Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (289) / 2016

Tomasz Dalasiński,

POZÓR DYSTANSU (RADOSŁAW SOBOTKA: 'IMAGINARIUM')

A A A
Ten tekst nie jest recenzją debiutu książkowego Radka Sobotki. Jeśliby miał nią być, musiałby posiadać jakiś punkt zaczepienia, jakąś myśl przewodnią, od której można by zacząć i na której (o, wszechwładne prawo ramowej kompozycji!) można by zakończyć. Tymczasem istnienie takiego punktu zaczepienia, co sugeruje sam Sobotka w większej części wierszy pomieszczonych w „Imaginarium i innych czynnościach przyjemnych i niepożytecznych”, jest tylko pozorne. A skoro tak uważa Poeta, to mnie, skromnemu czytelnikowi, nie pozostaje nic innego niż podążanie wyznaczonym przezeń szlakiem, do samego końca i do bólu konsekwentnie (co zresztą ostatecznie udowodni, że stawiana przez autora „Imaginarium” teza o niezbywalnej pozorności świata jest wewnętrznie sprzeczna. Ale nie uprzedzajmy wypadków).

Pozór to chyba nadrzędna kategoria, której realizacji z upodobaniem oddaje się Sobotka, nawet jeśli, nomen omen, pozornie jest dokładnie odwrotnie. Już wszak od inicjującego książkę utworu „słowo do kumpli którzy się nad moimi tworami pochylą”, a nawet wcześniej, od zaczerpniętej z listu Józefa Czechowicza, a stanowiącej motto do „Imaginarium…”, frazy „Tu nie chodzi o talent, tylko o to, czy piękne kłamstwa prawdziwie grają”, mamy do czynienia z chwiejnością prawdy na różnych poziomach życia (i) literatury. Albowiem autor książeczki jest poetą niby to wątpiącym w nadzwyczajność swojego rzemiosła („szanowni malowani państwo uczciwie uprzedzam moje / cymbało-twory zawierają ogromne ilości cygańskiego / tałatajstwa oraz okropne w literach bajdurzenia”), tak naprawdę jednak widzącym w poezji jedyną drogę do prawdy i poznania siebie („być prorokiem / takim biednym ale bystrym / Panem Cogito w szelkach […] // pozwól mi Panie” – „modlitwa I”); jest człowiekiem przywdziewającym maskę wiejskiego, rubasznego chłopca zajmującego się tytułowymi „czynnościami przyjemnymi i niepożytecznymi” („jak tak powołać z pamięci to jestem wsiowy chłop co bym chciał tekstowo siwulków zachować”), pod tą maską zaś skrywającym obytego, sprawnie poruszającego się w rejestrach kultury i całkowicie dekonstruującego własną „wiejskość” „inteligenta” (cykl „małe bajeczki literatury, czyli inteligenckie aspiracje”); jest wprawionym ironistą (cykl „uwaga nadaję konfesją taki ze mnie biedny inwalida hej”), ironię automatycznie zamieniającym w bolesną, bardzo wręcz bolesną, realność (ten sam cykl). I tak dalej, i tym podobne.

„Dlaczego akurat pozór?” – można by zapytać.

„A dlaczego nie?” – odpowiedziałby Radosław, gdyby miał prawo głosu.

Nieprawda: Radosław najpewniej zakwestionowałby postawioną wyżej diagnozę. Nie ma pozoru, jest tylko prawda, nawet pozór jest prawdą, jeśli jest (w ogóle). „Co najwyżej dystans, o, to właśnie stanowi budulec «Imaginarium…»” – powiedziałby raczej. I to też byłoby faktem. Sobotka w swoich wierszach dystansuje się przecież na potęgę, ale znów: dystans ten również ma charakter symulakryczny, nie tyle JEST, ile BYWA, najczęściej – bywa POZORNY. A więc wracamy do punktu wyjścia. I nic dziwnego: w wierszach Sobotki nie ma żadnej pewności, nie tyle nawet pewności siebie (bo ta mimo wszystko występuje, ba, ma się całkiem nieźle – autor jest zazwyczaj przeraźliwie pewny tego, co chce robić z wierszami), ile pewności samych wierszy. Utwory z „Imaginarium…” olśniewają siłą języka (względnie oryginalnego, gdyż, choć poeta zapożycza się czasem u Dyckiego, zapożyczenia te nie są decydujące), mocą obrazu i wyobraźni, bogactwem asocjacji, odwagą w stawianiu tez. Ale nie mają w sobie pewności rozumianej jako przekonanie o możliwości ich ostatecznego domknięcia (autorskiego i czytelniczego), pokazania za ich pomocą tego, w co się wierzy, co uważa się za aksjomat. Wynika to między innymi z tego, że, mówiąc po chłopsku, wiersze Sobotki w jakiejś mierze są tak rozgadane, że aż przegadane, a co za tym idzie – sprawiają wrażenie, iż poeta mówi dużo i chciałby powiedzieć jeszcze więcej (dotyczy to zwłaszcza nadmiaru młodopolskich prawie epitetów), ale już nie może, gdyż tekst rozmyłby się jak poranna mgła w południe. A i bez tej chęci „mówienia jeszcze więcej” niektóre utwory z „Imaginarium…” w pewnych momentach rozpraszają się, pękają, ich znaczenie oddala się, ulatuje, niemal znika (widać to przede wszystkim w cyklu „kontemplacje toruńskie, znaczy nie taki gotyk na dotyk, robaczku”). Takim „rozmytym wierszom” brakuje mistrzowskiej nieomal precyzji, tej choćby, jaką możemy się delektować w tekście „zaproszenie czyli pieśń hejtera” (polecam!). Ale to tylko drobna uwaga, dość już marudzenia (i hejtowania)*, skupmy się na elementach pozytywnych.

