Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (288) / 2015

Kamila Czaja,

STYL TO CZŁOWIEK (ALEKSANDRA MARININA: 'STYLISTA')

A A A
Gramatyka bestselleru
Od polskiej premiery poprzedniej książki Aleksandry Marininy minęły już ponad dwa lata, fani cyklu o Anastazji (Nastii) Kamieńskiej mieli więc czas, żeby zatęsknić. „Stylista” niewątpliwie nadrabia tę przerwę objętością (ponad pięćset stron). Ale czy jakością także?

Trzynasta – szczęśliwa czy pechowa? – pozycja rosyjskiej autorki wydana w Polsce odwołuje się do wcześniejszych spraw kryminalnych i osobistych Kamieńskiej, jednak nie robi tego ani zbyt nachalnie (nie znudzi więc wiernych czytelników nadmiarem znanych już historii), ani zbyt mgliście (gdyby ktoś zaczął przygodę z twórczością Marininy właśnie od „Stylisty”, to nie powinien poczuć się bardzo zagubiony w nawiązaniach). A jeżeli ktoś czyta serię na bieżąco, to podczas lektury może odnieść wrażenie, że znów jest w dobrze znanym, bezpiecznym miejscu. Popularna rosyjska autorka pisze bowiem mniej więcej tak jak wcześniej. Co ma oczywiście dobre i złe strony.

Nastroje Nastii

Plusem jest bez wątpienia główna bohaterka. Marininie udało się stworzyć postać z jednej strony niepozorną, zmagającą się z codziennymi problemami (typu robienie zakupów i tylko jeden samochód na dwie zapracowane osoby), raczej refleksyjną niż działającą, a z drugiej strony – niewiarygodnie pracowitą w kwestiach milicyjnych, błyskotliwą, funkcjonującą w wielowymiarowych relacjach z rodziną i współpracownikami. Przyjemnie czyta się o tej upartej profesjonalistce, która nie czuje potrzeby bycia „perfekcyjną panią domu”, chociaż ma świetnego męża, będącego równocześnie jej najlepszym przyjacielem. Prywatne życie Nastii nie jest przesadnie dramatyczne (w zamierzeniu poważne chyba sercowe dylematy wypadają w tej części raczej łagodnie), a skomplikowana praca po prostu sprawia jej przyjemność. „Ma robotę, to ją wykonuje. Najlepiej, jak potrafi” (s. 526). Niby tylko tyle, a aż tyle.

Oczywiście dotyka Kamieńską syndrom większości bohaterów tego typu serii: mimo zmian w życiu zawodowym i prywatnym to postać godna wprawdzie zapamiętania, ale właściwie cały czas taka sama. Charakterystyka brzmi mniej więcej tak samo w każdym tomie, a zmieniają się tylko sceny potwierdzające jej prawdziwość. Daje to czytelnikowi poczucie bezpieczeństwa, ale i pewnej stagnacji. Czyli plus za konsekwencję, minus za statyczność.

Żmudna milicyjna robota

Marinina wiele lat pracowała w milicji i potrafi to wykorzystać. Jak zawsze pokazuje, że praca wywiadowcza to nie ciąg szybkich pościgów, mrożących krew w żyłach strzelanin i perfidnych światowych spisków. Najczęściej trzeba się sporo nachodzić, biurokracja koszmarnie uprzykrza życie, świadkowie nie współpracują, terminy ekspertyz są odległe, a sprawy nie chcą się układać w wygodne sekwencje wydarzeń. Do tego słabe płace, niechęć społeczeństwa do milicji i sporo frustracji. Ten ponury realizm świata Marininy w zderzeniu z innymi przykładami gatunku wyartykułowano w „Styliście” wprost: „W świetnych książkach Rexa Stouta o genialnym detektywie Nero Wolfe wszystko byłoby o wiele prostsze. Wolfe zaprosiłby do swojego gabinetu wszystkie osoby zamieszane w sprawę, usiadłby w swoim słynnym czerwonym fotelu i zrelacjonowałby w szczegółach, jak jego zdaniem wszystko się odbyło. Prawdziwy winowajca ani chybi zdradziłby się nieostrożnym gestem lub słowem, a zaproszony do udziału w uroczystości policjant natychmiast by go aresztował na oczach zdumionych widzów” (s. 491-492). A Kamieńska nie ma tak łatwo.

