konflikt między wartościami zawartymi w słowach a stabilnością samych słów. Znaczenie »rodziny«, »przyjaźni« i »wolności« zmienia się tak szybko, że słowa tracą stabilność” (s. 170).

Czytelnika bulwersować mogą zapisy niektórych rozmów, podczas których prowadzący przerywają ocalonemu i pragną aktywnie uczestniczyć w jego relacjach, dopowiadając, odkształcając i błędnie interpretując usłyszane fakty. Jesteśmy bowiem świadkami konfrontacji dwóch światów: ocalony poddaje się presji pamięci nieheroicznej, zaś słuchacze pragną w akcie jego ocalenia widzieć znamiona bohaterskiej postawy, uruchamiają język patetyczny, który w takich sytuacjach narażony jest na zaistnienie katastrofy komunikacyjnej. Do takich katastrof kilkukrotnie dochodzi, Langer zaś komentuje te napięcia tak: „Dla wielu świadków to, co moglibyśmy nazwać pamięcią heroiczną, umarło trudną śmiercią podczas Zagłady; niechętnie traktują wolę przeżycia jak ostatnie tchnienie odrzuconej idei. Poczucie własnej wartości ma kluczowe znaczenie dla ewolucji pamięci heroicznej; poczucie własnej wartości autorów tych narracji jest straumatyzowane lub okaleczone – i stan ten przypomina nieuleczalną przewlekłą chorobę. Wskutek tego pamięć heroiczna jest dla świadków właściwie niedostępna, gdyż wspominanie jest w ich przypadku niezmiennie związane z terminologią i moralnością, które mylą »utrzymywanie się przy życiu« z niezłomną wolą przeżycia” (s. 177). Najlepszym przykładem opresji językowej jest świadectwo Chaima E. (dzięki wspomnieniom Aleksandra Peczerskiego „Szturm w nieśmiertelność. Wspomnienia” [Warszawa 2013] jesteśmy w stanie podać jego pełne imię i nazwisko: Chaim Engel; to on spontanicznie zabił Unterscharführera Waltera Rybę, gdy ten wszedł niespodziewanie do garażu), który brał udział w powstaniu w Sobiborze. Zewnętrzne konteksty i język próbują sytuację obcą, wyłaniającą się z innego porządku, wtrącić w koleiny pamięci heroicznej. Jednak Chaim Engel stanowczo przeciwstawia się takiej linii argumentacyjnej i aksjologicznej. Bunt miał podłoże nieheroiczne i konsolidował konspiratorów tylko do momentu ucieczki.

Książka Langera dotyka także drażliwej kwestii braku oporu stawianego nazistowskim oprawcom (nie miejsce tu na cytowanie Hilberga i Arendt, którzy w tej kwestii wyznawali dość kategoryczną opinię, wystarczy przypomnieć termin zaproponowany przez Primo Leviego – „szara strefa” na określenie współpracy ofiar i katów w ramach poborów do Sonderkommando). Jednym z dwóch najbardziej znanych aktów buntu pozostanie zabójstwo Unterscharführera Schillingera, który został postrzelony z rewolweru 23 lub 24 października 1943 roku. Szlama Dragon tak wspomina ten epizod: „Kobieta nie chciała się rozebrać do naga i stała w biustonoszu i bieliźnie. Schillinger odwrócił się i wrzasnął »Nein, ganz ausziehen!« (tłum: Nie, rozebrać się do naga) i wycelował pistoletem w biustonosz. Kobieta zdjęła biustonosz, rzuciła nim Schillingerowi w twarz, ale trafiła go w ramię. Pistolet wypadł mu z ręki na ziemię. Kobieta prędko go podniosła, wycelowała w Schillingera i zastrzeliła go na miejscu” (Greif 2001: 149). Ten epizod opisują Seweryna Szmaglewska i Tadeusz Borowski. Drugim jest seria buntów w Treblince (2 sierpnia 1943 roku), w Sobiborze (14 października 1943 roku) oraz w Birkenau (7 października 1944 roku). Więźniarki, które szmuglowały proch z fabryki amunicji „Union”: Ester Wajsblum, Ella Gärtner, Regina Safir i Róża Robota, zostały powieszone w obozie kobiecym Auschwitz I. Ponadto śmierć z powodu buntu poniosło 451 żydowskich więźniów (tamże, s. 65).

