Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (288) / 2015

Kalina Jaglarz,

O ZWIERZĘTACH ('ZWIERZĘTA I ICH LUDZIE')

A A A
„Światło”. Kradnę ten początek od Marka Bieńczyka. Tak, światło. Michaił Priszwin w „Puszczy” pisał, że „słońce wszystkim jednako świeci – i człowiekowi, i zwierzęciu, i drzewu” (Priszwin 1956: 11). Potem skonstatował to krótkim: „jednakże los jednej żywej istoty zależy często od cienia, jaki na nią pada od innej” (tamże). Gospodarskość – bycie gospodarzem – dla Priszwina, rosyjskiego pisarza, leśnika i myśliwego, to był priorytet, dla patrona namysłu ekokrytycznego Aldo Leopolda – autora „Zapisków z Piaszczystej Krainy” – także. Obaj – Priszwin – opowiadanie, Leopold – esej – poświęcają kwestii gospodarskiej opartej na decydowaniu – także o losie – żywych istot. Gospodarskość w ujęciu Leopolda (Priszwina poniekąd także) wymyka się jednak stereotypowemu dyskursowi panowania i zawłaszczenia, ich gospodarskość to raczej „chodzenie przy zwierzętach”, Stasiukowe kucanie w ich cieple, doglądanie ich z czułością i wiedzą o naszym wspólnym – z nimi – podobieństwie.

Podobieństwo to jedno z kluczowych słów, które w swoim artykule „Portrety ludzi i zwierząt a zagadnienie podobieństwa po Darwinie” podnosi Anna Barcz, współredaktorka książki „Zwierzęta i ich ludzie. Zmierzch antropocentrycznego paradygmatu”.

Otwieram książkę i widzę dwie ryciny zamieszczone w artykule Barcz, jak z „Pieśni Maldorora”. Jest w nich coś strasznego, pierwiastek szaleństwa, ciemna noc – autor dwóch z nich to Giambattista Della Porta – włoski wynalazca, lekarz, także botanik i pisarz. To „De humana physiognomia” z 1586 roku. Cofam się myślą do ciemnych, twórczych i dusznych czasów i kładę na tych twarzach swoje dłonie. Człowiek i wół, mężczyzna i sowa, spotykający się w epifanii swoich twarzy, które trzeba objąć szybkim spojrzeniem, w ich czarno-białym konturze, w napięciu mięśni twarzy, mimice, emocji, grymasie. Epifania twarzy zwierzęcia i nasza niemoc wobec tej epifanii – czy z racji tego możemy za Levinasem powtórzyć, że wobec tej twarzy „nie mogę już móc”? I jeśliby można tak zreinterpretować Levinasovską filozofię – owa niemożność zabicia przez fakt zwierzęcej twarzy jest jakąś szansą dla zwierzęco-ludzkiej wspólnoty?

Spotykamy się ze zwierzętami w geście – „małpy lubią bardzo kawę (…) a zdarza się nawet, że palą fajki” (s. 60) – pisał Darwin. Zaciąganie się dymem spopiela nasze zmysły, z tą różnicą, że zwierzęta zamieszkują dym, my już dawno utraciliśmy tą umiejętność. Zazdroszczę barbarzyńcom – parafrazuję Szestowa z jego „Słów przedostatnich”. Oni także zamieszkiwali dym w swoich obozowiskach na zboczach gór.

Czasem zazdroszczę zwierzętom. Sarnom – lekkiego skoku w leśne poszycie. Wolę jednak własną myśl, która ginie wraz z nimi między drzewami, wolę „myślenie sierścią”, o którym – w otwierającym książkę tekście „Myśleć sierścią. Zwierzęcość w perspektywie drugoosobowej” pisze Dominique Lestel: „Myślenie sierścią to zdolność pomyślenia siebie nie poprzez swoje ciało ani nawet poprzez ciało ludzkie w ogóle, lecz przez »wcielenie w siebie« zwierzęcia, otwarcie na zwierzęcą cielesność. W tym sensie zwierzę zawsze można uważać za przyszłość człowieka” (s. 33).

