Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (290) / 2016

Bartosz Marzec,

NIESAMOWITA CODZIENNOŚĆ (SWOBODNE OPADANIE)

A A A
„Sięganie dna to nie wypad na weekend” – błyszczy na fanpage’u „Napisy na ścianach i murach” swoisty aforyzm. Jeżeli pominąć narzucający się humorystyczny wydźwięk tego komunikatu, okaże się, że rzeczone dno osiąga się po pewnym czasie; być może nawet poprzez wytężone działania. Upadek objawia się jako stan pożądany, taki, do którego dąży się w długotrwałym trudzie. Z podobnym uporem usiłuje sięgnąć bruku bohaterka rewelacyjnego „Swobodnego opadania”.

Starsza kobieta o wyraźnie owalnej sylwetce zwieńczonej „kapitelem ciała” skrywanym niekiedy za ciężkimi okularami mieszka z antypatycznym mężem. Para zajmuje małe mieszkanie w jednym z bloków, z którego dachu rozpościera się widok na budapesztańskie Wzgórze Zamkowe. Klaustrofobiczna przestrzeń domu wypełniona jest mnóstwem rupieci, co dodatkowo wzmaga wrażenie ciasnoty. Skąpani w żółtym, depresyjnym świetle bohaterowie oddają się codziennym rytuałom. Te odmalowane ze starannością etnografa sceny z życia małżeńskiego mogą przyprawić o poczucie beznadziei. Nic dziwnego, że w pewnej chwili kobieta daje się porwać wewnętrznemu buntowi. Zamiast zasiąść przed telewizorem, zakłada płaszcz, chwyta nieodłączne atrybuty – i wychodzi.

Z trudem rusza w górę klatki schodowej. A kiedy wreszcie jest na dachu, nie zastanawia się długo. Po chwili, o dziwo, obolała, ale najwyraźniej pewna swojego samobójczego postanowienia bohaterka wstaje z asfaltu i rusza w stronę klatki schodowej. Żmudne wspinanie się po kolejnych piętrach ma ważną funkcję narracyjną – umożliwia swobodne opowiedzenie o mieszkańcach bloku. A każdy kolejny lokal, do którego zaglądamy, objawia się jako odrębne uniwersum. Jest tu wykład szemranego guru, przyjęcie, na którym między eleganckimi gośćmi próbuje odnaleźć się naga dziewczyna, para opętana kompulsywną potrzebą sterylnej czystości, ménage à trois wyjęte z... mieszczańskiego sitcomu, podejrzany lekarz dokonujący kuriozalnego zabiegu, wreszcie – chłopiec najwyraźniej cierpiący na wzrokowe omamy. Uff, scenopisarska wyobraźnia i czarny humor Pálfiego oraz jego stałej współpracownicy Zsófii Ruttkay zdają się nie mieć ograniczeń. A dodać jeszcze należy, że twórca, reżyserując owe światy, odwołuje się do różnych gatunków: od wspomnianego sitcomu po science fiction. Zupełnie nie dziwi, że na ostatnim festiwalu w Karlowych Warach wśród kilku nagród, jakimi wyróżniono „Swobodne opadanie”, była także i ta za najlepszą reżyserię.

Nierzeczywiste światy György Pálfiego pełne są groteski i surrealistycznego absurdu, a filmowe postacie niepokoją, prowokują i otwierają pole dla najbardziej wydumanych interpretacji. Wydaje się jednak, że – paradoksalnie – nowa produkcja twórcy „Czkawki” mówi nam o kulturze codzienności więcej niż niejeden dokument. Nad „Swobodnym opadaniem”, tym zbiorowym „spadaniem we wszystkich kierunkach”, unosi się bowiem aura niesamowitości, podobna do tej, która towarzyszyła niedawnym „Sąsiadom” Grzegorza Królikiewicza. A to, co w obu tych filmach wywołuje uczucie niepokoju, niechęci jako obce, dziwaczne i niezrozumiałe, w tajemniczy sposób wydaje się również swojskie i dobrze znane. Jeżeli więc X muza pokazuje jakąś prawdę o rzeczywistości i wydobywa to, co ukryte, to jedną z dróg do tego celu jest właśnie kino niesamowitej codzienności, jakie ostatnio zaproponował i Pálfi, i Królikiewicz.
„Swobodne opadanie” („Szabadesés”). Reżyseria: György Pálfi. Scenariusz: György Pálfi, Zsófia Ruttkay. Obsada: Piroska Molnár, Miklós Benedek, Tamás Jordán, Zsolt Nagy i in. Gatunek: dramat. Produkcja: Francja, Węgry, Korea Południowa 2014, 80 min.