Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (289) / 2016

Marek Bochniarz,

DONIESIENIA Z BELGII: JAHWE TO BEZBOŻNIK (ZUPEŁNIE NOWY TESTAMENT)

A A A
(…) jak wielu spośród katolików, klęczących (…) przed posążkiem Królowej Niebios, wierzy, że modli się do Bożego Miłosierdzia czy Bożej Mądrości? Jak wielu z nich w ogóle jest w stanie nie pogubić się pomiędzy biblijną Marią, matką Jezusa (która była takim samym człowiekiem jak każdy z nas), dziwną katolicką Maryją (która ma cechy pogańskiej bogini, w Biblii nazywanej Aszerą) oraz fizyczną obecnością posążka? (…) Jak wielu z nich wierzy, iż „Matka Boska Ludźmierska może robić za kuchareczkę u Częstochowskiej”, że zacytuję pewną katoliczkę.

(Tomasz Piątek o problemie bałwochwalstwa u katolików [Piątek 2011: 37])

Rozmawiałaś z grubym, brodatym facetem, który siedział przed telewizorem z piwem w ręku. Pamiętasz? Na wstrętnie zarośniętej klacie miał wytatuowanego węża, który dusił purpurowego pawia. (…) Imię człowieka, z którym rozmawiałaś we śnie, to Jezus. (…) Gdybyś kiedyś zastanawiała się, gdzie i czym jest miejsce, w którym on jest, też pewnie się domyślasz. To dom, który odziedziczył po swoim ojcu. Mieszka w nim z matką i jej kotami. Teraz trochę popija, bo wyrzucili go z pracy, ale niebawem się podniesie.

(co by było według Katarzyny Gondek, gdyby nasz świat żył we wnętrzu człowieka-przeciętniaka o imieniu Jezus [Gondek 2013: 216-217])

Niewierzący obserwuje świat oraz ludzi i dostrzega niezawinione cierpienie i panoszące się zło. Prowadzi go to do wniosku, że jeśli Bóg miałby istnieć, musiałby być nie tylko kimś innym, niż głoszą Go chrześcijanie, ale wręcz kimś nieludzkim, skoro dopuszcza zło będące nawet według ludzkich norm niesprawiedliwością.

(Zatwardnicki 2013:10)

Czy są z nami w przybytku X muzy, tudzież zajrzeli na łamy dwutygodnika kulturalnego, osoby wierzące w bóstwo pod osobową postacią? Pobożni i cisi, którym cisną się na usta brudne słowa na widok heretyckich bezeceństw postmodernizmu? Jeszcze możecie uniknąć seansu „Zupełnie Nowego Testamentu”! Jeszcze jest szansa, by nie przeczytać tej recenzji do końca. Bóg nie wyśle wam kolejnej zbawiennej łódki, parafrazując przypowiastkę Anthony’ego DeMello. Pozostałym można życzyć: ufajcie w delikatną, acz ważną wartość licencia poetica i wytrwajcie podczas tego seansu!

Tak, żyjemy w postsekularnych czasach, w których każdy sobie rzepkę i własny krzyżyk skrobie tak, jak ma żywnie ochotę. I na miarę swej estetycznej wrażliwości. Z dostępnych materiałów może ulepić nawet monstrualnego Jezusa ze Świebodzina – chyba jedyną postać o przydomku Król Wszechświata, z której to żelbetowej figury dworuje sobie cały polski Internet. Ba! – jeśli ktoś czuje się reprezentantem tzw. Pokolenia JP2, ma wolny gest fundacyjny w ramach sfinansowania w częstochowskim Parku Miniatur Sakralnych erekcji 14-metrowej konstrukcji z fiberglassu na obraz i podobieństwo swego autorytetu.

Nie spalimy go za to na stosie, nie odstrzelimy mu mózgu za jego czyny, często artystycznie niewysokich lotów. Czyny, które być może obrażają nas w jakiś sposób, nawet jeśli podzielamy z autorami wyżej wspomnianych pomysłów przynajmniej część przekonań o charakterze religijnym. A wymieniłem zaledwie dwa wyjątkowo groteskowe przykłady czegoś, co Tomasz Piątek z perspektywy ewangelika uznaje za bałwochwalstwo katolików, a zdystansowany obserwator uzna oględnie za wyraz tradycji, już na dobre i złe sprzężonej z kultem. Jesteśmy przecież tolerancyjni (a przynajmniej ponoć kiedyś byliśmy najbardziej pośród Europejczyków). A zatem, co się dzieje, gdy niewierny podnosi rękę na wiarę?