Intryga „Stylisty” jest tradycyjnie wielowątkowa (i chyba bardziej zajmująca niż w kilku poprzednich tomach). Może wprawdzie nieco odstraszać środowiskowy hermetyzm (spora część akcji dotyczy wydawnictw i mechanizmów ich działania), ale śledztwo naprawdę wciąga, zwłaszcza w drugiej połowie książki – co też dla Marininy typowe: często kilkadziesiąt pierwszych stron nuży, potem jest coraz lepiej, a ostatnich rozdziałów nie można przerwać, bo wszystko niepostrzeżenie nabrało imponującego rozpędu. I jak zwykle ważniejsze niż to, kto jest przestępcą, okazują się skomplikowane motywacje, a w ich wymyślaniu i uzasadnianiu pisarka jest naprawdę biegła i jej kryminały zdają się czerpać z dobrych wzorców powieści psychologicznej.

Szczerość popłaca?

Seria o Kamieńskiej wyróżnia się nie tylko przywiązaniem wagi do prozaicznych szczegółów i podkreślaniem żmudności procesu, jakim jest śledztwo. Próbując jakoś uchwycić specyfikę pisania Marininy, doszłam do wniosku, że jak na kryminał, w którego centrum siłą rzeczy jest tajemnica, autorka nie stara się potęgować atmosfery sekretu.

Kiedy Nastia ma do wyboru wtajemniczenie męża w swoją wywiadowczą działalność powiązaną z dawnym kochankiem lub przemilczenie niewygodnych faktów, mówi: „Mogłabym ukryć przed tobą, że znów się z nim spotykam. Nigdy byś się nie dowiedział. Ale nie widzę powodu, dla którego nie miałabym ci o tym powiedzieć” (s. 54). I zasadniczo właśnie tak, oczywiście poza czekającym na odpowiedź pytaniem o zbrodnie i oszustwa będące przedmiotem śledztwa, jest w tej prozie. Bohaterowie mówią, co myślą, szczerze uzasadniają swoje wybory i poglądy, cierpliwie dzielą się przemyśleniami, spostrzeżeniami i zdobytą wiedzą.

Ma to plusy i minusy. Za pozytywny uważam na przykład fakt, że w świecie Marininy właściwie wszystko okazuje się logiczne. Wcześniej czy później wiadomo, kto, co i dlaczego zrobił. Nie ma tu intryg dla zabawy, ukrywania wszystkiego przed wszystkimi (w tym przed czytelnikiem). Jest zło, ale konkretne i umotywowane. I dobro, które żmudnie próbuje to zło zdemaskować. Rzeczywistość nie jest czarno-biała, ale jej szarości zostają dokładnie zreferowane, poznajemy ich przyczyny i skutki. Treściowo wypada to wiarygodnie. Jak w życiu – nie każdy zna się na wszystkim, więc bohaterowie długo wyjaśniają sobie zawiłości procesu wydawniczego, szczegółowo przedstawiają przebieg przesłuchań, drobiazgowo planują działania i rozliczają się z ich skutków.

Problem w tym, że strategia opowiadania tego wszystkiego (zamiast ukrywania technicznych szczegółów za kulisami lub pozostawiania ich domysłom), daje czasem nużący efekt. Chwilami „Stylista” przypomina poradnik wydawcy/autora/tłumacza lub podręcznik policjanta. Nie poprawia sytuacji to, że Marinina rzadko rozładowuje powagę humorem (jest zaledwie parę takich scen), a bohaterowie konwersują z reguły śmiertelnie serio i bardzo „okrągłymi” zdaniami. Na poziomie formy za dużo tu monologów przypominających wykłady, a dążenie do wyjaśnienia każdego zachowania postaci prowadzi do karykaturalnych rozmów, które z mową codzienną mają niewiele wspólnego. Przykładowo (a takie dialogi można by mnożyć) na pytanie męża: „Kochanie, dawno zaglądałaś do skrzynki na listy?” Nastia odpowiada, jakby pisała rozprawkę: „Dawno. Niczego przecież nie prenumerujemy, a listów nikt do nas nie pisze. Teraz wszyscy kontaktują się raczej telefonicznie. A czemu pytasz?” (s. 352). Aż można pożałować prostego pytania lub całkiem zapomnieć, po co się je zadało…

