Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (289) / 2016

Wiktoria Klera,

JAK SIĘ CHCE I NIE (MARCIN ŚWIETLICKI: 'ZŁO, TE PRZEBOJE')

A A A
Na nową książkę Marcina Świetlickiego słuchacze wokalnych dokonań poety czekali całymi latami. „Zło, te przeboje (piosenki z lat 1992–2015)” to zbiór tekstów piosenkowych, już na okładce jednak można przeczytać w odautorskim komentarzu, iż: „Niektóre z tych tekstów były wcześniej wierszami, a może nawet nadal nimi pozostają, mimo ocierania się o kulturę zgniłą i niską. [...] trzeba tę książkę potraktować nie jako kolejny wybór, ale jako oryginalne i integralne dziełko”. Teza motywowana jest faktem, że nawet teksty wcześniej publikowane w tomach poezji przybierają w piosenkach niejednokrotnie inną formę (co oczywiście sprawia, że nawet te zawarte w książce nie są wersjami ostatecznymi).

Struktura zbioru jest przejrzysta, najpierw czytelnicy mogą zapoznać się z tekstami piosenek zaśpiewanych ze Świetlikami, dzielonymi na kolejne albumy, następnie w porządku chronologicznym ułożone są teksty ze współpracy z innymi muzykami – kolejno: Pidżamą Porno, The Users, Mikołajem Trzaską, Światem Czarownic, Czarnymi Ciasteczkami, Cezarym Ostrowskim, Chupacabras, zespołem Yoda, Mazzolem i najnowszym składem, z którym śpiewa Świetlicki – Najprzyjemniejszymi. Otrzymujemy w ten sposób sto trzydzieści cztery wiersze, z czego około czterdziestu na papierze widnieje po raz pierwszy. I to właśnie te teksty, szczególnie z punktu widzenia krytycznego odbioru dzieła Świetlickiego, wydają się najciekawsze. To te miejsca, w których można prześledzić, czym tak naprawdę różnią się piosenki Świetlickiego od jego wierszy i czy faktycznie taki podział w ogóle tutaj działa. Sam autor deklaruje od jakiegoś czasu, że dąży do ukształtowania takiej formy tekstu, której nie można byłoby łatwo zaklasyfikować do jednej lub drugiej grupy (roboczo użył kiedyś określenia „wierszopiosenki”). Krytycy jednak nie przyjęli nigdy zgodnego stanowiska w tym temacie, tom „Zło, te przeboje” z pewnością na nowo ożywi ich dyskusje.

Oprócz tekstów piosenek otrzymujemy również posłowie, w którym Świetlicki wymienia swoje słowne i muzyczne inspiracje (przypomina ukryte w piosenkach cytaty z Rafała Wojaczka, Józefa Czechowicza, Władysława Broniewskiego), wspomina również ludzi, od których „pożyczył” myśl lub słowo (często Grzegorza Dyducha, pisze o Piotrze Bratkowskim, Tomaszu Kunzu, Tymonie Tymańskim, Tomaszu Radziszewskim, Dariuszu Dudzińskim). Zaznacza, że działalność muzyczna okazała się dla niego dużo ważniejsza, niż początkowo przypuszczał. Występ z zespołem miał być jednorazową sprawą, a minęło już dwadzieścia pięć lat, odkąd poeta zaczął pisać piosenki. Dodaje ponadto, iż współpraca z muzykami znacząco wpłynęła na jego twórczość: „Uczę się od muzyków wielu interesujących rzeczy, chłonę ich wrażliwość, piszę, wykorzystując ich brzmienia i rytmy, podkradam od nich pewne pomysły” (s. 208). Po czym dodaje (co tłumaczy skrótowo, ale celnie jego twórczą taktykę): „Biorę sobie ze świata, ile zdołam unieść. Taki ze mnie złodziejaszek. Ale przynajmniej to wyznaję” (s. 209).