Belgia: kraj, gdzie nie sięga „boska opatrzność”

Jeśli miałbym wskazać obszar kinematografii, gdzie sprawy od zawsze przybierały osobliwy obrót, to zakreśliłbym na mapie historyczne rejony Niderlandów, czyli dzisiejsze kraje Beneluksu. Wymieńmy może kilka zacnych reprezentantów z ostatnich dziesięcioleci. W Holandii przebywa niepokorna Colette Bothof, autorka „Lata”, filmowego portretu małej ksenofobicznej mieściny na południu kraju, gdzie ludzie innego koloru skóry są niepopularni, na lesbijki spuszcza się łomot, a instancja metafizyczna nie spełnia gorących modlitw nieletniej o zmiłowanie (jej matka i tak oberwie od ojca, bo figurka Bozi jest ślepa). W Holandii powstał też jedyny w swoim rodzaju przykład kina satanistycznego – „Defloracja Ewy van End”, w której świetlisty chłopięcy Lucyfer odbiera dziewictwo tytułowej dziewczynce.

Z kolei w Belgii do dziś żyje Raoul Servais, reżyser animacji, głoszący anarchistyczną walkę z każdym systemem niezależnie od tego, czy będzie on miał charakter polityczny, religijny czy jakikolwiek inny. Kraj ten wypuścił też bodaj jedyny film, w którym oficjalnie użyto ludzkich szczątków, „Le poème” Bogdana Borkowskiego. A jeśli interesuje nas historia belgijskiego sędziego, który brutalnie katował swoją żonę masochistkę (na jej własne życzenie), to mamy do dyspozycji „Sędziego SM” Erika Lamensa. To w Belgii działa też Jaco Van Dormael. Ten wrażliwy portrecista osób ograniczonych umysłowo bądź fizycznie w swoim najnowszym „Zupełnie Nowym Testamencie” sięga po Dobrą Książkę, swobodnie przerabiając ją na własne kopyto.

Oczywiście, pod względem statystyk, to jednak Niemcy dominują w Europie w kwestii „głoszenia słowa plugawego” za pomocą pornografii dedykowanej parafiliom, niemniej to właśnie w Niderlandach i leżącej po sąsiedzku Francji odpalane są filmowe fajerwerki o bardziej artystycznych proweniencjach niż wszelakie wizualizacje ATM czy CTB.

Stareńki chłopiec bawi się w piromanię

O małodobrym stwórcy z „Zupełnie Nowego Testamentu” opowiada nam jego córeczka Ea. Jej niewinność i wrażliwość skonfrontowana jest z niezwykle odrażającym, starotestamentowym despotą, który z nudów stworzył człowieka, a z wrodzonej złośliwości uczynił życie swej kreacji pasmem nieszczęść i porażek. Skąd się biorą te wszystkie złe i bezsensowne rzeczy na świecie? To Bóg! Tak, to on macza palce w losie, siedząc przed wiekowym komputerem i smoląc z diabelskim chichotem tysiące absurdalnych zasad, uprzykrzających nam szarą egzystencję. Gdy patrzy na rodzinę, czuje wyłącznie niesmak. Żona mu już do reszty zidiociała i tylko haftuje kwiatuszki. Syn, niejaki  J.C., popełnił błąd, idąc do ludzi, którzy przybili go do kawałka drzewa jak sowę. Z kolei córeczka Ea bezczelnie krytykuje wszechmocnego tatusia. A co robi się niegrzecznym dzieciom? Dyscyplinuje, rzucając nimi o glebę i tłukąc ojcowskim pasem po nerach, girach i czym tylko popadnie! Nic dziwnego, że najmłodsza latorośl buntuje się przeciwko tatusiowi i chce napisać księgę rodzaju ludzkiego od nowa, czulej i bez sadyzmu.

