Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (290) / 2016

Małgorzata Lebda,

UŚPIONE (ENDOSPORY)

A A A
Odwiedzając „Endospory” w Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki w Krakowie, zastanawiałam się nad tym, jakiego widza życzy sobie ta wystawa. Już po kilkunastu minutach przebywania wśród eksponatów wiedziałam dokładnie: zaangażowanego. Kuratorki, Anna Lebensztejn i Kinga Olesiejuk, proponują ekspozycję wyjątkową, prezentującą wybór prac z Kolekcji Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki. Na parterze Galerii zaprezentowano 16 dzieł (wybranych spośród 50). Obiekty te powstawały na zamówienie Galerii i są częścią kolekcji, której początek sięga 2012 roku, a którą budują – jeśli przyjrzeć się im dokładniej – prace specyficzne. Są to w większości na swój sposób prace w uśpieniu, dzieła, które do pełnego zaistnienia, do realizacji i uwolnienia całej swojej potencjalności potrzebują widza, działania, bodźca. Ostatecznie zaś to, w jaki sposób rezonują, konstytuuje ich wartość. To swego rodzaju tytułowe endospory, które, jak podkreślają kuratorki, mają w biologii dwa znaczenia: po pierwsze, jako przetrwalniki, materialne zastępcze formy przetrzymania okoliczności niesprzyjających pełnemu rozwojowi; po drugie, jako zarodniki wytwarzane wewnątrz odpowiedzialnego za to organu; są to zatem ślady przeszłego kształtu, a zarazem zapowiedź nowego.

(„Aneta. Monument to Kraków”)

Realizując założenia widza zaangażowanego, poruszam się po ekspozycji trochę oszołomiona. Wielość bodźców, szczególnie w pierwszej sali, gdzie prezentowane są wizualno-dźwiękowe prace, mocno rozprasza. Najmocniej emocje i zmysły angażuje prezentacja duetu artystycznego Young-Hae Chang Heavy Industries. Koreańska artystka i tłumaczka Young-Hae Chang oraz amerykański poeta Marc Voge stworzyli pracę niejako dedykowaną (dość zaczepnie) Krakowowi. „Bez tytułu (Aneta. Monument to Kraków)” (2015) to wizualno-tekstowa animacja, w której, równolegle do treści padających z rzutnika na dużą powierzchnię białej ściany, słychać wymawiane słowa: lektor (z pasją) czyta pojawiający się tekst. W momentach wyświetlania angielskiej wersji napisów, lektor czyta po polsku i odwrotnie. Tworzy to kakofonię – wciągającą, hipnotyzującą. Wrażenie to podtrzymuje sam tekst, który jest inteligentnym, pełnym humoru rozważaniem nad sensem poezji i nad (upraszczając) spotkaniem z pewną Anetą. I jeszcze to: głos lektora zawłaszcza całą pierwszą salę parteru. O ile w trakcie interakcji z dziełem duetu jest to zabieg wręcz pożądany, o tyle przy próbie zaangażowania się w pozostałe prace zgromadzone w tej samej przestrzeni, utrudnia to skupienie na nich uwagi.

Oddalając się od skandowanego podniesionym głosem poematu, trafiam do kolejnej sali, która na pierwszy rzut oka przypomina przestrzeń magazynową. Wrażenie to szybko mija, bowiem zmyślnie poprowadzony przez kuratorki szlak potencjalnego zwiedzania przywołuje mnie do porządku. Tu moją uwagę przyciąga szczególnie kilka prac.







„Obrazy”, 2012

Pod białą ścianą, jakby niedbale o nią oparte, znajdują się obrazy Wojciecha Gilewicza, przekazane Galerii w 2012 roku na zasadzie depozytu warunkowego. Owym warunkiem jest podtrzymywanie prac w „dzianiu się”, poddawanie ich działaniu, ewolucji, przetworzeniu, jednym słowem – procesowi. W związku z tym dwa razy do roku obrazy mają być zamalowywane na jednolity kolor. Istotą tego dzieła – jak podkreślają kuratorki – okazuje się nie zestaw artystycznych przedmiotów, lecz regularnie ponawiany proces malarski. Obrazy konstytuują się poprzez akt przetworzenia, do którego niezbędny okazuje się widz w działaniu, widz zaangażowany. Konserwacja prac Gilewicza związana jest z wystawianiem ich na zamalowywanie, oddawaniem ich w ręce odbiorców.





