Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (289) / 2016

Bartosz Marzec,

GDY SYRENY WYCHODZĄ NA LĄD (CÓRKI DANCINGU)

A A A
Z rzeki ciemnej niczym freudowska nieświadomość wyłania się Srebrna. Po chwili dołącza do niej diaboliczna siostra, Złota. Te postaci o szlachetnych imionach to syreny, a do wynurzenia się ponad taflę Wisły skłoniła je sentymentalna muzyka dobiegająca z plaży. Nie przypadkiem jako pierwsza zareagowała Srebrna. To ona, inspirowana przez Erosa, nawiąże romantyczną relację z młodym mężczyzną, którego śpiew zdołał ją uwieść. Bohaterka będzie zwykle kierować się tym, co w jej ambiwalentnej naturze przynależy ludziom. Złota natomiast, wyraźnie pozostająca we władzy Tanatosa, podąży za swą dziką, agresywną zwierzęcością.

Agnieszka Smoczyńska przywróciła syrenom ich mityczne oblicze. Nie tylko bowiem Złota, ale i jej łagodniejsza siostra to pół-kobiety, pół-ryby, które – poza tym, że pięknie śpiewają i promieniują bajeczną urodą – oddają się morderczym instynktom. W tym wypadku nie ma więc mowy o naiwnym infantylizmie spod znaku Disneyowskiej Arielki. Tytułowe córki dancingu to hipnotyzujące nimfy, którym nie oparliby się nawet legendarni żeglarze. Nic więc dziwnego, że Srebrna i Złota z łatwością podbijają świat warszawskich imprez ostatniej dekady Peerelu. Bohaterki występują w legendarnej Adrii razem z zespołem Figi i Daktyle (to właśnie jego członkowie skłonili syreny do wynurzenia się z głębin Wisły). Srebrna, przyciągana tajemniczym magnetyzmem wspólnym ludziom i syrenom, nawiąże tyleż fatalną, co urzekająco romantyczną relację z człowiekiem – basistą Fig i Daktyli. Ich tragiczny związek stanie się motorem napędowym fabuły.

Twórcy filmu, niby na wzór złożonej natury syren, sięgnęli po różne gatunki kina. Feeria kampowych barw miesza się tutaj z ponurym, krwistym horrorem, a figura śledczej, do której przenikliwych oczu dostaje się gęsty dym żarzącego się papierosa, niechybnie przywołuje skojarzenia z kinem noir. Głównym składnikiem tej mieszanki jest jednak musical, gatunek zwykle pomijany przez polskich filmowców. Bohaterowie wyśpiewują przeboje lat 70. i 80. w nowych aranżacjach oraz współczesne piosenki sióstr Wrońskich. Oparte na swoistym dysonansie utwory duetu Ballady i Romanse wyznaczają rytm narracji oraz podkreślają baśniowy, niekiedy mroczny nastrój filmu (notabene, członkinie zespołu pojawiają się w finałowej sekwencji filmu). Trzeba też wspomnieć o kreacji Kingi Preis, której głęboki głos, uwodzicielskie spojrzenie i wyczucie specyfiki choreograficznych układów hipnotyzują niczym (a jakże!) syreni śpiew. Imponuje odwaga, z jaką debiutująca reżyserka zamierzyła się na ten gatunkowy amalgamat. W swoim pierwszym pełnometrażowym filmie, wbrew wątpliwej strategii artystycznej, nie dokonała ekshibicjonistycznej wiwisekcji na emocjach i doświadczeniach własnych lub swoich bliskich. Wykazała się za to zdolnością do kreacji oryginalnego filmowego świata. I choć w historii, którą opowiada, odnaleźć można dysonanse spowodowane zamaszystą żonglerką gatunkami, trudno nie docenić odwagi i wyobraźni młodej reżyserki.

Cieszy także fakt, że „Córki dancingu” pokazano w Konkursie Głównym ostatniego Festiwalu Filmowego w Gdyni, choć mogłoby się zdawać, że ze względu na wybrany przez twórców język, produkcja ta powinna znaleźć się w budzącej kontrowersje sekcji Inne Spojrzenie, wprowadzonej w celu promowania eksperymentalnych form filmowych. Z pewnością jest za wcześnie, żeby ogłosić, że artystyczna odwaga wchodzi do głównego nurtu, ale kto wie, czy „Córki dancingu” nie zwiastują zmiany potrzebnej polskiemu kinu, wciąż dość zachowawczemu i konwencjonalnemu.
„Córki dancingu”. Reżyseria: Agnieszka Smoczyńska. Scenariusz: Robert Bolesto. Obsada: Marta Mazurek, Michalina Olszańska, Kinga Preis, Jakub Gierszał i in. Gatunek: musical. Produkcja: Polska 2015, 92 min.