Skąd bierze się ta bezczelna lekkość belgijskiego reżysera w głoszeniu steku świństw i herezji? Z poczucia, że religia – jako część kultury – jest naszym wspólnym dobrem, a więc nikt nie może jej sobie przywłaszczyć i pokrzykiwać na innych, że ona „jest mojsza”, gdy poczuje się urażony. „Zupełnie Nowy Testament” nie jest też bynajmniej ateistyczną krytyką religii, jak zapewne niektórzy uznają po przeczytaniu streszczenia (bo filmu już pewnie nie obejrzą).

To raczej swobodna operacja narracyjna – z rodzaju tych, jakie uprawia w polskiej literaturze Katarzyna Gondek. Autorka „Horror vacui” i „Otolitu” wszechstronnie eksploruje paradoks, o którym pisał Tomasz Piątek (do kogo się modlimy, kierując wzrok ku posągowi – do figury, wyrażonej na niej świętego, do Boga?), wprowadzając w zastępstwie superbohaterów katolików ich skromne reprezentacje o charakterze dewocjonaliów: są to mały drewniany Jezusek zdjęty z krzyża wiszącego w sali szkolnej, albo kamienna Matka Boża z utrąconą ręką, co przycupnęła w kościele w prowincjonalnym miasteczku. Temu zabiegowi w „Zupełnie Nowym Testamencie” reżyser poddał J.C., który po męczeńskiej śmierci został zminiaturyzowany i odtąd jako figurka tkwi nieruchomo, patrząc z niesmakiem na despotycznego patriarchę, pokrzykującego na żonę i biedną Eę.

Wypłyń na głębię

Jaco Van Dormael żongluje też samymi cudami, odbierając zdolność czynienia ich ojcu na rzecz dzieci. Tyle, że z wielkich cudów ostały się jeno sztuczki. Ea, jeśli się skupi, może rozmnożyć kanapkę z szynką, ale czasem nie wychodzi jej zdublowanie mięska, a gdy chodzi po wodzie, to tylko w ostateczności – salwując się ucieczką przed rozsierdzonym ojcem (ten, rzecz jasna, ledwie próbuje tej samej sztuki, zaczyna natychmiast się topić). J.C. cudeńkami próbował kupić sobie poważanie u ludzi, lecz zdaniem tatusia za bardzo poniosło go natchnienie. Przez głoszenie różnych, nazbyt optymistycznych idei miłości i piękna, skończył jak sowa.

Żeby odczarować to błędne, starotestamentowe koło kataklizmów, nieszczęść, seksizmu i uciec spod ciężkiej ręki patriarchy, Ea wyrusza na poszukiwania sześciu kolejnych apostołów, by z ich pomocą spisać nową Dobrą Książkę. Co można powiedzieć o takiej historii? Trudno byłoby ocenić wartość teologiczną filmu. Takowej zapewne nie można mu przypisać i każdy mieniący się religioznawcą pokpi z uroczych, acz miałkich krotochwil, za jakie będzie miał opowiastki ze scenariusza Jaco Van Dormaela i Thomasa Gunziga. Nie mam też złudzeń: trzeba mieć sporo dystansu do wyznawanej przez siebie religii, aby obejrzeć „Zupełnie Nowy Testament” i stać się amatorem kwaśnych jabłek. Niemniej w bardziej laickiej części Europy film zgarnął trzosik nagród i nominacji, krytycy byli zachwyceni, a w Polsce jego premiera otwiera rok A.D. 2016. Zapraszam zatem do kin i życzę samych pozytywnych wrażeń podczas seansu. Oby nadchodzący rok jeszcze bardziej nas zlaicyzował i otworzył nasze serca na tolerancję i niderlandzkie filmy, tak pyszne jak belgijskie czekoladki!

LITERATURA:

K. Gondek: „Horror vacui”. Warszawa 2013.

K. Gondek: „Otolit”. Warszawa 2015.

T. Piątek: „Antypapież”. Warszawa 2011.

S. Zatwardnicki: „Ateizm urojony. Chrześcijańska odpowiedź na negację Boga”. Kraków 2013.
„Zupełnie Nowy Testament” („Le tout nouveau testament”). Reż. Jaco van Dormael. Scenariusz: Jaco Van Dormael, Thomas Gunzig. Obsada: Benoît Poelvoorde, Pili Groyne, Catherine Deneuve, Yolande Moreau. Gatunek: komedia. Produkcja: Belgia, Francja, Luksemburg 2015, 113 min.