Po tym niespełna trójstronicowym komentarzu zamieszczony został wywiad przeprowadzony z Marcinem Świetlickim na początku 2015 roku przez Marcina Kleinszmidta. Z punktu widzenia czytelników i słuchaczy Świetlickiego właśnie ta rozmowa może okazać się najbardziej interesująca. Kleinszmidt wyszukuje bowiem, piosenka po piosence, teksty różniące się w zapisie i wykonaniu wokalnym. Świetlicki cierpliwie tłumaczy wszystkie zmiany, przekształcenia, przyczyny powtórzeń, motywacje takich a nie innych kompilacji tekstów wierszowych, składających się na wersje piosenkowe. Oprócz tego rozwiewa niektóre mity, którymi obrosły – zagadkowe niekiedy – tytuły piosenek (zainteresowanym podpowiem, że mogą się dowiedzieć, jak powstał tytuł najpopularniejszej chyba wśród starszych piosenek Świetlików – „Olifant”). To chyba jedno z najdokładniej przeprowadzonych wyliczeń tych rytmizujących (i refrenizujących) zabiegów Świetlickiego w obrębie tekstów zaśpiewanych. Zazębiające się wersy, frazy wędrujące po książkach poetyckich autora śledzono niejednokrotnie, jednak znacznie większą uwagą cieszyły się wciąż wiersze utrwalone w tomach. Przyjrzenie się temu fenomenowi ułatwił fakt, że po wielu latach pracy twórczej, Świetlicki zdecydował się na wydanie wierszy w formie zebranej („Wiersze”, Wydawnictwo EMG 2011). „Zło, te przeboje” są ich bardzo ważnym uzupełnieniem.

Wszystkie książki poetyckie Świetlickiego organizowane są według liczbowego klucza (wcześniej były to czterdzieści cztery wiersze, aż do wydania zebranych; w najnowszych książkach reguły są zmienne – w „Jednym” przeczytać można było aż osiemdziesiąt osiem tekstów, w „Delcie Dietla” – pięćdziesiąt pięć). Płytami Świetlików nie rządzą aż tak sztywne reguły, ale nie sposób myśleć o nich w oderwaniu od książek poetyckich Świetlickiego wydawanych w tym samym czasie. Ta dwutorowość zaczyna się jednak rozmywać już na etapie maxisingla „Wieprze” z 1999 roku. To zresztą nie jest łatwo dostępny materiał. Można jednak wspomnieć, że tekst „Fridom/Freeedom”, zamieszczony jako jeden z czterech na „Wieprzach”, został nagrany też na „Złych misiach” (druga wersja tytułu), ale w książce „Zło, te przeboje” nie znajdziemy go tam (co jest zrozumiałe, ponieważ wersje niczym się nie różnią, ale układ zaburza jednak taktykę dokładnego odwzorowania płyt).

To kolejna sprawa, oczywista dla zainteresowanych, ale może nie w tych niesprzyjających oryginalnym płytom czasach – we wkładkach płyt Świetlików (i pozostałych zespołów, z którymi śpiewa/ł Świetlicki) pojawiały się niekiedy teksty piosenek. W „O.grodzie koncentracyjnym” znajdziemy wszystkie, lecz niepodzielone na wersy. Na „Cacy cacy” jest tylko jeden – „Bronek Bączkiewicz. Perły przed wieprze” i „Las putas melanc?licas” nie mają we wkładce żadnych tekstów, ale ostatnia dotychczas płyta Świetlików – „Sromota” – zawiera książeczkę z tekstami odręcznie napisanymi przez Świetlickiego, ozdobionymi jego rysunkami.

Pamiętam jeszcze chwile, kiedy Internet nie był powszechnym narzędziem, a teksty piosenek przepisywało się do zeszytów ze skopiowanego nagrania na taśmie magnetofonowej, przewijając w nieskończoność kasetę w jedną i drugą stronę. Później pojawiły się książeczki z tekstami dostępne w sklepach muzycznych. Ciekawe czy którekolwiek z nich obroniłyby się jako tomiki. Teksty piosenek wartościuje się chyba nieco łatwiej niż wiersze – pojawia się przecież to nieobiektywne kryterium podobającej się (lub nie) melodii. Zazwyczaj jest tak, że nawet dobry tekst pozbawiony melodii traci wiele. Wspomnieć można tu przypadek Krzysztofa (Grabaża) Grabowskiego i jego teksty zaśpiewane z Pidżamą Porno, które wydane (seria 33 piosenki na papierze Biura Literackiego) jako książka „Na skrzyżowaniu słów”, nie pozwalają czytającemu zapomnieć, że to jednak nie jest ich „naturalne otoczenie”. Z piosenkami Świetlickiego nigdy nie było tego problemu, wręcz odwrotnie – zarzucano autorowi, że nie przystoi poważnemu poecie wykrzykiwanie tekstów do mikrofonu.