Dla Barcz podobieństwo jest alternatywą dla antropomorfizacji zwierząt. Podobieństwo w drganiach mięśni twarzy, podobieństwo budowy układu nerwowego – „Darwin pozwala zrezygnować z konieczności odwoływania się do ludzkich zachowań, gdyż zwierzęta wyrażają emocje po swojemu” (s. 61). I właśnie o owe „po swojemu”, w którym na różny sposób zbliżamy się do siebie, będzie w tym podobieństwie chodzić, o koncentrację na tym co nas zbliża („Zaletą myślenia o podobieństwie ludzi do zwierząt jest to, że wprawdzie nie jesteśmy tacy sami, ale i nie koncentrujemy się na tym, co nas odróżnia, lecz na tym, co nas do siebie zbliża” [s. 50]).

***

Urodzaj ukazujących się w nieodległym czasie książek zajmujących się „studiami nad zwierzętami” zmusza nas do nie lada czujności. Klęska urodzaju bowiem może dotknąć każdą dyscyplinę, a tym bardziej metodologię.

Anna Barcz w swojej zbiorowej recenzji, która została opublikowana w ostatnim numerze „Wakatu” (2015, nr 3) wymienia 5 tytułów na przestrzeni dwóch lat, zaznaczając, że nie jest to wnikliwy ogląd rynku wydawniczego dotyczącego tego tematu, a jedynie skromny przewodnik. A sama jest współredaktorką książki „Zwierzęta i ich ludzie. Zmierzch antropocentrycznego paradygmatu”, stanowiącej esencję z kilkudziesięciu referatów wygłoszonych podczas międzynarodowej konferencji „Zwierzęta i ich ludzie. Zmierzch antropocentrycznego paradygmatu?”, która odbyła się w dniach 12-14 marca 2014 roku w Warszawie, w ramach projektu „Znaczenie studiów nad zwierzętami dla badań nad kulturą w Polsce” (projekt ten został „zrealizowany w Instytucie Badań Literackich PAN z funduszy Narodowego Centrum Nauki” – czytamy we wstępie autorstwa Barcz i Doroty Łagodzkiej).

Zgrabny, ascetycznie wydany tom dzieli się na cztery części: 1. Bliskość – oddalenie; (myślenie sierścią, owady jako wyzwanie dla animal studies, podobieństwo ludzi i zwierząt); 2. Widoczność zwierząt w sztuce współczesnej (sztuka współczesna a prawa zwierząt, relacje pies-człowiek realizowane w sztuce współczesnej, użycia zwierząt przez sztukę, wystawy sztuki zwierzęcej w Polsce); 3. Inne filologie: słowo i dźwięk (zoofilologia, animalizacja języka, muzyka zwierząt); 4. Poza Wschodem i Zachodem: literatura a kwestia zwierzęca (literacka polityka gatunkowa, obrazy rzeźni i zabijania zwierząt w rosyjskiej publicystce XX wieku, szkic interpretacyjny dotyczący poezji Tadeusza Nowaka i kilku wypowiedzi Jerzego Nowosielskiego).

***

Sándor Márai w „Księdze ziół” pisał: „Nie wstydź się tego, że kochasz zwierzęta” (Márai 2011: 85). Ta trudna miłość wiąże się jednocześnie z trudną wolnością, z dyskursem upodmiotowienia i zawłaszczenia, który książka „Zwierzęta i ich ludzie” już w samym tytule próbuje wywrócić na nice. Jedni zawracają do XIX-wiecznych kniei; inni sięgają jeszcze głębiej, cofając się w tej naszej ludzkiej historii, patrząc od podszewki, z drugiej strony plecionego arrasu.

„Zmierzch antropocentrycznego paradygmatu” najpierw był kąśliwym i niewdzięcznym pytaniem. Ostatecznie zaistniał na obwolucie jako twarda teza. Jednak książka – na szczęście – nie upiera się przy tak radykalnie postawionej sprawie. Jej wielką zaletą jest pokora i ostrożność w poruszaniu się w coraz bardziej wyświechtanej metodologii „studiów nad zwierzętami”.