Decyzje te nie były podyktowane heroicznymi pobudkami, lecz logiką następujących po sobie wydarzeń. Członkowie Sonderkommando wiedzieli, że zostaną zabici, zabójczyni Schillingera też. Langer przywołuje słowa Luny K., która objaśnia mechanizm odwetowy oprawców. Otóż bunt wiązał się z decyzją pociągnięcia za sobą kilkudziesięciu osób. Odpowiedzialnym w tej sytuacji pozostawało się nie tylko za siebie, lecz za komando, grupę, blok. Znane są bowiem sytuacje zbiorowej odpowiedzialności stosowane w obozach. Paraliż następował w momencie uświadomienia sobie możliwości utraty najbliższych lub pod presją otoczenia. Luna K. konkluduje „Więc to nie była kwestia typu: »Nie będę posłuszny, możecie mnie zastrzelić«, tylko: »Nie będę posłuszny, możecie zastrzelić mnie i sto innych osób« A kto by chciał wziąć na siebie taką odpowiedzialność?” (s. 180). Langer, analizując nagrania wideo, dochodzi do wniosku, jaki wysnuwa także Greif: „W historycznej rozprawie na temat Holocaustu najbardziej fundamentalnym obowiązkiem jest to, aby nie czynić ofiarom (w dalszym ciągu) krzywdy. Obowiązek ten wypływa ze wspomnianego wcześniej żądania, by dokonując krytycznej analizy życia więźniów w Auschwitz, przyjąć zasadniczo empatyczny punkt widzenia. Przy takich założeniach jako obserwatorzy mamy obowiązek – nawet ryzykując pominięcie niektórych aspektów moralności – w pewnych sytuacjach wycofać się i przyznać, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, co się wydarzyło. Tak więc ostateczny osąd odnośnie więźniów Sonderkommando musi – jak twierdzi Primo Levi – »pozostać w zawieszeniu«” (Greif 2001: 90). Leociak analizuje fotografię należącą do tzw. „Bildbericht”, zawierającego 58 starannie obciętych i opisanych pismem gotyckim zdjęć. Stanowią one integralną część przeznaczonego dla Reichsführera SS Heinricha Himmlera Raportu gen. Jürgena Stroopa, pogromcy powstania w getcie warszawskim. „Getto boy” uosabia skodyfikowany wizerunek pięknej i czystej ofiary. Oddajmy głos literaturoznawcy: „Widok takich ofiar, które symbolizuje chłopiec ze zdjęcia, przeszywa na wskroś nasze serca, ale też wyzwala w nas mniej lub bardziej konwencjonalne sposoby reakcji. Ten typ ofiary dziecięcej jest bowiem – by tak rzec –kulturowo oswojony i emocjonalnie zaakceptowany. Pozwala łatwiej niż obrazy monstrualnie zdeformowanych głodem ciał dziecięcych identyfikować się z ofiarą, która swym wyglądem do złudzenia przypomina nas samych. Słowem – do takiej ofiary łatwo się przyznać, bo niepokalana i czysta; wizerunek takiej ofiary łatwo uwewnętrznić i z nią samą się identyfikować, bo bohaterska” (Leociak: „Dzieci Holocaustu…”). Wydaje się, iż z taką ideą bohaterskości chcieliby obcować interlokutorzy. W zamian za to otrzymują informację, iż byłe ofiary swoje „utrzymanie życia” (Langer ruguje także zwrot „przeżycie” jako niosący konotacje chwalebnej apologii zachowanej integralnej postawy moralnej) zawdzięczają przypadkowi, kradzieży chleba, zbiegowi okoliczności, nigdy szczęściu i odwadze.

