Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (288) / 2015

Małgorzata Lebda,

ILUMINACJA (POEZJA I FOTOGRAFIA - PROJEKT "BLUE PUEBLO")

A A A
Moje przymierzanie się do wniknięcia w wystawę „Blue Pueblo” było dosyć zawiłe. Najpierw pojawiły się informacje w mediach: MOCAK będzie prezentować wystawę dwóch znanych mi artystów; zapamiętuję intrygujący tytuł. W zimny, deszczowy październikowy wieczór znajduję się na wernisażu. Jest „Blue Pueblo”. Jest i publiczność. Ogrom publiczności. Fakt ten z jednej strony cieszy, z drugiej jednak nie sprzyja kontemplacji poematu zreprodukowanego na ścianie galerii. Po długich minutach skupiania wzroku na literach, stwierdzam, że ogólny chaos i podniecenie zwiedzających to nie najlepsze tło dla prób zrozumienia i „poczucia” tekstu, tym bardziej, że zapadają mi w pamięć pojedyncze zdania: „Pierdolisz się teraz z kimś dobrze uczesanym (…), Hasz i koka. I mama – heroina. Strzykawki. Śmierć. Szkielety uśmiechają się do / mnie. I wiem”. Tak, idzie tu o życie i śmierć. Wydaje mi się, że z fotografią jest łatwiej, rejestruję więc to, co czytelne na pierwszy rzut oka: pustkę przestrzeni niemal całkowicie pozbawioną ludzi, niezwykłe ujmowanie światła (światło odbijane przez wilgotny asfalt!), struktury betonowych budynków, chłód i spokój. Tyle zapamiętuję. To za mało, żeby spojrzeć na projekt „Blue Pueblo” jako całość. Wiem, że tu wrócę.

Kilkanaście dni później w Kinie Pod Baranami premiera filmu „Sól Ziemi”, a po projekcji spotkanie z Tomaszem Wiechem i Wojciechem Wilczykiem. Autor fotografii do poematu Wróblewskiego mimochodem wspomina o tymże projekcie. Wychwytuję – jak mi się zdaje – słowa kluczowe: „te fotografie pokazują drugi plan, są klaustrofobiczne, wciągają do pewnej gry, ważny jest ich element estetyzujący, ważne jest światło…”. Wracam do MOCAK-u, by w spokoju wejść jeszcze raz w przestrzeń poematu i fotografii. Co widzę? Co odczytuję?

Elba wiruje

W ramach wystawy istnieje możliwość odsłuchania poematu „Blue Pueblo” – korzystam z tego udogodnienia i ze słuchawkami na uszach przyglądam się fotografiom. Głos Grzegorza Wróblewskiego wydaje mi się stłumiony, miejscami nerwowo padają następujące po sobie linijki poematu: „Dla Ciebie tylko krążyłem po wodzie. Teraz robaki, czarne ptactwo. / Głosy. Ktoś mnie wzywa… Coś na pokładzie. Iluminacje”. Przed oczami mam pierwszą z fotografii cyklu. Obraz ma wymiary 50x50 cm. Widzę czteropiętrowy budynek sfotografowany z naprzeciwka, en face. W jego dolnej części rzucają się w oczy szyldy sklepików i bezpańsko stojące rowery. Jest i niebo, które przecinają linie wysokiego napięcia. To jakby moment przestoju w pracy miasta, jakby uchwycenie na fotografii chwili, kiedy tryby wielkiej maszyny na moment zostają zatrzymane, ale mamy przy tym świadomość, że za moment wszystko ruszy od nowa, cała karuzela miasta: ludzi, samochodów, dźwięków. W słuchawkach rozbrzmiewają słowa: „Z kim teraz spędzasz noc? Widzę znów Ciebie, Elba wiruje, słyszę coś za ścianą. / Pierwszy głos: Wstrzyknij nową działkę. / Drugi głos: Zabij się. / Zaatakował mnie kot skrzyżowany z psem, czarne stworzenie. Nieznany gatunek”.

Kolejne fotografie pozwalają mi na wysnucie ogólniejszych refleksji o sposobie konstruowania studium i punctum w tym cyklu. Odwołanie do barthes’owskich pojęć wprowadzonych do myślenia o fotografii porządkuje mi wizualną lekturę. Zatem przestrzeni studium – czyli tego, co wydaje się nam znane, co apeluje do naszej wiedzy kulturowej, historycznej, do własnych doświadczeń – przypisuję ukazaną na zdjęciach tkankę miasta. Sama w sobie – w swej szarości, konstrukcji – nie jest ona w stanie nas ująć i zaskoczyć. Takie właściwości posiada punctum, a więc to, co nas w fotografiach uwodzi, porusza, przeszywa. W zdjęciach do „Blue Pueblo” tym elementem jest dla mnie światło. To ono ma tu moc odkrywania i przesłaniania, to nim wydobywa artysta kształty i kontury, to nim mówi o konkretnych porach dnia, to w końcu dzięki słonecznym odbiciom te fotografie żyją, pulsują. Do przestrzeni punctum zaliczyłabym jeszcze konsekwentnie rejestrowane okna, z jednej strony mówiące o otwarciu na świat, z drugiej zaś inspirujące myśli o zamknięciu, o uwięzieniu, o odgrodzeniu się od świata zewnętrznego.