Wszystko dlatego, że musimy mówić o zwierzętach. To wielka spowiedź, która dręczy nas od lat. Teraz w nagłej eksplozji porywa nas do tej niekończącej się narracji; zwierzęce stało się nam potrzebne do życia – i to nie w formie surowego, poćwiartowanego mięsa.

„Pod skórą wszyscy jesteśmy tacy sami” (s. 211) – to teza tekstu Roberta Mckay’a „Czytając mięso. Literacka polityka gatunkowa w powieści Michela Fabera »Pod skórą«”, wzięta właśnie z książki Fabera. Zbiegamy się w tym samym cielesnym punkcie, do którego spływa krew, kiedy się zranimy, nasze istnienie odsłania to samo światło, świt – by sparafrazować Jean-Luca Nancy’ego – stwarza ciało. Ciało i pismo to podobne substancje; podobnie odwieczne, podobnie podlegające rozkładowi; pod skórą wszyscy jesteśmy tacy sami i wszyscy podobnie pójdziemy do ziemi. Dariusz Suska w wierszu „A dlaczego nie, pomyśl, zmartwychwstanie raków” pisał: „Tak się złożyło, przeczytałem gdzieś, / że psy, koty to idą do ziemi. I nic” (Suska 2008: 13). Kwestią, której także nie brakuje (chociaż pojawia się zbyt śladowo) w książce „Zwierzęta i ich ludzie”, jest namysł posteskularny. W pewnym stopniu podejmuje go ostatni tekst Anity Jarzyny, „Herezje: odzyskiwanie wrażliwości (Tadeusz Nowak, Jerzy Nowosielski)”, który jest interpretacją porównawczą kilku wypowiedzi Jerzego Nowosielskiego i fragmentów poezji Tadeusza Nowaka. Sygnalizuje go także sztandarowy, otwierający tom tekst Dominique’a Lestela „Myśleć sierścią…”. Sygnalizuje, bo kojarzy mi się w wielu fragmentach ze „Słowem wstępnym” Tadeusza Sławka („Ratujące niebezpieczeństwo postsekularyzmu”) do zbiorowej książki „Drzewo poznania. Postsekularyzm w przekładach i komentarzach”, w którym Sławek pisze: „(…) ocalić i zbawić człowieka może tylko to, co nie-ludzkie, a czemu nadajemy nazwę »boskiego« lub »zwierzęcego«. To co zbawia, pozostaje w szczególnej z nami relacji” (Sławek 2012: 16) – i w innym miejscu: „Pytanie o relację między człowiekiem a zwierzęciem oznacza badanie związku między »ocaleniem« a »zbawieniem«. »Ocalenie« należy do »ciemnej Nocy bytu poza zbawieniem«, »zbawienie« natomiast i przyrzeczone wraz z nim »większe życie« z konieczności wykracza poza naturę. Człowiek może być »ocalony« wraz ze zwierzęciem, ale czy może być wraz z nim »zbawiony«?” (tamże, s. 18). Lestel natomiast konstatuje swój tekst dosadnym „człowieczeństwo konstytuuje się więc poprzez doświadczenie zwierzęcości (…) ludzie i zwierzęta potwierdzają się nawzajem, jednocześnie wzajemnie się w sobie zawierając” (s. 24-25, 29).

Anita Jarzyna przywołuje wypowiedzi Nowosielskiego, który mógłby być partnerem w dyskusji ze Sławkiem: „My niejako zastępujemy zwierzęta. To znaczy współuczestniczymy w ich cierpieniu, z tym że my posiadamy świadomość. W jakiś sposób jesteśmy dla zwierząt współuczestnikami ich zbawienia. Wprowadzamy te zwierzęta w rzeczywistość zbawioną (…) Jesteśmy zdolni nadawać imiona zwierzętom. Jesteśmy tak samo zdolni powoływać je do życia przyszłego” (s. 262). I najważniejsze (wg Jarzyny): „Wszystko zależy od naszej wyobraźni (…) tamten świat będzie taki, jaki go sobie tutaj wyobrazimy” (tamże). Sławek jednak mówi coś odwrotnego – to my zostaniemy zbawieni dzięki temu, co obce, dzięki temu, co zwierzęce.