Oczywiście nie ma takiej potrzeby, by cytować wszystkie niezapisane wcześniej piosenkowe teksty, ale warto odnotować kilka spośród nich. Sekwencję wierszy „wojskowych” (pojawiających się głównie we wczesnych książkach autora) uzupełnia piosenka „Enple/Brothers in arms”: „Znowu mnie chcą wziąć do wojska. / Znowu się o mnie upomina Polska. / Znowu na głowę próbują wcisnąć / za mały hełm. / A to nie może tak być, nie może tak być, / nie może tak być, ja tak nie chcę. // Dzisiaj czytałem znowu / swoją książeczkę wojskową. / Nie doczytałem się niczego / podniecającego tam […]”. To nagranie pochodzi z „Wieprzy”, jest tam też piosenka „Franek Chrzonszcz/Frank the beetle” zaczynająca się słowami znanymi z wiersza „Listopad, niemal koniec świata”: „Wyjechać. Ręce wytrzeć o liście. / Cały kurz, tłuszcz miasta / wytrzeć o liście […]”.

Książka „Zło, te przeboje” odnotowuje też zestawienia różnych fragmentów wierszy w nowych wersjach tworzące piosenki, jak na przykład „Złe misie (cz. 2)”:

Wrzucam igłę do morza.

Przekłuje ci serce

w czas deszczu.



Złe mi się.

Złe mi się.

Złe mi się śni.

Siedzi na krześle.

Patrzy mi w pępek,

od wielu dni.



Złe misie...

Powyżej widać piosenkę złożoną z wiersza „M – morderca” z fragmentem „Złych misiów”. Przeczytać możemy też „D#”, z melodyjnej piosenki, zaczynającej się słowami: „To był taki kryzys wieku średniego. Miał swoje konsekwencje. / Ale mam nadzieję, że się już skończył. […].

Pod tytułem „Trr” odnaleźć można „Rozmawianie (na koniec wieku)”, znane z tomu „Czynny do odwołania”, któremu towarzyszy informacja, że piosenka jest wykonywana „tylko na koncertach”. Ale chyba najładniejszym tekstem niepublikowanym wcześniej wydaje się tekst odrzucony z sesji „Sromota”, „Kołysanka/Rosemary’s baby”:

Moje kochanie, ty nie oglądaj horrorów.

Od tych horrorów nabawić można się chorób.

Będę chronić ciebie, gdy

świat odsłoni swoje kły.

Teraz zaśnij, zgaśnij,

zgaśnij, zaśnij

mi.

Na osobną uwagę zasługują piosenki zaśpiewane z Cezarym Ostrowskim (to już zdecydownie inna muzyczna półka). Nie chcę mieszać porządków, dlatego zainteresowanym polecam w pierwszej kolejności zapoznać się z ich wersjami muzycznymi.

Na końcu wypada wspomnieć o początku – czyli o wstępie autorstwa Mariusza Czubaja zatytułowanym „Fridom – czyli tak jak się chce. O piosenkach Marcina Świetlickiego”. Czubaj parafrazuje słowa Lou Reeda, mówiąc, że „piosenki Marcina Świetlickiego są (także) manifestem pisania i śpiewania o czym się chce i jak się chce. Co nie znaczy: byle jak” (s. 9). To ważne. Inną istotną sprawą jest to, że teksty wiodą podwójny żywot. I nie można żadnego z nich ignorować, jeśli nie chce się pominąć czegoś naprawdę ważnego w twórczości Świetlickiego. Najsłuszniej chyba przyjąć, że to światy równoległe i nierozerwalnie połączone postacią ich twórcy.
Marcin Świetlicki: „Zło, te przeboje”. Wydawnictwo EMG. Kraków 2015.