Na Wschodzie ze zmianami

Sporo w tych spostrzeżeniach o „Styliście” stwierdzeń typu „jak zawsze” czy „jak zwykle”, ale ten tom po prostu nieszczególnie się różni od tego, do czego Marinina przyzwyczaiła czytelników. Wyraźne sygnały, że w tym świecie coś się zmienia, pojawiają się właściwie tylko w obrazie rosyjskich realiów. Pierwsze lata nowego ustroju skutkują nierównościami finansowymi w społeczeństwie („nowi Rosjanie”), kapitalizm pokazuje bardzo różne oblicza, społeczeństwo nie boi się już milicji jak dawniej, kultura popularna zaczyna dominować, a dziennikarze korzystają ze zwiększonej wolności (niektórzy w złych celach).

„Stylista” ukazał się w oryginale w 1996 roku. Marinina naprawdę interesująco portretuje Moskwę połowy lat 90., idąc chwilami w stronę powieści realistycznej z kryminalnym wątkiem w tle. Szkoda, że polskie wydania siłą rzeczy są mocno opóźnione (seria zaczęła się ukazywać w Polsce z kilkunastoletnim poślizgiem, a pisarka publikowała w Rosji nawet kilka tomów rocznie). Aż chciałoby się znać rosyjski, żeby być na bieżąco i poznać nie tylko nowsze śledztwa, ale i współczesną Moskwę.

Przyzwyczajenie jest drugą naturą

Czytając „Stylistę”, zastanawiałam się, czemu trwam przy przygodach Kamieńskiej, chociaż często irytuje mnie przewidywalność postaci i stylistyczna sztywność. Chyba po prostu lubię czytać kryminały właśnie takie: ze zwyczajną-niezwyczajną bohaterką i niegłupią fabułą, za to bez nadmiernego melodramatyzmu i rozwiązań nieumotywowanych psychologią lub techniką. Po kilkunastu tomach seria siłą rzeczy nieco się zużyła, ale nadal niewiele innych propozycji w tym gatunku spełnia powyższe kryteria.

Jeden z bohaterów „Stylisty” nieco łopatologicznie tłumaczy: „Bo żaden pisarz nie może wyjść poza ramy własnej osobowości, rozumiesz? Każdy jest harmonijną jednostką, ze swoim systemem poglądów i wartości, ze swoim stylem, sposobami konstruowania fabuły i prowadzenia intrygi. Nie może być w jednych książkach taki, a w drugich inny” (s. 145). Nie jestem przekonana, że ta reguła dotyczy bez wyjątku wybitnej literatury pięknej, jednak działa w wypadku solidnych rzemieślników wyposażonych w fachową wiedzę o tym, o czym piszą – a do tej grupy należy Marinina. I nawet jeśli „papierowy” styl w (nomen omen) „Styliście” razi teraz nieco bardziej niż w początkowych częściach cyklu, bo z każdym tomem coraz mniej wady języka i schematyzm skrywać się mogą za oryginalnością bohaterów i fabuł, to trzeba brać królową rosyjskiego kryminału z całym dobrodziejstwem inwentarza lub porzucić serię o Kamieńskiej. A na to drugie mimo wszystkich zastrzeżeń nie jestem chyba jeszcze gotowa.



Czytaj inne teksty z cyklu Gramatyka bestselleru:

Śledztwo 2.0 (Tomasz Lipko: 'Notebook')

Satyra z końca internetu (Lucjan i maciej: 'Make life harder')

To nie recenzja (Keri Smith 'To nie książka')

Lemingi, Kaczafi i Facebook ('Młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków')

Warszawa biała od kokainy (Jakub Żulczyk: 'Ślepnąc od świateł')
Aleksandra Marinina „Stylista”. Przeł. Aleksandra Stronka. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2015 [seria: Mroczna Seria].