A te zdecydowanie przeważają. „Imaginarium…” jest książką inną, pozamainstreamową, książką, poprzez którą Sobotka próbuje wypracować własny głos, własny idiom. I, co ważne, a co przyznaję z satysfakcją, książką, w której Sobotka ten własny idiom (nazwałbym go „językiem niepełnym”) naprawdę wypracowuje. Czy jest to idiom poetycko nośny i obdarzony potencjalnością wpływu na literaturę – nie podejmuję się rozstrzygać, jednak pozostaje faktem, że głos Sobotki jest głosem autentycznym i osobnym.

„Imaginarium…” jest ponadto książką prawdziwą. Pomimo ciągłego pozorowania i dystansowania się Sobotka wie, że prawda gdzieś jest (czymkolwiek jest). Dzięki temu czynności, których się podejmuje, w rzeczywistości nie są „przyjemne i niepożyteczne”, lecz raczej „nieprzyjemne i pożyteczne”, a może nawet – „pożyteczne i przyjemne”. Bo poezja, a poprzez nią życie, w ostatecznym rozrachunku prowadzą do zwycięstwa nad samym sobą, swoimi wadami, ułomnościami i ograniczeniami. A tylko takie zwycięstwo umożliwia radosne „ujawnienie się”, przejście z poziomu imaginacji na poziom realności, sensualistyczne doznawanie otoczenia i siebie w tym otoczeniu, „całowanie świata”:

chcę zobaczyć chłopca który wypełza z betonu

jak z wolnego stepu miasta

nie myśli o tym że całuje świat

w niekształtne ziemiste pośladki smakuje



nocnego słodkiego tlenu który gra z całą

prywatnością skóry z odchodzącymi drobinami

wody niech będzie jak nocny prometeusz

przyjdzie w ciemności pracować nocą



wyszuka umarłą rencistkę

zgasi jej winogronowe oczy zimne

nienasycone ale doświadczone i pełne

zamknie całą mapę skóry w bieli



pamięć o kotach o rabatowych bitwach

o sztuce kochania ogrodu

pozbawiony żądzy mięsa wyjdzie



a potem pozwolisz mu całować świat

w wargi dzikiej wiśni i w nadgarstki

drobnych dzwonków konwalii

(„modlitwa III”)

I tyle.

Ten tekst okazał się jednak recenzją debiutu książkowego Radka Sobotki. Recenzją lapidarną, ułomną, jednoaspektową, ale bez wątpienia – recenzją. Cóż: jeśli pozór jest filtrem wszystkiego, to jest też filtrem samego siebie. Kropka.



*No może nie do końca. Uwaga marginalna, poza głównym nurtem, ale wynikająca z filologicznego obowiązku: książka nie została wystarczająco starannie przygotowana do druku. Zdarzają się w niej potknięcia redakcyjno-edytorskie, zbędne znaki diakrytyczne, niepotrzebne kursywy, niekonsekwencje interpunkcyjne. Zwłaszcza te ostatnie mogą wprowadzać czytelnika w konsternację, bo do końca nie wiadomo, jak wygląda oryginalna grafia autorska, a jest to rzecz dość istotna. Oczywiście winą za ten stan rzeczy trudno obarczać poetę, ostateczną odpowiedzialność ponoszą przecież redaktor i korektor(ka).
Radosław Sobotka: „Imaginarium i inne czynności przyjemne i niepożyteczne”. Fundacja Duży Format. Warszawa 2014.