Siła wyobraźni łączy się z „ruchem poezji”, na który w swoim tekście „Zoofilologia pod auspicjami augurów” wskazuje Aleksander Nawarecki (pionier studiów nad zwierzętami w Polsce, autor książki-manifestu „Pokrzywa”), który pisze: „(…) słyszeć głosy zwierząt, a nawet ton i styl (jesteśmy przecież na terenie literatury)” (s. 150). Georges Bataille twierdził, że ruch poezji wiedzie od „tego co znane, i prowadzi do tego, co nieznane. Jeśli się spełnia, dotyka szaleństwa” (Bataille 1981: 87). Jest coś szalonego w tym pogłosowym terminie Nawareckiego zoofilologia, które zawiera w sobie nieobyczajną zoofilię. Ale jest mi przez to chyba najbliższy, najbardziej transgresyjny, bo stanowi definicję umykającą samej definicji, w nieustannym ruchu, definicję kroczącą. Ten pogłos „nie pozwala zakrzepnąć zoofilologii w postaci specjalistycznego terminu, oddala nobliwą naukowość, zdradza ironiczny rodowód owej niby-nauki, niezbywalną dozę komizmu, niestosowności, a nawet obsceniczności. Niech tak będzie, w ten sposób zoofilologia pozostaje wierna wolnemu duchowi literatury i szalonej utopii poszukiwania wspólnego języka ze zwierzętami” (s. 151) – pisze Nawarecki.

***

„Nie mam trądu, nie jestem ślepy, widzę świat, co za niezwykłe szczęście. Widzę ten dzień, poza którym nie ma nic. Kto mógłby mi to zabrać? A gdy światło dnia zacznie znikać z oczu, ja będę znikał razem z nim i jest to myśl, pewność, która mnie porywa” – pisał Maurice Blanchot (2009: 83). Spojrzenia jakimi się obdarzamy, napięcia mięśni, namiętności, które dzielimy, ciepło, które wzniecamy; nasza wspólnota jest oparta na braku i stracie; nasze spojrzenia są ulotne, a źrenice inaczej zbudowane, światło przechodzi przez nie inną cięciwą; jednak słońce świeci nam tak samo i tak samo się w nim wygrzewamy, rodzimy i umieramy.

Zwierzęta pozbawione logosu pojawiają się w miejscach oświetlonych, to rodzi z kolei inną perspektywę, która wcale nie umniejsza ich przez ich bez-słowność; ich pojawianie się w świetle wymaga od nas odmiennego namysłu. Studia nad zwierzętami to praca w języku, praca bez końca, w języku bez końca, transgresja nie przekracza języka (chociaż może mieć swoje wytrychy, co postuluje Martin Urlich w artykule „Między filologią a biologią. Muzyka zwierząt z epistemologicznej i metodologicznej perspektywy”).

Kieruje nami nieustanne pragnienie, którego nie da się zaspokoić, ponieważ zwierzęta pozostają nieskończenie oddzielone od nas, tak jak my sami od siebie pozostajemy nieskończenie oddzieleni. Zoofilologia, o jakiej mówi Nawarecki jest więc źródłowo osadzona w pragnieniach. Redukcja języka, regresum ad orginem, gdzieś nad brzeg rzeki – pismo skrywa w sobie kontury świata, także zwierzęcego (Nawarecki przywołuje chiński mit o początku pisma, którego wynalazcą miał być „urzędnik obserwujący odciski ptasich łapek na brzegu rzeki” [s.164]). Jeśli będziemy pamiętać o tej źródłowości języka, nasze rozważania mogą przyjąć inny wymiar; zapominanie o substancji pisma wiedzie nas na manowce metodologicznych powtórzeń; bez tej substancji tracimy światło, w którym jesteśmy razem ze zwierzętami; z drugiej strony to bycie pod ciągłą groźbą utraty tego światła wydaje się być konieczne dla budowania dyskursu „studiów nad zwierzętami”.