„Oddech”, 2013

To jedna z tych prac, wobec których odpowiedź na pytanie o sposób konserwacji dzieła sztuki nastręcza niemałe trudności. Justyna Gruszczyk przekazała Galerii pracę, czy może raczej: instalację, składającą się z woni, z zapachu. Praca zyskuje swój pożądany kształt w momencie, kiedy jest rozpylana zgodnie z wytycznymi artystki, tak jak miało to miejsce w przeszłości – w przedsionku, holu głównym, na spiralnej klatce schodowej Bunkra Sztuki. Woń, będąca sensem projektu, została skomponowana specjalnie z myślą o instalacji. Można sobie wyobrazić, jak ryzykowny to kształt dzieła. Wonna esencja podlega wszak zużyciu, wyparowuje i jako materiał nietrwały każe nie zapominać o – zbliżającym się przecież – momencie całkowitego zużycia, wyczerpania. Wówczas z pomocą ma przyjść koncepcja opisu zapachu oraz próby odtworzenia go. Na wystawie praca prezentowana jest jednak w postaci przetrwalnikowej, w uśpieniu. Widzowi przybliżana jest idea instalacji i konkretne wytyczne dotyczące samej pracy oraz sposobu jej prezentowania.



„Epicentrum”, 2014

Drewniana skrzynia, a obok niej plastikowa i metalowa maszyneria. Na pierwszy rzut oka są to jakby pozostałości po zakończonej budowie, coś zbędnego, pozostawionego samemu sobie. Nic bardziej mylnego. Ta praca to – w moim przekonaniu – jedno z najmocniej rezonujących dzieł omawianej wystawy. Pierwsze wrażenie przypisuje jej nijakość, zbędność; dopiero odkrycie, że jest to mechanizm kryjący się za instalacją „Epicentrum” Kornela Janczy, wydobywa jej potencjalność. Interaktywna instalacja pierwotnie była usytuowana w Parku im. Wojciecha Bednarskiego w krakowskiej dzielnicy Podgórze. Widziane w Galerii Bunkra przedmioty to mechanizmy, które były wówczas całkowicie ukryte pod ziemią. Powodowały one, iż po każdorazowym wkroczeniu przechodnia w zasięg czujników pojawiał się głuchy odgłos imitujący trzęsienie ziemi. Odgłos narastał w trakcie zbliżania się do centrum. Zamierzona efemeryczność instalacji każdorazowo była uzależniona od działania osoby, która wstępowała w przestrzeń pracy. Kuratorki zdecydowały się pokazać na wystawie trzewia tej instalacji, uzmysławiając tym samym jej realny (chociaż w ostatecznej prezentacji ukryty) kształt.



Podczas spaceru po wystawie „Endospory” towarzyszyło mi uczucie, że wędruję po specyficznym muzeum osobliwości, w którym otaczają mnie prace jakby pozbawione życia, pozostające właśnie w przetrwalnikowej fazie. Niektóre z prezentowanych projektów jawiły mi się jako recepty, scenariusze, przepisy na swoją (pełną, pożądaną) ostateczną formę. Proksemika przestrzeni wystawienniczej płynnie przesuwała mnie od jednego uśpionego dzieła do kolejnego. A były to często prace będące echem już wcześniej prezentowanych w pełnym kształcie realizacji. Towarzyszyła mi myśl, że to, co widzę, czego doświadczam, jest zapowiedzią ponownego odrodzenia, ponownego zaistnienia. Za jedną z  najważniejszych zasług tej wystawy uważam uświadomienie widzom trudności związanych z przechowywaniem, konserwacją prac o takim jak tu charakterze – ulotnym, efemerycznym, incydentalnym, performatywnym. Wydobyte z kolekcji instalacje (potwierdza się moje pierwotne przeczucie) potrzebują widza, ale nie w powszechnej formie i roli spectatora; domagają się one współuczestnictwa w tworzeniu siebie, w podtrzymywaniu sensu, domagają się zaangażowania. Doskonałą okazją do spełnienia tego postulatu będzie działanie zatytułowane „Przemalowywanie” (26 stycznia 2016 roku o godz. 18.00), kiedy to właśnie my, widzowie, przemalowując obrazy Wojciecha Gilewicza, obudzimy je z endosporycznego uśpienia.

„Endospory”. Kuratorki: Anna Lebensztejn, Kinga Olesiejuk. Koordynacja: Renata Zawartka. Artyści: Mikołaj Długosz, Wojciech Gilewicz, Justyna Gruszczyk, Jan Hoeft, Kornel Janczy, Maciej Kurak, Mariusz Libel, Little Warsaw, Wojciech Puś, Rafani, Urszula Tarasiewicz, Roland Wirtz, Zorka Wollny, Jakub Woynarowski, Piotr Wysocki, Young-Hae Chang Heavy Industries. Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki. Kraków, 20.12.2015–31.01.2016.