Langer podejmuje jeszcze jeden, kluczowy dla sposobu recepcji świadectw, problem różnicy wynikającej z niezapośredniczonej relacji ustnej, która zagarnia niedostępne pismu sfery oddziaływań (kinetyka, mimika, tembr głosu, semantyczne pauzy, gestykulacja, płacz, wychodzenie z kadru kamery). Relacje ustne cechuje spontaniczność i to za jej sprawą świadek może momentalnie powrócić do opresyjnej sytuacji i opatrzyć ją cennym dla Langera komentarzem. Pozbawione są także klisz i konwencjonalnych (cechujących relacje pisemne) zabiegów stylotwórczych. Brak w nich chwytów retorycznych i stylistycznych, partii dialogowych, kwantyfikatorów gatunkowych, bogatej metaforyzacji świata, skrzętnie tworzonych bohaterów z ich funkcjami sprawczymi, w końcu zaś sam język pisemnej relacji zagraża jasności relacji i przeniesieniem jej w sferę uniwersalnego mitu. Langer stwierdza: „Jako pisarz Semprún ma do dyspozycji sztukę słowa, która pozwala organizować werbalnie formuły i umieszczać paradoksy nękające autorów świadectw ustnych w odpowiedniej perspektywie. Takie wyrażenie jak »życie życiem trupa« wydobywa na światło dzienne sprzeczność, która nęka świadków, lecz pozostaje ukryta w ich narracjach” (s. 186; podkr. L.L.L.). Langer sugeruje bliskość, jaka wytwarza się w akcie rozmowy z ocalonym, i możliwość moderowania przebiegu spotkania z nim. Ustne świadectwa konstytuują się niejako na oczach interlokutora, ich przebieg, długość i szczegóły często zależą od postawy rozmówcy, który albo zrywa pakt współuczestnictwa we frenezji lub podżega świadka do dalszych zwierzeń. Relacje ustne są więc ze swej natury amorficzne, niedokończone, otwarte w pewnych miejscach i podatne na ponowne ich uzupełnianie (sam Langer dokonywał takich powtórnych rozmów i drążył tematy oszczędnie zaprezentowane). Przeprowadzający rozmowy stają się świadkami drugiego stopnia, zaś sami ocaleni wykonują potrójną pracę: uczestniczyli w opowiadanych wydarzeniach, zapamiętali je i opowiedzieli, zostają one zatem wprzęgnięte w tryb wtórnej rekontekstualizacji i poddane nieustannej cyrkulacji i interpretacji. To bodaj najbardziej krystaliczny, niezapośredniczony głos świadków Zagłady. Relacje pisemne (analiza porównawcza zeznań Barbary T. i jej wspomnień w formie pisemnej) skażone są metaforyzacją, która zaburza percepcję obozu koncentracyjnego, powstaje stylistyczny wariant nowego zagospodarowania przestrzeni w kategoriach znanych i często powielanych. Poza tym relacje pisemne bazują na obrazach skonwencjonalizowanych, które podsuwa literatura, zaś Auschwitz wymaga przestrojenia języka i przyjęcia w poezji i prozie „punktu zero”.

Pisemne relacje spełniają konkretny cel: prezentują i projektują sferę epistemologicznej równowagi między doświadczeniem ocalonych a ubogą świadomością czytających i próbujących zrozumieć to, co przeczytali. Staranna destylacja faktów i cierpliwa, bo wpisana w konstrukcję epicką, narracja o pułapkach i zagrożeniach obozu stają się orężem w walce o uświadomienie czytelnika tego, co działo się za drutami. Doskonałym przykładem takiej wyważonej i stale zderzającej ze sobą dwa światopoglądy (przedobozowy i obozowy) powieści jest „Czy to jest człowiek” Leviego. Czytelnik poznaje stopniową transformację bohatera, który porzuca reguły świata za drutami na rzecz reżimu obozowego. Ustne świadectwa pozbawione są zaś tej dyrektywy. Każde z nim rozpoczyna się od wyznania niewiary w celowościowy aspekt opowieści, której przyświecałoby zadanie objaśnienia obozowych realiów. Barierę stanowi brak możliwości mediatyzacji między doświadczeniem opowiadającego a słuchającego. Langer dowodzi, że Auschwitz wielokrotnie wodzi na pokuszenie reprezentacji, ale rozbija się ona o ukonstytuowane w innych okolicznościach słownik, kodeks postępowania i tęsknotę za tymi, którzy stają się „obecnymi niemymi” narracji. Tak więc świadectwo ustne zawsze pozostaje poza granicami zrozumienia, ulega impulsom improwizacji i spontaniczności – jest więc niepodatne na akty porządkowania i stabilizowania podmiotu posttraumatycznego. Język figuratywny (nawet tak skrupulatnie poddany regule minimalizacji i deprywacji jak w twórczości Różewicza i Celana) niesie wpisane weń standardy artystyczności i partycypacji w tradycji literackiej. Świadomi tych zagrożeń pisarze (tu sprawa komplikuje się, ponieważ świadectwa ustne dają możliwość prezentacji swych doświadczeń nieuzdolnionym literacko, z drugiej strony Barbara T., autorka książki, relacjonuje swoje życie w sposób nie odbiegający od innych świadków; powstaje tu problem zaplecza metodologicznego, warsztatowego i genologicznego świadków Zagłady i różnicy poziomu przyswojenia technik narracyjnych) wypracowali indywidualne idiomy (Langer docenia prace Leviego, Delbo, Fink, Appelfelda), w których kwestie natury mimesis oraz lokalizacji traumy i Zagłady zostały doskonale przetransponowane.