Márai pisał w fragmencie „O zwierzętach” – „Niech sobie drudzy nazywają słabością miłość do zwierząt i szydzą z niej a ty spaceruj sobie ze swoim psem. Jesteś w dobrym towarzystwie, i Bóg o tym wie” (Márai 2011: 86). Jedna z tez Levinasa streszcza się w myśli, że zawsze powinniśmy uważać, że Drugi jest bliżej Boga od nas, ale także tylko ten Drugi może być dla nas jednocześnie całkowicie Obcy (Sławek podpowiedziałby: przez to zbawienny).

Pytanie o zasadność studiów nad zwierzętami wydaje się bezpodstawne (chociaż w środowiskach humanistycznych często jest zadawane). Zwierzęta są częścią świata, który zamieszkujemy, patrzymy na nie, widzimy je, one także nas obserwują, to w ich oczach zdwajamy się i dopoznajemy. To nie tylko ckliwe „dyrdymały” o smutnych sarnich oczach. Smutek i śmierć, jakie dzielimy ze zwierzętami są – być może – najważniejszą kwestią naszej egzystencji.

Śmierć zwierzęcia to pierwsza śmierć mojego życia. Najbardziej pamiętam te śmierci. Oczy umierających zwierząt są jak gasnące gwiazdy, które zapadają się pod własnym ciężarem, niekończący się upadek, entropia. Alessandro Baricco pisał, że nawet twarz i oczy umierającego człowieka nie są wolne od kłamstwa; zwierzęta umierają pięknie i są piękne w umieraniu bo – chyba tak… – nie ma w nim samooszukiwania; jest prosty i czysty strach, jest gęsty i lepki ból, którego – jako ludzie – nie potrafimy unieść, nie dorośliśmy do niego, nie dotarliśmy jeszcze tam, gdzie umierają zwierzęta. Nie potrafimy sobie tego nawet wyobrazić.

Książki takie jak „Zwierzęta i ich ludzie” są potrzebne pomimo swoich mankamentów, wielu amnezji metodologicznych. Są potrzebne bo „uznają pierwszeństwo drugiego”, uznając pierwszeństwo zwierząt, otwierają do nich dostęp – inny niż do tej pory, oparty na stracie, ale uznający majestat zwierzęcia, bo to zwierzę może pouczyć nas, co znaczy być człowiekiem, i to ono pozwala zawrzeć nam relację z nieskończonością, również nieskończonością języka.

***

Może gdyby zwierzęta potrafiły pisać wiersze (a że są nosicielami i twórcami poematów wiedział już w 1913 roku Jan Gwalbert Pawlikowski, pisząc szkic „Kultura a natura”), nie moglibyśmy znieść ich okrutnego piękna, które wyszło z ramion nie Gai, ale Medei.

LITERATURA:

Bataille G.: „*** (Ruch poezji…)”. W: „Galernicy wrażliwości. Transgresje 1”. Red. M. Janion, S. Rosiek. Gdańsk 1981.

Blanchot M.: „Szaleństwo dnia. W: Tegoż: „Tomasz mroczny. Szaleństwo dnia”. Przeł. A. Wasilewska, A. Sosnowski. Wrocław 2009.

Márai S.: „O zwierzętach”. W: Tegoż: „Księga ziół”. Przeł. F. Netz. Warszawa 2011.

Priszwin M.: „Puszcza”. Przeł. T. i W. Boruńscy. Warszawa 1956.

Sławek T.: „Ratujące niebezpieczeństwo postsekularyzmu. Słowo wstępne”. W: „Drzewo poznania. Postekularyzm w przekładach i komenatrzach”. Red. P. Bogalecki, A. Mitek-Dziemba. Katowice 2012.

Suska D.: „Czysta ziemia (1998 - 2008)”. Wrocław 2008.
Zwierzęta i ich ludzie. Zmierz antropocentrycznego paradygmatu”. Red. Anna Barcz, Dorota Łagodzka. Instytut Badań Literackich PAN. Warszawa 2015 [seria: Nowa Humanistyka].