Szapocznikow była do Ciebie podobna

W słuchawkach słowa: „Carina mówi o Jezusie i Świadkach. Przyniosła mi dwa szklane puchary. / (Szapocznikow była do Ciebie podobna. Taka sama siła rażenia.) / Odchodzę w sen. Widzę jak jesteśmy razem. Łąka… / A potem jak dotyka Ciebie samiec. / Ptactwo, sen”. Siódma i ósma fotografia cyklu to znaczące obrazy. Nie przedstawiają bloków, ulic, lecz – kolejno – kościół i krematorium. Bryły dominują w kadrach. Na kościół pada mocny cień przeciwległego budynku; jego biała fasada, ta jej cześć, na której operuje jeszcze światło słoneczne, promienieje jasnością. Zestawienie ze sobą kościoła i krematorium budzi we mnie jakiś wewnętrzny opór, czuję napięcie na linii: życie – śmierć. Symboliczne bryły budynków nie bez powodu umieszczono w środkowej części ekspozycji. Są one jakby punktami kulminacyjnymi wizualnej opowieści, przełamują studium szarych kwadratów kamienic. Prowokują zadawanie pytań o rzeczy istotne, ostateczne. W słuchawkach: „Pojawiają się oczywiście Świadkowie. Jak zwykle w odpowiednim momencie! / Wszystko co żywe, mnie zostawiło. Oprócz Jezusa. Mam zaufać Panu. Modlić się rano i wieczorem. Jak dobrze i jak miło, gdy bracia mieszkają ze sobą w jedności! Na / podłodze leżą obrazy i książki. Dwie przystojne kobiety. Jedna z nich podnosi z ziemi / Poemas, książkę, którą mi podarował w warszawskim Lotosie Marcus Slease. César / Vallejo… Czy w to właśnie wierzysz? – pyta mnie działaczka. Peace, the wasp, the hell, / the slopes… / Zostawiają mi kolorowe broszury. Musisz szukać Boga – mówią na pożegnanie. / Światłość z nieba przystąpiła, rybę w wodzie oświeciła, / ażeby ją złapali i palca z niej dostali”.

Mój wzrok podąża dalej: miasto konsekwentnie obserwowane jest z perspektywy przechodnia, zdjęcia wykonywane są z poziomu ulicy; oto – wszystko na to wskazuje – symboliczny spacer po miejscach, po których podmiot liryczny wiersza „Blue Pueblo” przechadzał się z ukochaną (wspomnienie której przynosi mu ból). W słuchawkach słowa: „Czuję, że jesteś blisko. Chodziliśmy już tymi ulicami. Kopenhaga jest pełna / Ciebie”. Analizuję pozostałe fotografie; potwierdzają one wcześniejsze rozpoznania: światło (gra światła, praca światła) i związany z nim cień,  i okna – jako to, co przynależne do przestrzeni punctum, a po przeciwnej stronie – po stronie studium – czerń i biel kadrów, surowe bryły budynków, przestrzeń pozbawiona ludzi.

Symbioza

Po opuszczeniu murów MOCAK-u zastanawiałam się nad symbiozą, w jakiej trwają te dwie artystyczne materie – poezja i obraz. Symbioza ta – w moim przekonaniu – przynosi obu  przestrzeniom wiele korzyści, wśród których wskazałabym na siłę tworzenia dla siebie nawzajem drugiego wymiaru; obraz dopowiada słowo i odwrotnie; wszystko to tworzy komentarze pogłębiające recepcję. Jest jeszcze i to: obraz „Blue Pueblo” (który, jak wiemy, pojawia się w tekście), nie został pokazany przez Wróblewskiego w kontekście wystawy. Fakt ten intryguje. I tu przychodzi mi na myśl Roland Barthes, który opisując zdjęcie zmarłej matki (pisarz przywołuje tzw. „Zdjęcie z Cieplarni” przedstawiające jego matkę w wieku dziecięcym), ostatecznie nigdzie tego zdjęcia nie publikuje. Zachowuje je dla siebie. Barthes boi się o sposób, w jaki odczytamy fotografię, o to, że nie dostrzeżemy w niej punctum: „Nie mogę pokazać publicznie »Zdjęcia z Cieplarni«. Ono istnieje tylko dla mnie. Dla was byłoby to jeszcze jedno obojętne zdjęcie, jedna z tysięcy manifestacji »czegokolwiek«. Ono nie może stanowić widocznego przedmiotu zainteresowania nauki, nie może ustanowić obiektywności, w pozytywnym znaczeniu tego terminu, co najwyżej zainteresowałaby was jako studium: epoka, ubrania, zalety fotograficzne. ale w samym zdjęciu, dla was, żadnej rany” (Barthes: 1996: 125).

Niepokazany obraz „Blue Pueblo” istnieje dla widzów wystawy w słowach, tak jak „Zdjęcie z Cieplarni”. Wróblewski odbiera nam to, co wizualne (a co istotne dla samego tekstu), komplikuje sprawę, ale w zamian wskazuje inny trop – fotografie Wojciecha Wilczyka. W słuchawkach: „Jasność. Odstawiam strzykawkę, cold turkey. Rzucam się po ścianach. Piję sok / Tropicana. Zabandażowana szyja. Wiem, że to nie koniec, że Ciebie bezpowrotnie utraci- / łem. Amazon. // Jechać w stronę lasu i rzeki. Szukać tam ludzi. Szukać gwiazdy. Dopóki nie nastą- / pi definitywna podróż”.

Ostatnia zwrotka poematu to dla mnie swoistego rodzaju iluminacja. Może to właśnie jest ucieczka z tych niedających żyć czarnych obrazów rozpaczy, może to jest właśnie wyjście – „Jechać w stronę lasu i rzeki” – i w tym szukać ukojenia? „Szukać tam ludzi. Szukać gwiazdy”. Żyć.

LITERATURA:

Barthes R.: „Światło obrazu”. Wydawnictwo KR. Warszawa 1996.
Wojciech Wilczyk, Grzegorz Wróblewski: „Poezja i Fotografia – Projekt Blue Pueblo”. Kurator: Agnieszka Sachar. Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK, 16.10.2015–17.01.2016.