Książka „Świadectwa Zagłady” kładzie podwaliny pod, w szybkim tempie rozwijający się, nurt badań memorialnych. Jej metodologiczne założenia (wyprowadzone z pism Blanchota oraz Nietzschego) i materiał badawczy zwracają uwagę na „mówioną katastrofę” ocalonych oraz potwierdzają istnienie koncepcji homo narrans, który w dwudziestym wieku, zdominowanym przez systemy totalitarne, próbuje wyartykułować swoje doświadczenie, będące częścią jego osobowości. Okazuje się, że motywacje opowiadających zbliżają się do tych, które wyodrębnił Leociak w świadectwach pisemnych. Wbrew temu, co mówią ocaleni o możliwości zrozumienia i wyobrażenia sobie Auschwitz, musimy spróbować podjąć wyzwanie, gdyż jak pisze Didi-Huberman w tekście poświęconym czterem fotografiom wykonanym konspiracyjnie w Auschwitz: „Samo istnienie tych świadectw i ich forma silnie zaprzeczają dogmatowi niewyobrażalnego. To właśnie poprzez doświadczenie tragiczne niewyobrażalność tworzy swoje zaprzeczenie, akt wyobrażenia sobie mimo wszystko. To właśnie dlatego, że maziści chcieli uczynić swoją zbrodnię niewyobrażalną, członkowie Sonderkommando postanowili wyrwać mimo wszystko te cztery fotografie z eksterminacji. To dlatego, że głos świadków podważa naszą zdolność do wyobrażenia sobie ich relacji, musimy spróbować mimo wszystko to uczynić, aby – paradoksalnie – ten głos świadectwa lepiej usłyszeć” (Didi-Huberman 2008: 81; podkr. D.-H.). Ciągłość tych narracji w planie protencyjnym ma także znaczenie dla kolejnych pokoleń, co stale akcentuje Langer. Autor „Świadectw Zagłady” uczy nas więc, że pamięć Zagłady to nie ogon komety, lecz stały punkt odniesień dla nowoczesnego społeczeństwa.

LITERATURA:

Ankersmit F.: „Pamiętając Holocaust: żałoba i melancholia”. Przeł. A. Ajschet, A. Kubis, J. Regulska. W: Tegoż: „Narracja, reprezentacja, doświadczenie. Studia z teorii historiografii”. Red. i wstęp E. Domańska. Kraków 2004.

Didi-Huberman G.: „Obrazy mimo wszystko”. Przeł. M. Kubiak Ho-Chi. Kraków 2008.

Greif G.: „…płakaliśmy bez łez…” Relacje byłych więźniów żydowskiego Sonderkommando z Auschwitz”. Przeł. J. Kapłon. Warszawa – Oświęcim 2001.

Leociak J.: „Dzieci Holocaustu: awers i rewers”; http://www.staff.amu.edu.pl/~ewa/Leociak,_Dzieci_Holocaustu.pdf
Lawrence L. Langer: „Świadectwa Zagłady. W rumowisku pamięci”. Przeł. Marcin Szuster. Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma. Warszawa 2015.